Od śniegu na szczytach po żar tropików.

Wyprawę w Dolomity zakończyliśmy 2 lipca 2011r. Zaplanowana trasa wyprawy została zrealizowana niemalże w 100%. Pogoda dopisała a nawet mogę powiedzieć, że było zbyt upalnie. Przez kilka dni panowały takie upały, że zmuszeni byliśmy (podobnie jak rodowici Włosi) robić „sjestę” .

Trasa wyprawy

Wyprawę w Dolomity zakończyliśmy 2 lipca 2011r. Zaplanowana trasa wyprawy została zrealizowana niemalże w 100%. Pogoda dopisała a nawet mogę powiedzieć, że było zbyt upalnie. Przez kilka dni panowały takie upały, że zmuszeni byliśmy (podobnie jak rodowici Włosi) robić „sjestę” . Widoki zachwycały po pokonaniu każdego zakrętu. Ścieżki rowerowe we Włoszech bardzo miło nas zaskoczyły. Praktycznie wszędzie poruszaliśmy się właśnie korzystając ze ścieżek. Niemalże każdego dnia mieliśmy do pokonania spory podjazd (oprócz trasy w kierunku Trento i Bolzano) lub przełęcz. Ogólnie wyprawę zaliczamy do bardzo udanej. Jedynym problemem okazał się powrót kolejami niemieckimi, gdyż jedna z linii niemieckich kolei ogłosiła strajk, w zamian czego z 4 przesiadek mieliśmy ich prawie 10. Wróciliśmy szczęśliwi, zdrowi i pełni wrażeń. Oprócz galerii z wyprawy, w dziale top foto umieściliśmy najciekawsze „widokówki” z naszego wyjazdu.

mało czytania, dużo oglądania – link do fotorelacji:

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/RoweremPoDolomitachWOchy2011

Zapraszamy do obejrzenia filmów z wyprawy – w dziale VIDEO

Dzień 1: Zielona Góra – Brody Żarskie (20km pociągiem, 35km rowerem)

Naszą przygodę rozpoczynamy w piątek. Po zakończeniu pracy, w szybkim tempie udajemy się rowerami na dworzec PKP i o 15.39 jedziemy pociągiem do Nowogrodu Bobrzańskiego. Przed nami 2 tygodnie „kręcenia”. Przez pierwsze kilometry przyzwyczajamy się do prowadzenia „napakowanych” rowerów. Na trasie mijamy dwie rowerzystki jadące w tym samym kierunku. Po kilku kilometrach przed zjazdem do Lubska dogania nas jedna z Pań i prosi abyśmy się zatrzymali. Gdy stajemy zwraca się do nas z pytaniem – Czy to wy jesteście ci …zieloni…wyprawy rowerowe z Zielonej Góry, z internetu? Gdy to potwierdzamy, Pani Basia przedstawia się mówiąc, że widziała naszą stronę w internecie i miło nas poznać. Jest to bardzo sympatyczne. Rozmawiamy o planach gdzie jedziemy. Pani Basia opowiada o rowerowym wyjeździe wraz z grupą, który rozpocznie się jutro. Po chwili podjeżdża druga Pani. Poznajemy Panią Klaudię z Nowej Soli. Po kilku minutach rozmowy rozstajemy się życząc wielu wrażeń na naszych rowerowych wyjazdach. Około godziny 19 po przejechaniu 35km kończymy jazdę w agroturystycznym gospodarstwie w Brodach Żarskich. Po raz drugi korzystamy z noclegu u Pani Jadwigi. Siedzimy przed domem w ogrodzie rozmawiamy z gospodarzami o naszej zaplanowanej wyprawie, trasie i po prostu o życiu. Czas mija nam bardzo przyjemnie.

Dzień 2: Brody Żarskie – Forst – Mittenwald  dst.25km

Sygnał komórki budzi nas o 4 rano. Pomimo niewyspania wstaję szybko bez ociągania. Jemy śniadanie, pijemy kawę i w drogę. Ruszamy o 4.45. Dzień budzi się do życia. Ptaki zaczynają śpiewać. Kupujemy na drogę chleb i pączki w piekarni po sąsiedzku. Ciężkie chmury nie wróżą słonecznej pogody. Gdy dojeżdżamy do dawnego przejścia granicznego dosięga nas ulewa. Stajemy pod dużym zadaszeniem  i przebieramy się w stroje przeciwdeszczowe. Niemieccy celnicy z uwagą przyglądają się naszym przebierankom. Tak przygotowani kontynuujemy dalszą jazdę na dworzec kolejowy w Forst. Po kilku przesiadkach kończymy naszą podróż niemiecką koleją w Mittenwald, tuż przy granicy z Austrią. Dojeżdżamy na camping. Recepcja już zamknięta jednak obsługa restauracji pozwala nam na wejście i rozbicie namiotu. W nocy pada deszcz.

Dzień 3: Mittenwald  (Niemcy) – Telfs (Austria) – Landeck   dst.85km

Wyjeżdżamy wcześnie bo o 6.30. Zaplanowaliśmy przed rozpoczęciem „rowerowania” zwiedzić wąwóz Leutaschklamm. Podjeżdżamy do kasy biletowej przed wejściem na drogę do wodospadu. Otwarta będzie dopiero o godz.9. Korzystamy z dobrej miejscówki i urządzamy sobie pod daszkiem śniadanie. Aby nie tracić czasu w oczekiwaniu na otwarcie kasy, jedziemy zwiedzać wąwóz.  Po około 2 km jazdy pod górę dojeżdżamy do głównego wejścia. Zostawiamy rowery i idziemy zwiedzać. Metalowe ażurowe chodniki przytwierdzone do zbocza skały wiją się nad wąwozem. O tak wczesnej porze jesteśmy tutaj pierwszymi zwiedzającymi. Spacer tymi platformami i mostkami robi na nas duże wrażenie. Kilka zdjęć i po chwili jedziemy dalej. Czeka nas wspaniały i bardzo długi zjazd do miejscowości Telfs. Rozpogadza się już na dobre. Robimy przerwę na kawę i lody w MC Donalds. Po chwili jest już tak gorąco, że przebieramy się w koszulki z krótkimi rękawami i krótkie spodenki. Jadąc dalszą trasą podziwialiśmy widoki i cieszymy się, że przez dwa tygodnie tak wiele jeszcze zobaczymy. Do Landeck dojeżdżamy około godz.19. Mały kemping rodzinny okazał się dość drogi. Za dwie osoby i namiot przyszło nam zapłacić 19,60 euro.

Dzień 4: Landeck (Austria) – Nauders – Glorenza (Włochy) dst.72km

Budzimy się o 6.30. Niebo trochę zasłonięte chmurami. Po obfitym śniadaniu powoli szykujemy się do drogi. Przed nami camping opuszczają inni rowerzyści. Młody chłopak z Dusseldorfu, dwóch Czechów oraz starsza pani z synem. Młody Niemiec jedzie w tym samym kierunku co my. Dopiero pojutrze nasze drogi się rozejdą, on pojedzie w kierunku Wenecji a my dalej. Starsza pani przed odjazdem postanawia z nami porozmawiać. Pyta dokąd jedziemy i skąd ,jednocześnie informując nas o swojej zaplanowanej trasie do Szwajcarii. Trzeba przyznać, że ma kondycję, w tym wieku i przy tej wadze…wielki szacun. Po opuszczeniu campingu jedziemy na zakupy do Hofera. Następne będą już zrobione we Włoszech. Kupujemy owoce, pomidory, rzodkiewki, pieczywo, mleko i masło. Z takim zapasem możemy daleko zajechać. Rewelacyjną ścieżką rowerową dojeżdżamy do Pfunds. Za miejscowością zjeżdżamy w boczną leśną ścieżkę tuż przy rzece Inn. Dojeżdżamy do Altminstermuntz. Stare zabytkowe budynki urzędu celnego z pięknym mostem na rzece Inn. Obok kapliczka. Dotarcie do tego miejsca kosztowało nas trochę wysiłku. Droga miejscami po prostu była obsunięta do rzeki i trzeba było przenosić rowery po kamieniach. To właśnie w tym miejscu znajdujemy się na granicy ze Szwajcarią. Odtąd mozolnie pniemy się już do góry. Jest tak stromo i kamieniście, że z ledwością pcham rower pod górę. Słońce pali niemiłosiernie, gdy docieramy na górę ledwie zipię. Wjeżdżamy na główną drogę prowadzącą na przełęcz Reschenpass. Zakładamy kamizelki odblaskowe. Czeka nas przejazd przez tunel. Za każdym razem mam obawy przy takim przejeździe. Kto choć raz jechał rowerem przez tunel dokładnie wie o czym piszę.

Huk i hałas nadjeżdżających pojazdów oraz dezorientacja z której strony nadjeżdża wprowadza w totalne osłupienie. Szczęśliwie i cało udaje nam się go pokonać. Tuż za tunelem napotykamy na dziwny obiekt wbudowany niemalże częściowo w skały. Twierdza Nauderszbudowana w XIXw kiedyś stanowiła fortyfikację, obecnie pełni rolę muzeum wojskowego. Stąd już prosta droga na przełęcz, jednakże wciąż pod górę aż do miejscowości Nauders położonej ponad 1300m n.p.m. W oddali mijamy zamek Naudersberg stara siedziba sądu dodający dawniej znaczenia i prestiżu tej miejscowości. Dziś funkcjonuje w nim m.in hotel. Ścieżka rowerowa prowadzi nas na przełęcz. Osiągamy wysokość 1455m n.p.m. oraz przekraczamy granicę. Po chwili jedziemy już ścieżką rowerową we Włoszech. Przed nami ośnieżone szczyty gór i miejscowość Resia. Ścieżka prowadzi nas wzdłuż brzegu jeziora Resia. Rewelacyjna gładka nawierzchnia „sama niesie” nasze rumaki. Woda w jeziorze koloru turkusowego. Po drugiej stronie brzegu widać wieżę kościoła wystającą bezpośrednio z wody. To wieża dawnego kościoła w miasteczku, które poprzez budowę tamy i zalanie miejscowości znalazło się całkowicie pod wodą. Wzdłuż jeziora jedziemy kilka kilometrów. Gdy tylko się kończy zaczyna się następne Lago de Muta. Od tego miejsca droga drastycznie opada w dół. Kilka kilometrów szaleńczej jazdy bez pedałowania jest wielką nagrodą po ciężkim i dość długim podjeździe. W tak miłych okolicznościach dojeżdżamy do ładnie położonego kamperowiska przed miejscowością Glorenza. Bardzo nam się tu podoba. Spokój, ładna trawa, mało ludzi i cena niezwykle atrakcyjna. Koszt 8 euro za noc jest jak najbardziej odpowiednia na nasze kieszenie. Urządzamy sobie pokaźną kolację. Jest rewelacyjnie. Ze wszystkich stron dobiega śpiew przeróżnych ptaków. Dostrzegamy tuż nad naszymi głowami gniazdo z malutkimi ptaszkami. Biorę aparat i robię kilka zdjęć.

Dzień 5: Glorenza – Merano –  Lago di Caldaro  (dst.103km)

Budzi nas piękny śpiew ptaków. Niebo tak błękitne,że aż „kłuje” w oczy. Słońce powoli wznosi się do góry. Z wielką przyjemnością urządzamy śniadanie na trawie.Ubieramy sandały i letnie koszulki.Jazda aż miło. Zwiedzamy zabytkowe miasteczko Glorenza. Dalej wciąż idealną ścieżką jedziemy w kierunku Merano. W oddali ośnieżone szczyty wysokich 3 tysięczników i lodowce masywu Stelvio. Soczysty kolor zieleni, idealny błękit nieba i biel śniegu tworzą niesamowitą kompozycję. Gładką jak lustro ścieżką dojeżdżamy do granic miasta Merano. Pojawiają się pierwsze palmy. Do miasta zjeżdżamy ścieżką w dół.Upał. Zatrzymujemy się na pyszną włoską kawę w pobliskiej knajpce.Muszę przyznać,że ta włoska kawa naprawdę warta jest 1,30 euro.Tak powinna smakować zawsze każda filiżanka kawy.W mieście czeka na nas niespodzianka. Roboty drogowe uniemożliwiają przejazd i „przepędzają”nas po mieście.Klucząc wieloma uliczkami w końcu wjeżdżamy na właściwą drogę.Wiedzie nas ona wzdłuż rzeki Adygi.Jazda staje się dość monotonna. Wokoło towarzyszą nam sady jabłkowe.Upał utrudnia jazdę. Stajemy w miejscu przygotowanym do odpoczynku dla rowerzystów. Szykujemy obiad i odpoczywamy chwilę w cieniu.Dalsza droga przez 20km do  Bolzano nie zmienia się. Po jednej stronie sady po drugiej rzeka. Można „przydusić” na pedały, prosta droga i z biegiem rzeki.Za Bolzano ścieżka zmienia charakter. Po pierwsze niezły podjazd. Po drugie zamiast sadów pojawiają się winnice. Rozpoczynamy jazdę tzw. „drogą wina” .Mijamy ciekawą budowlę, w której mieści się muzeum.Wśród winnic napotykamy na ładne domy i zabudowania – prawdopodobnie własciciel winnic.Ogromne winnice na wzgórzach, wokół wysokie góry, promienie popołudnowego słońca – Wszystko to razem tworzy klimat tego rejonu. W moim odczuciu bardzo charakterystyczny dla Włoch.W miejscowości Caldaro natrafiamy przy drodze na winiarnię wraz ze sklepem z winami. Postanawiamy spróbować „smaku” tego rejonu.Kupujemy wino z winnicy przez którą właśnie przejeżdżamy. Po kilku kilometrach napotykamy na camping nad jeziorem i tu zostajemy na nocleg. Spotykamy w tym miejscu młodego Niemca z Dusseldorfu, którego wcześniej poznaliśmy (2 dni temu) w Landeck. Mając chwilę czasu, gdy Krzysiu rozbija namiot ja zajmuję się drobną usterką w moim rowerze. Denerwuje mnie dziwny dźwięk, który przez cały czas dobiega z korb.Aby się go pozbyć rozpuszczam masmix na kawałku metalowej przykrywki z opakowania po konserwie i stopiony tłuszcz wlewam do miejsca wkręcenia korb. Na efekty moich zabiegów muszę poczekać do jutra.Gdy nasz dom jest już „wybudowany” a my po kolacji, z butelką wina w ręku idziemy na spacer nad brzeg jeziora. Miły wieczór i wino bardzo dobre.Za noc na tym campingu płacimy 18euro.

Dzień 6: Lago di Caldaro – Trento – Arco -Riva del Garda (dst.107km)

W nocy włącza się jakiś wentylator. Trochę budzi i denerwuje. Nie ma to jak spanie na dziko w idealnej ciszy. Jednak zawsze są jakieś kompromisy. Na campingu – wygoda, ciepły natrysk, bezpieczeństwo, ale trzeba znosić takie wady jak m.in odgłosy różnych urządzeń, czasem sąsiadów. Na dziko – cisza, spokój, darmocha, ale…brak wygód. Zawsze jest coś za coś. Na szczęście jesteśmy przygotowani na wszelkie formy spędzenia noclegu, łącznie z niewygodą przespania nocy na twardej ławce pod chmurką, który czekał nas właśnie tego dnia wyprawy. O godzinie 9 wyruszamy w trasę. Upalnie jest już od samego rana. Jedziemy dość monotonną ścieżką w kierunku Trento. Albo wśród winnic albo sadów. Po naszej prawej i lewej stronie wysokie góry. Zaczynają się prawdziwe Dolomity. Jedziemy doliną, wciąż wzdłuż rzeki, jednak już niedługo czekają nas spore podjazdy. Do Trento wjeżdżamy tuż przed godziną 13. Jak najszybciej kierujemy się do Lidla na zakupy aby zdążyć przed sjestą. Jako ostatni klienci udaje nam się wejść do sklepu. Zmęczeni i wygłodniali gdy tylko wychodzimy ze sklepu od razu pijemy zimne mleko i jemy rogaliki. Z pełnymi brzuchami jedziemy zwiedzać miasto. Bardzo ładna starówka. Dość sporo turystów. Kamienice z malowanymi obrazami na elewacjach. Ładnie. Chwilę kołujemy po starówce i dalej w drogę. Stąd już czeka nas ostry podjazd do góry w kierunku Vezzano. Bardzo stromo i ciężko podjechać. Przejazd przez tunel Galeria Montevideo na zawsze zostanie w naszej pamięci. Z ledwością udaje nam się go przejechać. Maksymalnie oznakowani i oświetleni wjeżdżamy do środka tunelu. Przed nami prawie 2km strachu o własne życie. Włoscy kierowcy kompletnie nie zwracają w tunelu na nas uwagi. Jakby było mało, akurat gdy jesteśmy w środku, przejeżdża kolumna sprzętu i wozów wojskowych. Jadą niby tyralierą nie patrząc na boki. Potem sznur tirów. Jeden z nich jedzie tak szybko, że podmuch ścina Krzysia z roweru i przyciska go do ściany bocznej tunelu. Zsiadam z roweru i go prowadzę idąc po prawej stronie, jak najbliżej ściany. Po wyjściu z tunelu wiedząc, że czeka nas przejazd przez kolejny, modyfikujemy trasę. Jedziemy przez miejscowość Cadine. Decyzja okazuje się bardzo dobra. Po drodze zatrzymujemy się w małej kawiarence. Zamawiamy pyszną włoską kawę ze spienionym mleczkiem. Siedzimy w cieniu na tarasie, z pięknym widokiem na góry. Słońce praży i jest bardzo duszno. Na niebie zbierają się w oddali niepojące chmury. Jedziemy do Vezzano. Aby nie jechać główną drogą zjeżdżamy w kierunku miejscowości Fraveggio. Droga znowu ostro pnie się pod górę. Gdy jesteśmy na samym szczycie, dopada nas ulewa. Udaje nam się schronić pod wiatą przystanku autobusowego. Gdy przestaje lać, jedziemy dalej. Niebo nie wróży jednak poprawy pogody. Z oddali nadciągają kolejne czarne chmury. Do mieścinki Santa Massenza mamy bardzo ostry zjazd. Na szczęście nie jest daleko. Zaczynają walić pioruny. Pełni strachu przeczekujemy burzę na kolejnym przystanku koło kościoła. Na ponad godzinę przerywamy jazdę. Deszcz pada, pioruny walą, my czekamy na poprawę. Gdy się uspokaja jedziemy dalej. W miejscowości Sarche trafiamy na ścieżkę rowerową, którą dojeżdżamy do miejscowości Arco. Roślinność wyraźnie przypomina już tą śródziemnomorską. Dużo palm i innych ciekawych okazów. Miasteczko jest pełne turystów .Postanawiamy zwiedzić centrum. Wąskimi uliczkami dojeżdżamy do rynku.

Zatrzymujemy się przy jednym sklepie na drobne zakupy. Sprzedawca słysząc jak mówimy do siebie w języku polskim, pozdrawia nas po polsku. Okazuje się, że ten Włoch pracował kiedyś z Polakami w jakieś kuchni. Bardzo wesoły człowiek. Kupujemy dobre wino, kawałek sera i sok winogronowy (strzał w dziesiątkę, pomieszany ze zwykłą wodą pól na pół świetnie orzeźwia i smakuje). Robimy sobie zdjęcie z „wesołym Włochem”. Na drogę obdarowuje nas pokrojonym słodkim pieczywem, które przeznaczone było na jego promocję. W centrum miasteczka kupujemy sobie po kawałku pysznej pizzy (razem 4,40 euro). Jedziemy na camping. Po usłyszeniu ceny (29,40 euro ) jedziemy na drugi camping tuż obok. Cena na drugim (26,70 euro). Rezygnujemy. Jedziemy dalej, nad jezioro Garda. Gubimy ścieżkę i trochę kluczymy. Trzymając się kierunku – prosto, dojeżdżamy do Riva del Garda. Miejscowość bezpośrednio nad jeziorem. Pełno turystów. Piękna okolica,zadbana i bardzo „śródziemnomorska”. Widać, że miasto bardzo zorientowane jest na zysk, dając w zamian wszystko to co potrzebne jest bardzo wymagającemu turyście z „kasą”. Każdy skwer zadbany. Każde drzewko przycięte. Odwiedzamy dwa campingi. Nie dość, że bardzo „zapchane” to jeszcze ta cena! (31 euro). Buntujemy się i rezygnujemy. Jest już ciemno. Miasteczko tętni życiem nocnym a my po prostu jedziemy w góry, byle znaleźć jakąś ławkę lub miejsce na nocleg. Podjeżdżamy na punkt widokowy i siadamy na ławce w nadziei, że potem położymy się na materace. Zaczyna lekko padać. Po chwili leje. Nie zmieniamy miejsca tylko przebieramy się i zawijamy w plandekę. Najważniejsze, że jest ciepło. Dopiero burza z piorunami „wykurza” nas na dół do miasteczka. Schronienia dają nam arkady jednego z budynków. Jest noc, leje deszcz, pusto i walą pioruny. W tej tragikomicznej sytuacji otwieramy butelkę wina, siadamy na ziemi pod murem budynku i opróżniamy ją do samego dna. Humory od razu nam wracają. Gdy pogoda się stabilizuje, jedziemy na naszą ławeczkę. Siadamy i czekamy na moment wschodu słońca.

Dzień 7: Riva del Garda – Torbole – Rovereto – Serrada – Carbonare (dst.58km)

Czekamy na wschód słońca. Dopiero około 5 rano zaczyna dnieć. Siedzimy na ławce tuż przed tunelem, na początku pięknej drogi wykutej w skale. Ta droga o nazwie „Strada del Ponale” jest bardzo popularna wśród rowerzystów. Każdy chce ją pokonać jak najwcześniej. Lecz to nam jest dane przejechać ją jako pierwsi tuż przed wschodem słońca. Dla takich widoków i jazdy w spokoju naprawdę warto było nie spać. Jedziemy tą drogą jak najwyżej. Miejscami jest wąska i bardzo niebezpieczna. Urwisko z jednej strony i ogromna przepaść, a z drugiej pionowe skały. Czasami brak jest barierki, co dodatkowo stwarza odczucie grozy. Robimy piękne zdjęcia wschodu słońca. Jak to mówią – „kto rano wstaje temu Pan Bóg daje”. Tak też to właśnie odbieramy. Po zjeździe wracamy na naszą „nocną” ławeczkę z widokiem na jezioro i miasto. Robimy śniadanie i poranną mocną kawę. Pierwszy rowerzysta wjeżdżający na drogę pojawia się o 6.30. Niestety nie był pierwszy na tej trasie. Dziś droga należała do nas. Jak się potem okaże dzisiejszy dzień nie dość, że będzie to jazda po nieprzespanej nocy to na dodatek będzie dniem o najwyższym podjeździe z całej wyprawy. Po śniadaniu jedziemy w dół do miasteczka, pozwiedzać. Riva del Garda – pusta. Inaczej niż wczoraj wygląda to miasto. Plaża kamienista, woda kryształowo czysta. Jedziemy wzdłuż brzegu w kierunku miejscowości Torbole. W sklepie Spar kupuję zimnemleko. Dzień zaczynamy od ostrego podjazdu do miejscowości Nago.

Mija nas dwóch Niemców na rowerach, z których jeden widząc naszą nalepkę z napisem „PL” mówi nam – dzień dobry. Pierwszy raz spotykamy się z tak miłym akcentem ze strony niemieckich cyklistów.Po karkołomnym wjeździe do Nago padamy ze zmęczenia. Nieprzespana noc i duży wysiłek dają za wygraną. Na pierwszym możliwym miejscu do odpoczynku dla rowerzystów, robimy postój. Rozkładamy folię i po prostu kładziemy się na krótką drzemkę. Po pół godzinie odpoczynku wstępują w nas nowe witalne siły do dalszej jazdy. Mijamy miejscowości o śmiesznych nazwach : Nago, Croce (czyt.Krocze), Lizana. W miejscowości Rovereto robimy przerwę na kawę w hinduskiej kawiarni. Tak jak w całych Włoszech i tu pijemy rewelacyjnie smaczną mocną kawę. Stawia nas ona na nogi i już po chwili pędzimy dalej. W Rovereto mamy do pokonania bardzo duże nachylenie. Niemalże przez całą miejscowość zmuszeni jesteśmy pchać rowery. Gdy tylko opuszczamy miasto, na pierwszym dogodnym miejscu robimy obiad. Zupa pomidorowa z makaronem i do tego kisiel malinowy.

Chwila odpoczynku i do przodu. Rovereto znajduje się na wysokości 100 m n.p.m natomiast Serrada, którą dziś musimy pokonać na ponad 1250 m n.p.m., plus dodatkowo kolejna przełęcz Sommo na wysokość 1341 m n.p.m, co razem daje nam w dniu dzisiejszym ok 1500 m w górę. Po nieprzespanej nocy jest to prawdziwe wyzwanie dla każdego twardziela. Powiem szczerze, nie jest łatwo. Każde pokonane w górę 100 metrów to osiągnięcie dla mnie. Gdy jesteśmy już wysoko nadchodzi burza. Tak bardzo się boję, że pędzę ile mam tylko sił do pierwszego i jedynego domu, który napotykam po drodze. Niestety nikogo nie ma w domu. Widząc następny walący się dom jadę do niego. W tym też nikogo niema. Jestem w desperacji i nie patrząc na nic, chowam się w walącym budynku w jakiejś przybudówce-komórce. Siedzę i czekam aż Krzysiu dojedzie do mnie. Ani myślę się ruszać dopóki burza nie przejdzie. Gdy się uspokaja, jedziemy dalej. Wciąż pod górę, wciąż ciężko. Gdy dojeżdżamy do Serrady, znowu grzmi. Chowamy się pod arkadami jednego z budynków. Czekamy aż przejdzie burza i deszcz. Po około pół godzinie startujemy ponownie. Zjazd w dół i znowu podjazd na przełęcz Somo na wysokość 1341 m. n.p.m. Mam dość. Za miejscowością Carbonara na pierwszym, bardzo kiepskim campingu zostajemy. Jesteśmy jedynymi turystami pod namiotem. Pusto tu i byle jak. Na szczęście jest ciepła woda i czyste sanitariaty. Marzymy tylko o tym aby jak najszybciej spać, tylko spać…

Dzień 8:  Carbonare – Slaghenaufi – Lochere – Lago di Corlo (niedaleko miejscowości Arsie) – (dst.74km)

Śpimy jak smoki do godziny 8.20. Miejsce gdzie jesteśmy nie bardzo przypadło nam do gustu więc czym prędzej po śniadaniu wyjeżdżamy. Piękna słoneczna pogoda i piękny teren przez który jedziemy. Po drodze w miejscowości Bertoldi robimy małe zakupy w coop. Za Slaghenaufi jedziemy pod górę i na końcu kończy się droga asfaltowa i zaczyna szutrowa. Jest dość duże nachylenie. Muszę prowadzić rower. Przez długi czas droga prowadzi przez las. Przy tym upale drzewa dają przyjemny chłód. Siadamy na trawie i robimy sobie przerwę przy świeżo zaparzonej kawie. Wjeżdżamy na wysokość 1350m. Mogę tylko powiedzieć, że – warto było. To jaki zobaczyliśmy widok, było prawdziwą nagrodą za włożony wysiłek. Przed nami roztaczała się cudowna panorama na dolinę, w której w oddali widoczna była miejscowość i jezioro Caldonazzo oraz jezioro Lago di Levico. Rewelacyjny zjazd aż do miejscowości Levico Terme, przed którą zjechaliśmy na ścieżkę rowerową. W szybkim tempie straciliśmy około 900 m przewyższenia. Tutaj w dolinie dopiero naprawdę odczuliśmy jak bardzo jest gorąco. Przy małym, starym, kamiennym kościółku napełniliśmy butelki wodą z zimnego źródełka. Ścieżka prowadzi nas cały czas wzdłuż rzeki Brenta. W jednej z miejscowości po drodze napotykamy na sklep Lidl, więc korzystając z okazji robimy pokaźne zakupy. Chcemy dojechać w pewne ciekawe miejsce  aby zobaczyć wodospad i zjeżdżamy ze ścieżki.

Gubimy trasę. Widząc jedynego starszego człowieka, który siedział sobie na ławce przed domem, podjeżdżamy aby zapytać o drogę. Krzysiu trzymając mapę w dłoni podchodzi i próbuje zapytać „łamanym” włoskim a właściwie to wypowiadał poszczególne słowa bez składu, jednocześnie pokazuje palcem na mapie. Człowiek z kolei coś mówi. Nie bardzo możemy się dogadać. Sprawa wyjaśnia się, gdy orientujemy się, że starszy pan jest niewidomy. Trochę komicznie to wszystko wyszło. Dopiero gdy dalej odjeżdżamy wybuchamy śmiechem. Ot się dogadali! Wracamy do punktu z którego odjechaliśmy w bok z trasy i jedziemy dalej. Jazdę ścieżką kończymy w miejscowości Cismon del Grappa. Stąd czeka nas poważny podjazd starą drogą, do miejscowości Incino. Nie jest lekko. Droga pod dużym nachyleniem pnie się do góry. Co chwilę kolejna agrafka. Pusto i nikt tędy nie jeździ. Nad nami nawisy skalne a tuż obok urwisko i rewelacyjne widoki. Wysoko w górze znajduje się zalewowe jezioro Lago di Corlo z pięknym zabytkowym linowym mostem, na który oczywiście wjechaliśmy. Stąd już mamy blisko na camping. W cenie 19 euro rozbijamy namiot na jedną noc. Kupujemy na miejscu wino. Gdy jesteśmy już w namiocie lekko kropi deszcz.

Dzień 9: Lago di Corlo – Feltre – Cessiomaggore – Santa Giustina – Lago del Mis – Rivamonte Agordino (dst.68 km)

Budzi nas upał w namiocie. Czym prędzej z niego wychodzimy. Mimo porannej godziny (8.20) słońce już praży niemiłosiernie. Przejeżdżamy przez miejscowości o śmiesznych nazwach. Pierwsza to Cesiominore. Śmiejemy się, gdy po spolszczeniu nazwę odczytujemy jako Czesiomanore. Następna to Cessiomaggore – dla nas czyt. Czesiomadziure. W tej mieścince mieści się muzeum rowerów, które okazuje się zamknięte. Ale jak już stanęliśmy to robimy zakupy w napotkanym sklepie. W zasadzie bez istotnych szczegółów, spokojnie dojeżdżamy do granicy Parku Narodowego Dolomitów. Witają nas przepiękne widoki. Jedziemy wzdłuż jeziora Mis. Jest to jedno z dwóch sztucznych jezior, które można spotkać w Parku Dolomiti. Stajemy na przerwę w ładnym miejscu z trawiastą plażą. Gdy tylko się zatrzymujemy podchodzi do nas pewien Włoch i pyta o szczegóły trasy. Jest zainteresowany takim sposobem podróżowania. Gdy tylko siadamy na trawie podchodzi do nas kolejny człowiek i ku naszemu zaskoczeniu zwraca się do nas w języku polskim. Dzięki temu, że mamy nalepki z flagą Polski i „PL” jesteśmy bez słów rozpoznawalni. Poznajemy bardzo sympatycznego Polaka. Pan Andrzej mieszka we Włoszech kilkanaście lat. Ma troje dzieci. Dzisiaj jest właśnie na spacerze z najmłodszą córeczką Klarą. Pan Andrzej odpowiada nam na wiele pytań, które nasunęły nam się podczas tej podróży a które dotyczyły bezpośrednio tego rejonu. W końcu dowiedzieliśmy się – dlaczego na północy Włoch mówi się w języku niemieckim. Pana Andrzeja żona jest pisarką i między innymi wydała książkę o Parku Dolomiti. Opisuje w niej dokładnie o Cadini del Brenton – przepięknych wodospadach-kaskadach, tworzących piętrowo ogromne miski i wanny z wodą. Po tak zachęcającym opisie nie możemy tego nie zobaczyć. Jedziemy czym prędzej. Rzeczywiście widok kaskad robi na nas duże wrażenie. Ponownie spotykamy „zainteresowanego” naszą podróżą Włocha. Miło się pozdrawiamy i rozstajemy już na dobre. Niebo zaczyna się chmurzyć. Ciężkie chmury wiszą i kłębią się pomiędzy szczytami. My jedziemy rewelacyjnym wąwozem przez serce parku. Z jednej i drugiej strony wysokie szczyty skalne. Droga wije się niczym wstążka, razem z rzeczką, która tworzy jezioro Mis. Przejeżdżamy kilkoma tunelami. Gdy wąwóz się kończy, zaczyna się ostry i długi podjazd. Czasami jest mi ciężko i podprowadzam rower. Kolejne agrafki i jesteśmy już bardzo wysoko. Robi się wieczór i powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg. Z uwagi na to, że w najbliższej okolicy nie ma campingu decydujemy się na spanie na tzw. „gospodarza”. W miejscowości Rivamonte, widząc rozmawiających ze sobą sąsiadów nieudolnie pytamy o nocleg na kawałku trawy. Gospodarze wskazują nam kawałek trawnika jaki posiadają tuż przy samym domu. Próbują nawiązać z nami dłuższą rozmowę ale brak znajomości włoskiego skutecznie to uniemożliwia. Rozbijamy namiot jak najprędzej i po szybkiej kolacji w namiocie zasypiamy jeszcze przed godziną 21.

Dzień 10: Rivamonte Agordino – Belluno – Calalzo di Cadore (dst.85km)

Budzi nas sygnał komórki o godzinie 7. Po wyjściu z namiotu wita nas cudowny widok na góry. Nie chcemy robić za dużo zamieszania z powodu naszego pobytu i jak najszybciej opuszczamy miejsce noclegu. Pani gospodyni żegna nas machając ręką z balkonu. Tuż przed ich domem, po drugiej stronie drogi znajduje się miejsce do odpoczynku, są ławeczki, stoliki i co najważniejsze pompa z bieżącą wodą. Tego nam właśnie potrzeba. Robimy śniadanie, myjemy się. Słońce mocno przygrzewa. Podgrzewam wodę i myję włosy. Cudownie. Jest 8 rano i już jest bardzo ciepło. Dzień zapowiada się bardzo upalny. Modyfikujemy trasę i zjeżdżamy do miejscowości Ponte Alto. Przed samym miasteczkiem skręcamy w szutrową drogą i jedziemy prawym brzegiem rzeki Torrente Cordevole. Po kilku kilometrach przejeżdżamy przez ładny drewniany most i wjeżdżamy na główną drogę prowadzącą przez Park Dolomiti Bellunessi. Zaczyna się totalny koszmar. Przejazd tą drogą to istne szaleństwo. Kierowcy jak szaleni mijają nas w niewielkiej odległości. Gdy przed nami ukazuje się wjazd do tunelu, jak najszybciej zjeżdżamy z drogi. Decydujemy się na przejazd zamkniętą starą drogą, która prowadzi bezpośrednio nad samym urwiskiem. Trochę strach jechać bo widać dużo odłamków skalnych, które spadły z góry. Miejscami droga jest niemalże nieprzejezdna. W pewnym momencie już w ogóle nie można nią przejechać, ani niema możliwości przeniesienia rowerów. Zmuszeni jesteśmy do powrotu. Na szczęście znajdujemy boczne (ewakuacyjne) wejście do tunelu i od połowu jego długości musimy go przejechać. Huk i hałas podczas przejazdu jest nie do zniesienia. Jesteśmy szczęśliwi gdy udaje nam się go przejechać. Przejazd przez piękny Park jest bardzo wyczerpujący z powodu właśnie tych wszystkich szalonych kierowców. Widoki są zachwycające jednak niebezpieczeństwo potrącenia jest tak duże, że cieszymy się gdy kończy się ten niebezpieczny odcinek. Robi się tak bardzo gorąco, że zatrzymujemy się na lody w miejscowości Mas. Jest godzina 10, temperatura powietrza 27 stopni. Ludzi w „gelaterii” co nie miara. Lody są przepyszne. Zamawiamy równie smaczną kawę. Jadąc przez jedną z miejscowości mija mnie rowerzystka i zwraca się do mnie po polsku – Dzień dobry! O jak miło spotkać Polaków! – słyszę tuż obok mnie. Stajemy i chwilę rozmawiamy. Kobieta mieszka już kilka lat we Włoszech, tu założyła rodzinę. Życząc nam udanej wyprawy – rozstajemy się. Około godziny 14 jest tak bardzo upalnie, że postanawiamy zatrzymać się na odpoczynek nad brzegiem rzeki. Zjeżdżamy z drogi nad sam brzeg. Woda w rzece jest koloru turkusowego. Z powodu bardzo niskiej temperatury chłodzimy się tylko, rezygnując z typowej kąpieli. Gotujemy wodę na zupę i zwyczajowo już przyjęty jako deser – kisiel „słodki kubek”. Do tego raczymy się po jednej brzoskwinie i w drogę. Jedziemy boczną drogą. Obfituje ona w piękne widoki. Jest bardzo mało uczęszczana w związku z tym możemy bezpiecznie i spokojnie sobie jechać. Od miejscowości Perarolo di Cadore pniemy się serpentynami do góry. Dość krótki odcinek lecz o dużym nachyleniu. Rekompensatą są rewelacyjne widoki. W oddali w popołudniowych promieniach słońca widać zabudowania miejscowości Caralte. Piękny widok jak z pocztówki. Dojeżdżamy do jeziora tuż za miejscowością Calalzo di Cadore. W tym miejscu zostajemy na nocleg.

Dzień 11: Calalzo di Cadore – Cortina d`Ampezzo – Lago di Dobiacco (dst.64km)

Wstajemy o 4 rano. Szykuje się cudowny poranek. Postanawiamy zrobić poranną sesję fotograficzną. O godzinie 5 niebo koloru fioletowo-różowego, zmienia się z każdą minutą. Z mostu nad jeziorem robimy kilka ciekawych ujęć. Za miejscowością obserwujemy jak wstaje słońce spoza gór. Najpierw widać promienie niczym smugi świecących reflektorów aby dopiero po kilku minutach wyłonić się zza szczytów. Przy ścieżce rowerowej w miejscu przeznaczonym do odpoczynku robimy śniadanie. Ze wzgórza na którym jesteśmy rozciąga się kapitalny widok na góry. W takim miejscu nawet suchy chleb smakuje wyśmienicie. Nasza ścieżka rowerowa prowadzi trasą po dawnych torach kolejowych. Ze wszystkich dni do tej pory jest najbardziej malowniczym odcinkiem naszej wyprawy. Zachwycamy się za każdym zakrętem. A to nowy widok, albo przejazd przez tunel, wciąż nowe wrażenia. Droga bogata w zakręty. Tak wspaniałą drogą dojeżdżamy do Cortiny d`Ampezzo. Udajemy się do mijanego marketu na duże zakupy. Jest tak upalnie, że marzymy tylko o tym aby „zalegnąć” gdzieś w cieniu. Za Cortiną nie dajemy rady jechać dalej. Krótka noc i mało snu wygrywa. W napotkanym lasku robimy sjestę. Zasypiamy na ok 1h.Potem obiad i dalej w trasę. Jest nadal gorąco. Droga prowadzi wysoko w górze. Nawierzchnia zmieniła się na szutrową. Wjeżdżamy do Parku Naturale Dolomiti di Sesto. Od razu poznać, że jesteśmy w parku. Ciekawa roślinność i krajobrazy wskazuje, że znajdujemy się w szczególnym miejscu. Miejscami czuję się jak na patelni tak gorąco. Odpoczywamy przy krystalicznie czystym i lodowatym potoku. Napotykamy na ścieżce wielu rowerzystów. Co kilkadziesiąt metrów stajemy na sesję fotograficzną. Jesteśmy w sercu Dolomitów. Tą szutrową ścieżką dojeżdżamy do przełęczy Cimabanche na wysokość 1530 m n.p.m. Stąd czeka nas zjazd do Dobiacco. Przed miasteczkiem zostajemy campingu nad jeziorem Lago di Dobiacco. Camping na wysokim poziomie jeśli chodzi o zaplecze sanitarne. Obsługa wyłącznie na kartę magnetyczną. Jaki poziom taka i cena. Za jedną noc płacimy 23 euro.

Dzień 12: Lago di Dobiacco – Brunico – San Sigismondo (dst.47km)

Leniwie opuszczamy camping o godzinie 10.Od rana jest bardzo upalnie. Żegnamy się z parkiem Dolomitów. Ostatnia fotka i w drogę.Trasa dzisiejsza jest łatwa, prosta, bez specjalnych podjazdów. Jedziemy cały czas ścieżką rowerową. Przy jeziorze Lagi di Valdaora robimy przerwę. Siedzimy na ławce na punkcie widokowym. Woda w jeziorze koloru turkusowego. Piękne miejsce. Przegryzamy po batonie i już po chwili jedziemy dalej. Bardzo ładna droga pod względem widokowym. Zieleń i błękit nieba w połączeniu ze szczytami górskimi tworzą „pocztówkowe” kompozycje. Jest potwornie gorąco. Siadamy na kolejnej ławce w cieniu. Dziś jakoś jazda nam nie idzie i kilometry z trudem „narastają”. Na szczęście mamy tak przeliczone kilometry, że pozostało nam ich niewiele, jeśli chodzi o zrobienie dziennego dystansu by zdążyć na czas powrotu. Gdy odpoczywamy podjeżdża traktor. Śmiejemy się, że tam gdzie siądziemy zaraz ktoś podjeżdża, przychodzi, wychodzi albo czegoś chce- dokładnie tu gdzie właśnie chcemy odpocząć.

Zmuszeni jesteśmy wstać, i przestawić rowery aby mógł przejechać. Gdy to robimy i on przejeżdża siadamy ponownie na ławce. Po chwili podjeżdża drugi traktor, teraz z innej strony i znowu to samo. Musimy wstawać, przestawiać rowery. Jak dla nas to za dużo. Wstajemy i odjeżdżamy z tego „ruchliwego” miejsca. Po kilku kilometrach dochodzimy do wniosku, że na pierwszym lepszym campingu zostajemy. Pomimo wczesnej godziny (godz.15.30) nie chce nam się dalej jechać w takim upale. Gdy widzimy namioty po drugiej stronie rzeki, skręcamy na ten camping. Jak się okazuje nasz wybór jest bardzo dobry. Na campingu wita nas bardzo miła pani i zachęca do skorzystania z basenu. Jestem cała szczęśliwa. Przy takim upale takie orzeźwienie. Czym prędzej wskakujemy do wody. Basen jest w całości do naszej dyspozycji. Super. Po kąpieli robimy obiad i po prostu odpoczywamy. Popołudnie mija nam bardzo leniwie i przyjemnie. Za nocleg płacimy 15 euro.

Dzień 13: San Sigismondo – Forteza – Vipiteno (dst.45km)

Kolejny dzień wita nas upalnym porankiem. Z braku cienia wokół namiotu, przenoszę nas pod wielki kasztanowiec, aby w tym miejscu przyrządzić śniadanie. Jest tak gorąco, że dziś przed wyjazdem raczę się natryskiem. Jedziemy w kierunku granicy. Po drodze mijamy dość ciekawe zabudowania z kamienia, przypominające zamek. W miejscowości Rio di Pusteria korzystając z okazji robimy zakupy w mijanym markecie. Za miasteczkiem droga wspina się ku górze. Piękne panoramiczne widoki. Jadąc dalej ścieżką napotykamy grupę kobiet. Gdy przejeżdżamy obok wyraźnie słyszę język polski. Kobiety widząc nalepkę z flagą od razu nas zaczepiają. Stajemy na krótką rozmowę. Kobiety przyjechały z Polski do pracy przy zbiorze truskawek. W tej chwili mają 3 godzinną przerwę. W tym upale pod folią nie da rady pracować. Idą do pobliskiego wodospadu posiedzieć w cieniu. Życząc sobie wszystkiego dobrego rozstajemy się i każdy z nas jedzie w swoją stronę. Kolejną przerwę robimy przy małej kapliczce w miejscu do odpoczynku. Jest cień i jest przyjemnie do momentu dopóki nie przyjeżdża traktor i dwóch rolników i zaczynają coś piłować. Czy to tak zawsze musi być, gdzie my to coś zaraz zaczyna się dziać? Ruszamy czym prędzej. W miejscowości Vitipeno zauważamy kierunkowskaz prowadzący na camping. Postanawiamy tam podjechać. Zmieniamy kierunek jazdy. W związku z tym, aby jutro nie nadrabiać niepotrzebnie kilometrów postanawiamy zapytać napotkanych ludzi, jak to jest daleko. Zaczepiamy dwóch mężczyzn. Gdy pytam ich o drogę w języku niemieckim, oni tylko wzruszają ramionami. Jeden z nich widząc naszą flagę, zwraca się do nas w języku polskim. Okazuje się ,że są to Słowacy. Jeden z nich przez długi czas pracował w Polsce i stąd znajomość naszego języka. Camping okazuje się w odległości niecałych 2 kilometrów. Nocleg kosztuje nas 14 euro.

Dzień 14: Vipiteno – Brennero – Innsbruck – Vols (dst.66)

W nocy pada silny deszcz. Pompuję materac kilka razy. Krzysiu robi to samo. Przez 2 tygodnie śpimy na materacach, które wytrzymują ok 2 godzin a potem flaczeją i śpimy właściwie na ziemi.Śniadanie robimy w namiocie. Wyjazd o godzinie 10. Jest pochmurno i chłodno. Zwiedzamy Vipiteno. Miejscowość najwyraźniej turystyczna. Dużo przyjezdnych. Ładne miasteczko. Tuż za nim czekają nas spore podjazdy. Raz w górę tak, że muszę podprowadzać to znowu w dół, aby za chwilę znów było pod górę. Cały czas towarzyszy nam autostrada. Raz widzimy ją obok , to znowu na bardzo wysokim wiadukcie lub ginie na moment w tunelu. Wszystko to dzieje się na tle malowniczych gór. Im bliżej jesteśmy przełęczy Brennero tym robi się zimniej. Ubieramy cieplejsze ubrania. Tuż za granicą, po stronie Austrii robimy zakupy w ogromnym markecie „Euro-coś tam”. Ubieramy się jeszcze cieplej. Teraz czeka nas bardzo, bardzo długi zjazd, niemalże do samego Innsbrucka. Kolejne miejscowości tylko migają nam przed oczyma. Szczególnie zrobił na nas wrażenie zjazd przed samym Innsbruckiem. Końca zjazdu nie było widać. Super jazda. Przez Innsbruck przejeżdżamy nie zwiedzając. Kilka lat temu podczas naszej wyprawy w Alpy mieliśmy już okazję zobaczyć stare miasto. Podjeżdżamy na camping w miejscowości Vols. Pobyt na campingu mogę skwitować kilkoma słowami – drogo i bez „szału” (najdroższy camping podczas naszej wyprawy – 24euro).

Dzień 15: Vols – Zirl – Mittenwald (dst.42km)

Poranek pochmurny. Chmury nisko oplatają góry tworząc malowniczy pejzaż. Jedziemy ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Inn. W Zirl wstępujemy do centrum handlowego i robimy dość spore zakupy spożywcze. Przed nami bardzo trudny odcinek trasy. Od Zirl do Mittenwald w dużej części podjazd 15% drogą o dużym ruchu. Jest bardzo ciężko. Przez długi odcinek prowadzę rower. Wjeżdżamy na wysokość ok 1300 m n.p.m. Okupione jest to dużą ilością potu i zmęczenia. Pogoda kaprysi. Raz siąpi deszcz raz mocno wieje i tak naprzemiennie. Przed samym Mittenwaldem zaczyna mocno padać a po chwili grzmieć. Przy wjeździe do miasteczka – leje i wali burza. Niebo niby rozdarte zrzuca cały ładunek wody nim dojedziemy do dworca kolejowego. Jest godzina 15. Nasz pociąg odchodzi o 5 rano, więc czeka nas 15 godzin czekania na dworcu. W automacie szukam szybszego połączenia. I jak mówią-kto szuka ten znajdzie – i ja znajduję. Wpadamy na pomysł, aby podjechać pociągiem do Garmish Partenkirchen i stamtąd mamy pociąg o godzinie 5 rano, który umożliwi nam dzięki kilku połączeniom znaleźć się w Forst po godzinie 15. Jesteśmy w Garmish, mamy dużo czasu, więc jedziemy zwiedzać miasto. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. Kamienice przepięknie malowane. Na każdym jakiś obraz, malunek. Rewelacja. Szukamy dobrej i suchej ławki aby zjeść kolację. Znajdujemy zaciszne miejsce i robimy kolację. Czas jakby stał w miejscu, więc ponownie robimy rundkę po starym mieście i wracamy na dworzec. Czeka nas długa i ciężka noc przetrwania. Na dodatek o 23 zamykają nam halę poczekalni i wypędzają na zewnątrz. Zimno jak „jasny gwint”. Ubieram wszystko co mam w sakwach. Parzymy gorącą kawę. Robię kanapki na drogę – byleby czas szybko minął. O godzinie 3 otwierają poczekalnię. Zziębnięci lokujemy się czym prędzej w środku. O 4.30 wsiadamy w pociąg….ufff, byleby do domu.

Dzień 16: Garmish-Partenkirchen – Forst (pociąg)

Pociąg rusza, my szczęśliwi. Teraz tylko 4 przesiadki i będziemy na granicy z Polską. Ale…jak się okazuje nie będzie tak lekko. Gdy dojeżdżamy do Regensburgu po komunikacie w głośniku wszyscy wysiadają. Zostajemy sami w pociągu. Po chwili okazuje się, że musimy wysiąść bo pociąg dalej nie pojedzie. Hm…wysiadamy. Jesteśmy zdezorientowani. Ludzie gdzieś zniknęli. Rozeszli się po peronach. My gonimy w takim razie na inny peron, wnosimy rowery do góry na przejście. Jak jesteśmy na górze ktoś nas kieruje na dół z powrotem. Wracamy. Mamy mało czasu więc biegnę do poczekalni dworca i pytam policjantów – co się dzieje? Panowie grzecznie informują mnie, że jest strajk i pociągi jednej z linii niemieckich nie jeżdżą. Lecę do informacji. Słyszę to samo. No to klops. I zaczyna się droga przez mękę. Wsiadamy w ostatnim momencie do pociągu w kierunku Norymbergii. Wsiadamy, wysiadamy. Znowu wsiadamy do tego samego pociągu. Nikt nic nie wie. W pociągu tłok. Młody Niemiec za pomocą gps pokazuje nam jakie mamy połączenia. Z tego wszystkiego lądujemy gdzieś w mieścince z której nie można się wydostać. Nasz niemiecki druh razem z nami. Okazuje się, że Niemiec źle sprawdził połączenia  i zarówno nas jak i siebie wyrolował. Siedzimy jak kołki na peronie. On z gps-em w rączcea my z resztkami nadziei na powrót do domu w dniu dzisiejszym. Sami zaczynami planować kolejne połączenia i sprawdzać jak mamy jechać. Dzięki temu udaje nam się dojechać do Forst o godz. 19.27. Z 4 przesiadek zrobiło się ich aż 10. I tak po wielu perypetiach wracamy do domu. Wyprawa dobiegła końca.

KOSZT WYPRAWY:

dojazd pociągiem Forst-Mittenwald i z powrotem – 412zł
kampingi x9 – 616zł
jedzenie kupowane w marketach – 692zł
koszty w Polsce (pociąg, agroturystyka-nocleg) – 70zł
koszt całej wyprawy wyniósł 1790zł/2 osoby w 16 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY