W dniach od 4 do 23 czerwca zwiedziliśmy na rowerach Turcję. Po tym co oglądaliśmy w tv przed wyjazdem, mieliśmy trochę mieszane uczucia, czy będzie bezpiecznie? Na miejscu okazało się, że nie ma tak dużego zagrożenia jak jest to pokazane w tv. Tylko w dużym mieście widzieliśmy kilka demonstracji, natomiast środkowa i południowa część kraju zupełnie spokojna. Temperatury były – wysokie. W nocy 30 stopni w dzień dochodziło nawet do 45 stopni w słońcu. Często upał nie pozwalał po prostu jechać i pomagało wyłącznie chłodzenie się w morzu lub pod bieżącą wodą. Spaliśmy często bez namiotu (nad morzem) na plażach i w ukrytych zaułkach. W Turcji ciężko znaleźć kemping więc dla osób lubiących komfort informacja – jeżeli na mapie zaznaczony jest kemping to wcale nie znaczy że jest, a jak jest to może być po prostu opuszczony lub zamknięty. Nie spotyka się tutaj turystów z kamperami. Zaskoczyła nas obsługa w autobusach dalekobieżnych (szczegóły na zdjęciu w galerii). Możemy tylko się od nich uczyć takiej obsługi klienta. Rowerami przejechaliśmy ok 750km, ponadto 4 razy autokarem (nie ma problemu z zabraniem rowerów-bezpłatnie).

Zapraszamy do obejrzenia galerii z wyprawy (212 zdjęć):

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/Turcja2013WyprawaRowerowa

Mapa wyprawy

Dzień 1: Stambuł – Eskisehir

W Stambule lądujemy około godziny 19. Idziemy się na przystanek autobusowy aby dojechać do Eskisehir, miasta w którym mieszka nasza córka. Postanawiamy spędzić z nią dwa dni nim wyruszymy dalej na rowerach. Jadąc autokarem zauważam pewną rzecz. W większości okien mieszkań tureckich widzimy białe światło. Stosowane są tutaj żarówki o białym, zimnym świetle. W przejeżdżających miejscowościach, pomimo godzin nocnych otwarte są sklepy. Z uwagi na bardzo wysokie temperatury handel w Turcji rozkwita popołudniem, gdy nieco żar zmaleje. Jesteśmy wręcz zszokowani obsługą pasażerów w autokarze. Oprócz kierowców, w autokarze non stop pracuje steward, który dba o komfort pasażerów. Przed sobą ma wózek (podobny do takiego jak w samolocie), proponuje zimną wodę, napoje, gorącą kawę, herbatę a nawet ciastko. Ponadto po spożyciu, podaje zapakowaną jednorazową chusteczkę nawilżającą, a na koniec podróży polewa każdemu na dłonie płyn odświeżający o pięknym różanym zapachu. Normalnie pełen wypas. Każdy z pasażerów ma do dyspozycji również tv i video ze słuchawkami. Do Eskisehir dojeżdżamy w nocy. Na dworcu każdy napotkany Turek chce nam pomagać podczas skręcania rowerów. Koniec końców pijemy z nimi herbatę, którą nas częstują. Miasto nocą wygląda przepięknie. Czyściutko wszędzie, poprzycinane trawniki, pełno obsadzonych klombów z kwiatami. Jestem zaskoczona tak ładnie prezentującym się miastem. Miałam zupełnie inne przeświadczenie (potem nieco zmienię swoją opinię). Do mieszkania córki docieramy późno w nocy.

Dzień 2,3: Eskisehir

Kilka minut po 5 rano budzi nas zawodzący śpiew z meczetu. Pieśń modlitwa wykonywana jest w języku arabskim i nazywa się Ezan. Będziemy ją słyszeć po kilka razy dziennie na obszarze całej Turcji. Dokładny czas jej wykonywania uzależniony jest od godziny wschodu słońca oraz długości geograficznej. W dniu dzisiejszym zwiedzamy miasto. Próbujemy potraw kuchni tureckiej, zwiedzamy muzeum wyrobów z pianki wodnej. Po raz pierwszy też zwiedzamy meczet od wewnątrz. Po drodze napotykamy 3 demonstracje. Do tej pory zamieszki oglądaliśmy tylko w telewizji. Na głównej ulicy miasta rozłożyło się miasteczko namiotowe. Młodzież siedzi tu całymi dniami, co jakiś czas protestując. Podobno w nocy jest tu znacznie goręcej. Wtedy przychodzi tu policja i dzieje się. W nocy jedziemy autokarem do Kapadocji.

Dzień 4: Eskisehir – Goreme (Kapadocja)

Noc minęła dość szybko. Obsługa autokaru co chwilę serwowała nam nowe niespodzianki więc czas minął błyskawicznie. Po 8 rano jesteśmy w Goreme. Rozpoczynamy jazdę przez Kapadocję. Skały o kształtach grzybów i piramid utworzone w wyniku erozji robią na nas wrażenie. Krajobraz jak na innej planecie. Mijamy księżycowe krajobrazy powstałe dzięki aktywnym niegdyś wulkanom. Podczas przerwy pijemy sok ze świeżo wyciśniętego granatu a śniadanie jemy wśród skalnych grzybów. Cisza i spokój. Ten błogi nastrój przerywa szelest w zaroślach traw. Gdy idę sprawdzić co to jest okazuje się, że to żółw. Duży okaz piękny osobnik. Przejazd przez serce Kapadocji zajmuje nam cały dzień. Śmiało mogę powiedzieć, że jeden dzień to stanowczo za mało aby zwiedzić cały rejon. Kolejną przerwę robimy pomiędzy skałami u chłopaka, który sobie mieszka pod namiotem. Postawił wiatę z drewna i parzy herbatę dla turystów. Po pokonaniu sporego podjazdu a właściwie podejścia zatrzymujemy się na kempingu. Widok z namiotu jest oszałamiający. Cała dolina z pięknymi skałami jest pod nami a na dodatek romantyczny zachód słońca. Jest pięknie.

Dzień 5: Goreme – Uchisar – Kaymakli – Derinkuyu – jeź. Narli Gol – 69km

Wcześnie rano nad doliną lecą balony. Wstajemy dość późno bo około 7 i w zasadzie w powietrzu zostały już tylko dwa. Ze względu na wysoką temperaturę powietrza, balony latają tylko we wczesnych godzinach porannych. Potem już jest stanowczo za upalnie. Podziwiając skalne kominy Kapadocji, zjeżdżamy powoli do m.Goreme aby zaraz dłubać się pod górę w stronę m. Uchisar, słynącej z olbrzymiej cytadeli. Cytadela jest w rzeczywistości ogromną skałą, podziurawioną tunelami i oknami. Jest to najwyższy punkt w całej Kapadocji. Ta niesamowita, baśniowa kraina zostaje powoli za nami. Na obiad zatrzymujemy się po drodze w miejscowości Kaymakli. Mała mieścinka, kilka przydrożnych barów. Zamawiamy sprawdzone potrawy, które wcześniej jedliśmy w Eskisehir. Córka wspominała, że można tu trafić na różne dziwne potrawy, stąd nasza ostrożność przy wyborze menu. Na dodatek okazuje się, że łapiemy pierwszą gumę. Starszy Turek widząc, że coś dłubiemy przy rowerze bez namysłu podchodzi i dotyka roweru raz z jednej a raz z drugiej strony. Niby chce pomóc ale prawdę mówiąc to bardziej przeszkadza. Ot, tacy to ludzie pomocni. Po dość sprawnej wymianie dętki dalsza nasza dzisiejsza podróż to jazda pomiędzy polami drogą, która nie ma końca.

Ogromne połaci przestrzeni, jedna prosta asfaltowa droga i wiatr w twarz. Nuda, nuda, nuda. Moje myśli krążą gdzieś daleko ale nie są tu na wyprawie. Tereny rozległe, właściwie mogę powiedzieć, że mało interesujące a nawet nieciekawe. Strasznie wieje i nie można jechać. Gdy pod wieczór dojeżdżamy nad jezioro nie będę ukrywać, ale cieszę się, że nie muszę już dziś pedałować. Jezioro o nazwie Narli Göl jest kraterem wygasłego wulkanu. Zasilane wrzątkiem, który bezpośrednio wybucha z ziemi i strumieniem gotującej się wody wpływa do jeziora. Wrzątek doprowadzany jest również rurą do pobliskiego hotelu Spa. Po jednej stronie brzegu znajduje się niewielki sosnowy las z niskimi drzewami. W tym miejscu dzisiaj będziemy rozbijać nasze obozowisko. Kilku Turków zaprasza nas do siebie na herbatę. Chwilę rozmawiamy, częstują nas arbuzem i kieliszkiem raki. Jest dobrze. Wieczór zapowiada się tutaj wyjątkowo zimny. Gdy Turcy odjeżdżają, nad jeziorem zostajemy tylko my sami. W nocy bardzo wieje, jest zimno na zewnątrz namiotu i słyszymy strzały. Za żadne skarby nie mam ochoty wychodzić z namiotu, nawet do toalety. Boję się.

Dzień 6: Jeź. Narli Gol – Ihlara – Yaprakhisar – Aksaray – 70km

Ranek w przeciwieństwie do nocy, ciepły i do tego słoneczny. Ze zdumieniem zauważam obecność świstaków. Obserwujemy ich harce i zabawy. Płochliwe zwierzątka. Po godzinie nad jezioro przyjeżdża rodzina muzułmanów. Ojciec rodziny w trosce o stan psychiczny dwóch na czarno opatulonych kobiet, tak ustawia samochód aby mój widok kobiety w krótkich spodenkach nie był gorszący. Po śniadaniu i my wyruszamy w dalszą drogę. I dzisiaj znowu trochę nudno. Pola, pola i pola. Jedyny plus to piękna słoneczna pogoda. W drodze do m.Ihlara robotnicy pobliskiej żwirowni krzycząc i machając rękoma, zapraszają nas na herbatkę. Wypiliśmy po dwie. Robi się coraz goręcej. W godzinach południowych dojeżdżamy do miejscowości Ihlara. Podziwiamy głęboki wąwóz ciągnący się na długości 16 kilometrów wycięty w wulkanicznych skałach przez rzekę Melendiz. Wąwóz robi na nas duże wrażenie, robimy pamiątkowe foty z góry, ale niestety nie decydujemy się na wędrówkę. Zjeżdżamy do miasteczka. W trosce o zapewnienie sobie energii idziemy do restauracji na obiad. Udaje mi się również wysłać kilka e-maili do bliskich. Nie jest to łatwe na tureckiej klawiaturze i czasem wychodzą jakieś głupoty ale i tak się cieszę. Około 15 zrywa się ulewa. Gdy tylko przestaje, ruszamy w drogę. Ciężko wyjechać z tego miasteczka. Podjazd po byku. Ledwo udaje mi się wprowadzić rower i to po asfalcie. Po lewej stronie towarzyszy nam w oddali góra Hasan Dagi, wygasły wulkan o wysokości 3253m. I znowu przed nami długa prosta droga a nad nami czarne chmury. Co chwilę pada lekko deszcz. Miejscowość Yaprakhisar zaskakuje wyglądem. Ciekawie zlokalizowane miasteczko. Chwilę zwiedzania jaskiń i jam, i w drogę. Przed Aksaray łapiemy się na kilkunasto kilometrowy zjazd wzdłuż rzeki Melendiz. Dużo jest tutaj miejsc piknikowych, gdzie Turcy spędzają wolny czas, niestety duża ilość śmieci przez nich zostawiona niedobrze o nich świadczy. Wieczorem dojeżdżamy do Aksaray. Na dworcu autobusowym poznajemy fajnych chłopaków, kelnerów z baru. Też dużo jeżdżą na rowerach i nasz sprzęt wyraźnie ich interesuje. Dzisiejszą noc spędzamy w autokarze do Antalyi. Obsługa tureckich autokarów wznosi się na wyżyny zapewniając pasażerom wiele atrakcji (zimna woda, gorąca kawa, herbata, ciastka, chusteczki nawilżane, płyn dezynfekcyjny do rąk a nawet lody). Do tego wszystkiego jak dodamy wygodne fotele oraz monitor z wieloma kanałami tv i video dla każdego pasażera oddzielnie. Luksus. Jazda autokarem trwa całą noc.

Dzień 7: Aksaray – Antalya – Kemer – 48km

Poranek w Antalyi witamy na plaży. Przepiękny wschód słońca zapowiada upalny dzień. Na wybrzeżu temperatura znacznie odbiega od tej ze środkowej Turcji (Anatolii). Budujemy sobie szałas na plaży. Dosypiamy w cieniu i kąpiemy się w ciepłym morzu. Rewelacja. Teraz naprawdę zaczęło się już tak bardzo wakacyjnie. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Jest bardzo, bardzo gorąco. Temperatura 40 stopni. Spotykamy po drodze rowerzystę Turka. Wspólnie przystajemy na herbatę w barze. Miły chłopak. Jesteśmy wykończeni upałem. Powoli rozglądamy się za miejscówką. Mijamy m.Goynuk. Pełno resortów, hoteli z najwyższej półki i zagospodarowana plaża w 100%. Mijamy wielu turystów. Język, który najczęściej słyszymy to rosyjski. Na targowiskach i w sklepach nazwy sprzedawanych artykułów po rosyjsku. Jedziemy dalej. Przed samym Kemer udaje nam się znaleźć kawałek wolnej plaży. Dzisiaj śpimy bezpośrednio na piasku. Nawet nie wyciągamy materacy. Przykrywamy się tylko lekko śpiworem. Noc magiczna, o 24 obserwujemy w oddali fajerwerki.

Dzień 8: Kemer – Kumluca – Finike – 79,5km

Około 7 rano budzi nas ochroniarz z prośbą o opuszczenie miejsca i przeniesienia się ciut dalej. Posłusznie zwijamy nasze menele dalej. Miejscowość Kemer również typowo turystyczna. Poznajemy sprzedawczynię w sklepie spożywczym. Rozmawiamy po rosyjsku. Okazuje się, że pani jest Gruzinką i mieszka tu wiele lat. Mówi nam, że w tej miejscowości domy wykupują Norwegowie. A ja wciąż zastanawiałam się, dlaczego tak wiele jest tu symboli Wikingów. I zagadka się rozwiązała. Dalsza jazda jest dość uciążliwa. Odbijamy w góry. Przyjemny wiaterek od morza zostaje za nami. Pod wieczór dopiero zjeżdżamy z gór do miejscowości Kumuluca. Miejscowość typowo produkcyjna. Większość powierzchni tej miejscowości to tunele foliowe. Kilkukilometrowa długa prosta, a po dwóch stronach tunele i tunele. I tak aż do morza. Dojeżdżamy do dość interesującego miejsca. Wygląda to na miejsce do odpoczynku dla miejscowych, zorganizowane przez miasto. Wszystko zadbane. Trawnik przycięty a na nim stanowiska do grilla i biesiadowania. Ilość niepoliczalna. Kilka rodzin z dziećmi. Jedziemy dalej wzdłuż morza. Mijamy piękny kilkukilometrowy pas plaży porośnięty kwitnącymi oleandrami, palmami, eukaliptusami. I tutaj zaskoczenie. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wszechobecne śmieci. Pełno torebek plastikowych, papierów, pobitych butelek. Jak ci ludzie mogą w tym miejscu odpoczywać? A odpoczywają. Widzimy grupki ludzi, rodziny, które przyszły spędzić tu wolny czas. Jest dość późno więc w tym całym bałaganie wynajdujemy dla siebie miejsce na nocleg. Pomiędzy krzakami oblepionymi kwiatami rozkładamy folię i robimy kolację. Raptem, nie wiadomo skąd pojawia się Turek na skuterku. Przysiada się do nas i coś tam macha i pokazuje. Pyta się (tak się domyślamy) czy będziemy tu nocować. Rozmowa przebiega bardzo śmiesznie, ponieważ gość nie zna żadnego słowa po angielsku. Cały czas nawija po turecku, ale my nie rozumiemy co do nas mówi. Widząc brak zrozumienia Turek prosi o długopis i kartkę i pisze nam po turecku o co mu chodzi. Pisze nadal po turecku … i wciąż zdziwiony, że go nie rozumiemy. Gdy dochodzimy do jakiegoś porozumienia, odjeżdża. Po chwili znów przyjeżdża i przywozi arbuza, butelkę wody, ser i chleb. Nalega abym pojechała z nim na skuterze po…benzynę? Jesteśmy zaskoczeni jego uporczywym napieraniem abym z nim pojechała. W międzyczasie macha do kogoś w oddali. Gdy kategorycznie odmawiam, napiera na Krzysia aby on kazał mi jechać. Zgłupiał chłopina, czy co? Myśli, że jak ja odmawiam to mąż mi będzie kazał jechać i ja pojadę. Mentalność Turków. W tym kraju kobieta musi robić to co każe mąż, nawet wbrew jej woli. Oczywiście Krzysiu również wyraźnie odmawia. Turek wymyśla w takim razie, że pokaże nam pokój do spania ale… ja mam z nim jechać i pokaże. Aby w końcu zakończyć te przepychanki decydujemy, żeby to on jechał na skuterze wolno a my za nim pojedziemy na rowerach. W momencie gdy się pakujemy i chcemy ruszyć on ucieka. Teraz jest to dla nas dość dziwna sytuacja, po kilku dniach zaczynamy rozumieć skąd takie jego zachowanie ( wyjaśnienie a raczej ostrzeżenie przekazuje nam pewien samotny Turek, który od kilku lat jest wdowcem i ostrzega nas, abym sama nigdzie nie chodziła, gdyż kobiety w Turcji bywają po prostu porywane i sprzedawane). Postanawiamy, że nie zostajemy tu na noc. W zupełnych ciemnościach odjeżdżamy dalej, do następnej miejscowości – Finike. Na dziś mam dość wrażeń i zatrzymujemy się przy barze na plaży, w bezpiecznym miejscu. Tutaj rozbijamy namiot.

Dzień 9: Finike – Demre – Kaś – 85km (w tym rowerem tylko 37km)

Noc mija spokojnie. Zwiedzamy miasto. Piękny park tuż przy morzu. Bujna zieleń i drzewa fikusy tak wielkie, jakich do tej pory nigdy nie widziałam. Rozpoczynamy jazdę wzdłuż wybrzeża. Droga wije się zboczem skały, nad samym urwiskiem. Co chwilę, za każdym zakrętem kolejne widoki na zatoczki z turkusową wodą i żółtym piaskiem lub drobnymi kamykami nas zachwycają. Gdy tylko jest okazja (czytaj: zejście na brzeg i dostęp do słodkiej wody w niektórych zatoczkach woda maleńkim strumykiem spływała z gór) zatrzymujemy się aby skorzystać z kąpieli. W ten sposób udaje nam się przetrwać najgorszy upał w ciągu dnia. Dojeżdżamy do miejscowości Demre. Miasto to jedna wielka powierzchnia pokryta tunelami foliowymi a w nich pomidory i papryka. W jednym ze sklepów kupujemy najpyszniejsze jakie jadłam do tej pory brzoskwinie. Są tak soczyste i słodkie, że 3 krotnie wracamy po ich zakup, nie mogąc się najeść do syta. Jest potworny upał a mnie nie chce się już jechać dzisiaj wysoko przez góry. Postanawiamy przejechać ten odcinek dolmuszem (komunikacja samochodowa, busy kilku lub kilkunastoosobowe). Na przystanku czekamy około godziny. Pierwsza odjeżdżam ja. Niestety dolmusz zabiera tylko jeden rower, o ile w ogóle ma miejsce. Szczęśliwie po godzinie dojeżdżam do miejscowości Kas. Teraz z perspektywy przebytej drogi busem jak pomyślę, że miałabym dłubać się w tym upale przez góry jestem szczęśliwa, że zdecydowałam się na dojazd busem. Na dworcu zakładam przednie koło, montuję hamulce i jadę na camping. Pamiętam jak mi Krzyś pokazywał mapy i gdzie się znajduje więc decyduję się na poszukiwania. Gdy docieram na miejsce otrzymuję od Krzysia sms-a, że nie dostał się do busa a następny za godzinę. Mi się nie spieszy więc poczekam, w końca ja już jestem na miejscu noclegu. Po godzinie otrzymuję kolejną wiadomość, że znowu dolmusz był pełny i się nie zabrał. W kolejnym sms informował mnie, że jedzie rowerem. Współczuję. Idę nad brzeg morza a właściwie urwisko z platformą z której są schodki bezpośrednio do wody. Po godzinie widzę a tu Krzysiu zajeżdża na camping. Podwieźli go na stopa. Śpimy na campingu w Kaś – cena 30 lirów (55zł).

Dzień 10: Kaś – Yenikoy – Kalkan – Gelemisz- 43km

Nocleg bardzo bezpieczny i spokojny. Na dodatek doładowaliśmy wszystkie akumulatory do naszego sprzętu. Dzisiejsza jazda bardzo podobna do wczorajszej. Brzegiem morza, wyrytą w skałach malowniczo wijącą się drogą. Przed miejscowością Kalkan mijamy przepiękną folderową plażę Kaputasz. Jak z bajki. W Kalkan na stacji benzynowej krótka przerwa na pyszną świeżą baklawę (słodkie, bardzo mokre ciasto, nasączone syropem, posypane mielonymi pistacjami). Teraz czeka nas spory podjazd. Tu za nim kolejne foliowe miasteczko Yelikoy. Widok nieciekawy ale za to przyjemny długi zjazd. Teraz z lewo w kierunku starożytnego miasta a właściwie ruin Patara. W miejscowości Gelemis zostawiamy na przydomowym campingu „Meduza” rowery i idziemy zwiedzać ruiny. Właściciel campingu o imieniu Vakana daje nam swoją wejściówkę i tym samym zwiedzamy za darmo. Ruiny robią na nas duże wrażenie. starożytne miasto portowe Patara ma dobrze zachowane budowle z czasów rzymskich, wśród których wyróżnia się amfiteatr i łuk triumfalny. Jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. W ciepłym zachodzącym słońcu to miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. Koszt noclegu na kampingu 15 lirów (28zł).

Dzień 11: Gelemisz – Karakoy (starożytne m. Ksantos) – Fethiye – 82km (rowerem 47km)

Wcześnie rano, tuż przed 5 budzi nas Ezan (śpiew, modlitwa z minaretu oddalonego od naszych głów jakieś 30metrów). Szaleństwo. Tuż po chwili zaczynają piać koguty. Trudno tu pospać. Trzeba jechać dalej. Dzisiaj odbijamy od morza i jest bardzo gorąco. Doprawdy nie mogę jechać przy tych temperaturach. Co chwilę zmieniam koszulkę na mokrą, a gdy tylko wysycha znowu ją zmieniam (tą na zmianę wożę mokrą w sakwie i każdy dostęp do wody wykorzystuję na jej zmoczenie). Jedziemy przez tereny wypalone słońcem. Brak cienia skłania nas do zatrzymania się na odpoczynek przy stacji benzynowej. Spotykamy też żółwie, którym niejednokrotnie nie udało się przejść przez jezdnie. Jednemu z nich wiernie kibicujemy chroniąc przed ewentualną śmiercią na drodze. Zajeżdżamy po drodze do miejscowości Karakoy, w której znajdują się ruiny starożytnego miasta Ksantos. Spotykamy się z nieprzyjemną sytuacją. Dzieciaki ze wsi wołają do nas i wręcz wymuszają nasze zatrzymanie, stając na środku drogi w poprzek. Gdy próbujemy ich objechać z boku, schylają się po kamienie i rzucają nimi w nas. Bardzo nieprzyjemna sytuacja, wręcz niebezpieczna. Z ulgą opuszczamy tą miejscowość. Widząc samochód ciężarowy postanawiam zapytać, czy zabierze nas na stopa. Jest taki żar i upał, że i tak nie daje rady jechać dalej. Kierowca coś macha rękoma i niestety przecząco kiwa głową. Jedziemy dalej. Po ujechaniu kilkunastu kilometrów, ten sam samochód się zatrzymuje. Kierowca uśmiecha się i proponuje podwiezienie. Okazało się, że po prostu czekał na kolegę. Super, bo podwożą nas około 30km. Dzięki tej sprawnej akcji szybko udaje nam się dojechać do Fethiye. W mieście tłumy mężczyzn udających się do meczetu. Po raz pierwszy widzimy takie poruszenie podczas Ezanu. Zwiedzamy miasto. Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Po raz pierwszy widzimy przy przystani ogromnego żółwia w morzu. W pierwszej chwili myślałam, że to płetwonurek z akwalungami na plecach. Ludzie łapią za aparaty i pstrykają. Drogą wzdłuż wybrzeża trafiamy na camping. Nie ma nikogo z gości, jednak miejsce jest ładne (las, zatoka, restauracja) – zostajemy. Przed rozstawieniem namiotu, odpoczywamy na plaży, jemy kolację. Czas mija nam spokojnie i relaksacyjnie. Wieczorem mamy piękny widok na miasto, po drugiej stronie zatoki. Obserwujemy nisko lecące samoloty na lotnisko do Dalaman.

Dzień 12: Fethiye – Gocek – 44km

Po śniadaniu, zwijamy namiot i zapakowane rowery zostawiamy pod restauracją. Przykrywamy dodatkowo folią (dla własnego, wewnętrznego spokoju). Jedziemy „dolmuszem” (busem) na najpiękniejszą podobno plażę w Turcji. Plaża Oludenitz pojawia się najczęściej w folderach reklamowych. Szeroka, z żółtym drobnym piaskiem i turkusowym kolorem wody a nad nami niezliczona ilość paralotniarzy. Piękne miejsce. Udajemy się na koniec plaży. W tym miejscu znajdujemy zaciszne miejsce przy skałach i krzakach. Idealne miejsce na spanie na plaży. Po chwili odkrywamy za skałą maleńką zatoczkę, też nadającą się na nocleg. Obserwujemy muzułmanki, które w szczelnie zakrytych strojach kąpią się w morzu. Sielsko i bajecznie. Wracamy po rowery po południu. Dzisiaj chcemy jeszcze trochę popedałować. Przed wyjazdem z miasta udajemy się na poszukiwania sklepu z kartuszami gazowymi. Dzięki temu zwiedzamy miasto. Pod wieczór dojeżdżamy do Göcek. Miejscowość typowo jachtowa. Nie ma tu plaży. Jest długa promenada przy której zlokalizowano wiele restauracji, knajpek. Jedziemy nią do samego końca. Dojeżdżamy do bramki i pana strażnika, który dalej nie chce nas wpuścić, twierdząc, że to hotel i potrzebne są przepustki. Pytamy o miejsce noclegu na dziko. Wskazującym palcem kieruje nasz wzrok na drugą stronę zatoki. Jedziemy tam. Kilka kilometrów jazdy i znajdujemy naszą miejscówkę. Dziś śpimy na cyplu skalnym . Wokół nas zakotwiczone jachty. Ich właściciele popłynęli motorówkami do miasteczka. Do 2 w nocy słychać odgłosy zabawy i oglądamy w oddali fajerwerki. W nocy budzi mnie niepokojący hałas. Sprawdzam krzaki za głową. Odnajduję żółwia, który nieporadnie przemieszcza się po gałęziach i krzakach.

Dzień 13: Gocek – Gulbaszi – Dalyan – 40km

Gdy nad ranem otwieram oczy, widzę jak niebo zmienia swoje kolory. Robi się coraz jaśniej. Feeria barw na niebie. Po śniadaniu, ruszamy w drogę. Wyjeżdżamy na główną drogę. Od rana jest już bardzo gorąco. Na podjeździe zatrzymujemy się w lesie na herbatę. Sprzedawca herbaty dodatkowo częstuje nas pierożkami. Miły akcent. Przed nami długie tunele. Pozostaje nam wybrać, albo przeprowadzić rowery tunelem gdzie jest zakaz jazdy rowerem , lub nadłożyć sporą ilość kilometrów jadąc w upale. Wybieramy to pierwsze. Długi, ponad kilometrowy tunel. Jedyny plus to chłód. Główny minus to straszliwy hałas od wentylatorów oraz samochodów. W Gulbaszi zjeżdżamy z głównej drogi w kierunku Dalyan. Dłuży mi się coś ta droga. Zbieram po drodze pomarańcze i cytryny leżące pod drzewami. Dojeżdżamy do miejsca w którym kończy się droga. Jesteśmy nad kanałem – jakby rzeką, łączącą jezioro Koycegiz z morzem. Po kanale pływają łodzie motorowe z turystami. Wożą ich na słynną plażę Iztuzu, na której żółwie morskie Caretta Caretta znoszą swoje jaja. Jedziemy wzdłuż brzegu. Po naszej lewej stronie mijamy kolejne małe hotele, pensjonaty, spa i inne „wypasione” miejsca wypoczynku. Nie są to duże obiekty. Zazwyczaj z pięknym basenem, krótką zadbaną trawą i piękną roślinnością. W centrum miasteczka pełno turystów, przy brzegu pełno też stateczko-łodzi służących do przewożenia turystów. Jedziemy na kemping. Cena wynajmu domku niemalże pokrywa się z ceną postawienia namiotu. Wybieramy domek. Właściciel widząc, że wybieramy się na przystań, dzwoni i zamawia dla nas w tej samej cenie co z przystani taksówkę wodną. Bezpośrednio z podestu jego restauracji wsiadamy do łodzi. Po drodze podziwiamy wykute w skale grobowce likijskie „Kaunos”. Mijamy bardzo dużo tych łodzi motorowych. Płyniemy wśród trzcin. Kanał im bliżej morza tym tworzy większe rozlewisko tworząc sieć kanałów wijących się pomiędzy trzcin. Przed plażą, na przystani, dziesiątki łodzi. Ludzi pełno. Upał i brak cienia. Kąpiemy się w morzu, oglądamy miejsca oznaczone w których żółwie zniosły jaja. Poznajemy jedynych Polaków, których udało nam się spotkać podczas naszej wyprawy. Przyjechali na wycieczkę fakultatywną z hotelu. Z tego względu, że nie przepadamy za byciem w tłumie na plaży po chwili wracamy na łódź. Przy kempingu robimy w sklepie zakupy i wymęczeni kładziemy się w … łózku. Tak jak się położyliśmy tak też i przespaliśmy całą noc.

Dzień 14: Dalyan – Akyaka – 70km

Poranek bardzo mozolny. Robimy porządki w sakwach. Leniwie zbieramy się w drogę. W zasadzie nic się dzisiaj nie dzieje. Wracamy do głównej drogi. Przed miejscowością Akyaka „wpadamy” w alejkę eukaliptusów, łapiąc trochę cienia. W samej miejscowości Akyaka chłodzimy się w zimnej rzece o silnym, rwącym strumieniu, zwanej ponoć przez miejscowych „dziką rzeką”. Odnajdujemy stary, nieczynny kemping. Z ciekawości myszkuję po domkach dla turystów. Puste, opuszczone, częściowo zdewastowane. Nikt ich nie pilnuje. Jakoś niespecjalnie zachęca nas to miejsce aby zostać na noc. Szukamy dalej. Znajdujemy ładne miejsce. Półka skalna tuż nad lustrem wody. Obserwujemy statki wycieczkowe, wpływające do zatoki. Karmimy kilka kotów, które zwęszyły nasza obecność i …jedzenie. Cały litr mleka i paczka parówek (niedobrych jak diabli) lądują w brzuszkach kociaków. Dziś postanawiamy, że tu będziemy spać. Nie rozbijamy namiotu. Bezpośrednio na materacach, wpatrzeni w gwieździste niebo zasypiamy.

Dzień 15: Akyaka – Akbük Girişi – 22km

Dzisiejsza jazda wzdłuż wybrzeża zapewnia momentami trochę chłodniejsze powietrze. Temperatury są tak wysokie, że wciąż chłodzimy się w każdym możliwym miejscu z dostępem do wody. Zatrzymujemy się po drodze w restauracji z ciekawym widokiem z tarasu. Cały taras obrośnięty winoroślą i zwisającymi kiściami winogron. Krzysiu zamawia piwo a ja herbatę. Chwilę w cieniu. Zmoczenie koszulek i w drogę. W południe musimy zrobić przerwę. Nie da rady jechać taki upał. Kąpiemy się w morzu, uważając na jeżowce. Zalegamy w cieniu. Siedzimy na dzikiej plaży. Po dwóch godzinach jedziemy dalej. Dziś docieramy do plaży, miejsca wypoczynkowego wraz z kempingiem dla lokalnych Turków. Miejsce dość popularne. Sporo ludzi. Jest sklep, restauracja. Jedziemy na kemping. Gdy tylko rozbijamy namiot, Turczynka z namiotu po sąsiedzku zaprasza nas na kawę. Poznajemy turecką rodzinę. Mama, syn i wnuk. Syn policjant, próbujący komunikować się z nami po angielsku. Jest wesoło. Po chwili poznajemy też Turków, którzy podobnie jak i my jeżdżą na rowerach z sakwami i też są w trasie. Jeden stomatolog i dwóch fizjoterapeutów. Wieczór mija nam bardzo przyjemnie. Turczynka częstuje nas kolacją. Kluseczki na gorąco z serem. Smaczne. Noc potwornie gorąca. Nie możemy spać, taki żar w namiocie. O 1 w nocy biorę natrysk aby choć na chwilę się ochłodzić. Nawet się nie wycieram. Zimna woda z kranu nie chłodzi bo też jest ciepła.

Dzień 16: Akbük Girişi – Turkevleri – 34km

Podczas śniadania mój wzrok skupia się na drodze, którą widzę w oddali. Trochę niepokoi mnie ta cienka linia wijąca się coraz wyżej i wyżej tworząc serpentynę z wieloma zakrętami. Ten podjazd dzisiaj przed nami. Długo i powoli przychodzi nam go pokonać. Dzień podobny do poprzedniego i właściwie nic się dzieje oprócz jazdy samej w sobie. Raz w górę, raz w dół. Wieczorem dojeżdżamy do Turkevleri. Znajdujemy miejsce, które wstępnie planujemy na miejscówkę. Drewniana platforma tuż nad plażą. W tej chwili zajęta przez jakąś rodzinę. Godzinę odpoczywamy. Postanawiamy jechać dalej. Jest jeszcze dość wcześnie. Po kilku kilometrach znajdujemy źródełko ze słodką wodą i dobrze ulokowaną miejscówkę na plaży. Zostajemy tu na noc. Powiem szczerze, że ta noc jest dość dziwna i mroczna. Morze zupełnie spokojne a nad jego taflą unosi się mgła. Do tego pełnia księżyca i pohukiwanie sowy za głową – jak z horroru.

Dzień 17: Turkevleri – Bodrum -(rowerem 20km)

Po tej mglistej nocy nad ranem został tylko wilgotny śpiwór. Poranne słońce przegoniło wszystkie strachy. Dziś praktycznie od rana mamy już ostro pod górę. Jest potwornie gorąco i każdy skrawek cienia wykorzystuję na krotki odpoczynek. W Gokbel łapiemy gumę. Jesteśmy już wysoko ale jeszcze do szczytu spory kawałek. Korzystając z okazji postoju zatrzymujemy się na herbatę w „męskiej knajpie”. Nie chce mi się już jechać w taki upał. Gdy Krzysiu zmienia dętkę zatrzymuje się obok nas ciężarówka. Młody chłopak macha do nas, wskazując miejsce na pace. Wsiadamy. Turek zawozi nas do swojego domu. Zaprasza do środka, parzy herbatę. Pokazuje w piwnicy beczki z oliwą z oliwek, daje nam do spróbowania. Po chwili przychodzi jego mama. Po herbatce wsiadamy wszyscy do jego samochodu. Nie bardzo wiemy o co chodzi bo chłopak szczątkowo posługuje się językiem angielskim. Jedziemy jak szaleni. Samochód podskakuje na dziurach i wszystko fruwa w szoferce. Turek i jego mama głośno się śmieją. Zawozi nas do swojej restauracji na wybrzeżu. Piękne miejsce. Mały parterowy pensjonat z restauracją ukryty w cieniu winogron i zieleni. Siadamy przy stoliku tuż przy brzegu. Zamawiamy obiad. Jesteśmy zauroczeni tym miejscem. Cisza, spokój, bezpośrednio nad morzem, brak tłumów. Turek odwozi nas na przystanek dolmusza. Po godzinie jazdy busem dojeżdżamy do Bodrum. Tłumy, hałas, upał, o jakżeż inny klimat od poprzedniego miejsca. Kierujemy się na camping po drugiej stronie miasta. Po pokonaniu stromego podjazdu i szalonym zjeździe znajdujemy się na brzegu zatoki. Wzdłuż promenady okropne tłumy. Masa kafejek, barów, punktów handlowych. Na plaży leżak koło leżaka, zmieniają się tylko kolory parasolek. Prawie na samym końcu zjeżdżamy w kierunku campingu. Potworny hałas docierający z plaży. Camping znajduje się na tyłach dyskoteki z miejscami do leżenia. Potwornie głośna muzyka powoduje, że szukamy najbardziej oddalonego miejsca na placu. Niestety wszędzie ten sam jazgot. Rozbijamy namiot obok kilku namiotów należących do obsługi. Gdy personel jest w pracy ich rodziny po prostu prowadzą tu codzienne życie. Dzieci się bawią, matki gotują obiady, piorą. Tymczasem, my idziemy pozwiedzać okoliczną plażę i się wykąpać. Dopiero teraz (późne popołudnie) jest luźniej. Woda w zatoce nas nie zachwyca. Jedyny plus to łagodne wejście do wody i piasek na dnie, jednak woda zmącona. Turyści powoli zajmują miejsca leżące w knajpach w oczekiwaniu na zmrok i rozpoczęcie nocnych imprez.

Dzień 18: Bodrum – Istambuł – (rowerem 10km)

Noc minęła – FATALNIE. Po raz pierwszy w życiu doświadczam co to jest – kakofonia. Tak bardzo jest to uciążliwe w nocy, że aż mnie mdli od tych dźwięków i nie ma gdzie się przed tym schronić. Ten okropny zlepek głośnych dźwięków dociera w każdy zakątek tej części miasta. Na dodatek jest potworny upał (ok.30stopni, w namiocie jeszcze goręcej)a na zewnątrz tną komary. Jest to pierwsza tak uciążliwa noc od 9 lat, czyli od czasu naszej pierwszej wyprawy. O 1 w nocy idę pod natrysk. Hałas milknie dopiero o 5 nad ranem. O 6 zaczyna się hałas z głównej ulicy (przy której się nieopodal znajdujemy). Reasumując, godzina ciszy i snu. Około 11 opuszczamy camping. Z radością stąd wyjeżdżam. Jedziemy na przed wyjazdowe zakupy. W planach zakup zapasu herbaty, szklaneczek i spodeczków oraz czajnika. Tak bardzo nam tutejsza herbata posmakowała, że postanawiamy zabrać ten smak ze sobą do Polski. W jednym z kilku sklepów AGD udaje mi się otrzymać spory rabat na elektryczny czajnik w komplecie z małym czajniczkiem. W dużym markecie dokupuję 12 szklaneczek i spodków oraz 4 paczki po 500gr tureckiej herbaty. Do tego kilka słodkich upominków dla znajomych i już jestem zadowolona:). Przed wyjazdem z Bodrum idziemy kupić kilka paczek lokum (turecki przysmak przypominający trochę gumową galaretkę owocową z dodatkiem orzechów pistacjowych lub mleka). Ponadto zajadamy najlepszą baklawę (słodkie ciasto zalane syropem) jaką udało nam się kupić w Turcji. Przed nami całonocna jazda autokarem do Stambułu. W połowie drogi autokar ulega awarii. Kierowca staje na wysokości zadania. Zdejmuje białą koszulę, naprawia silnik i po ok.2 godzinach jedziemy dalej. Jesteśmy zachwyceni centrami, czy też bazami postojowymi dla pasażerów. W jednej z nich jemy posiłek. Wielkość marketu i restauracji w tym miejscu szokuje. W czasie nocnej jazdy w autokarze jesteśmy częstowani lodami, kawą, ciastkami etc.

Dzień 19: Istambuł – 70km

Połamani nocną jazdą około 8 rano wjeżdżamy na dworzec główny w Stambule. Dość dziwne miejsce. Pełno mrocznych podziemnych zakątków, jakichś warsztatów, brudno, pełno ludzi, smród moczu. Czym prędzej uciekamy. I teraz dopiero zaczyna się horror jazdy przez zaludnione, ponad 13 milionowe miasto. Najgorszy przejazd jakim jechaliśmy. Brak chodników, szalona jazda na ulicach tureckich kierowców. Boimy się wjechać na jezdnię. Pomimo ciągłej kontroli jazdy z mapą i tak gubimy drogę. Nie sposób się odnaleźć. Masakra jakaś. Dopiero jeden z przypadkowych osób dosłownie doprowadza nas do drogi, którą udaje nam się dojechać do centrum starego miasta. Kluczymy starymi, wąskimi uliczkami. Pod Błękitnym Meczetem spotykamy dwóch rowerzystów z Serbii. Jeden z nich mówi nam, że rok wcześniej przejeżdżał na rowerze przez nasze miasto – Zieloną Górę. Zwiedzamy okolice i najważniejsze zabytki m.in: Błękitny Meczet (meczet Sułtana Ahmeda), Hagia Sophia – w przeszłości świątynia chrześcijańska, później meczet a obecnie muzeum, Pałac Topkapi, który był rezydencją sułtanów. Odpoczywamy w parku pałacowym. Promem przepływamy na drugą stronę miasta – na część azjatycką. Promenadą przy brzegu jedziemy w kierunku lotniska. Kilkadziesiąt kilometrów jedziemy wzdłuż morza, pasem zieleni (trawnik z palmami). Wszędzie pełno odpoczywających rodzin. Wszyscy grillują. Dzieci grają w piłkę. Dorośli tańczą, bawią się. Ostatnie kilkanaście kilometrów zmuszeni jesteśmy jechać główną, bardzo ruchliwą drogą, na dodatek w ciemnościach. O północy dojeżdżamy na lotnisko. Po zapakowaniu rowerów udajemy się na spoczynek. Wybieramy najbardziej oddalony kącik na terminalu. Rozkładamy materace, śpiwory i bez żadnych skrupułów po prostu rozkładamy się na podłodze i śpimy twardym snem do 7 rano. O godzinie 11 wsiadamy do samolotu. I tak kończy się nasza wycieczka:)

KOSZTY TURCJA
dojazd i powrót-lotnisko Schonefeld+parking – 400zł
samolot do Stambułu – 1630zł
autobusy na terenie Turcji:
Stambuł – Eskisehir – 320zł
Eskisehir – Goreme – 200zł
Aksaray – Antalya – 220zł
Bodrum – Stambuł – 270zł
wyżywienie+pozostałe wydatki w Turcji – ok.1500zł
ubezpieczenie – 180zł
noclegi płatne (7xkamping-namiot, 1xchatka) – 400zł
Razem: 5120zł/2 osoby