W klimacie cygańskich taborów, haluśków i kalamity

Godzina 5 rano. Dworzec PKP. Na dworcu pełno ludzi. Kolejka do kasy tak długa, że postanawiamy kupić bilety w pociągu. Na szczęście jest wagon z przedziałem do przewozu rowerów. W Głogowie dosiada się bardzo fajny chłopak spod Krakowa, Piotr.

Mapa wyprawy

Mało czytania, dużo oglądania – link do fotorelacji (112 zdjęć):

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/SOwacjaNaRowerze2007

Dzień 1: Zielona Góra – Grybów  (PKP)
Godzina 5 rano. Dworzec PKP. Na dworcu pełno ludzi. Kolejka do kasy tak długa, że postanawiamy kupić bilety w pociągu. Na szczęście jest wagon z przedziałem do przewozu rowerów. W Głogowie dosiada się bardzo fajny chłopak spod Krakowa, Piotr. Przewozi skuter więc również ląduje w naszym przedziale. Rozmawiamy i śmiejemy się przez całą drogę. Wymieniamy się numerami telefonów. Z pewnością nasza znajomość nie skończy się tylko na wspólnej podróży. Dzięki naszym wyprawom poznajemy wiele ciekawych osób do których właśnie należy Piotrek. Też jest podróżnikiem tyle, że autostopowiczem. Jeździ po Europie. Nasz pociąg ma 2 godziny opóźnienia i ucieka nam połączenie do Muszyny. W Tarnowie wsiadamy w inny pociąg, który zawozi nas do Grybowa ( kierunek na Krynicę ). Nie przejeżdżamy 2 km kiedy niebo robi się czarne od ciężkich deszczowych chmur nisko nad naszymi głowami. Już wiemy, że za chwilę będzie ulewa. Przy wyjeździe z Grybowa  chronimy się w pustym małym drewnianym domku, który kiedyś stanowił zaplecze na polu namiotowym. Z pola namiotowego została tylko zwykła nieogrodzona łąka. Zostajemy w tym miejscu na noc. Rozbijamy namiot bezpośrednio na betonie.


Dzień 2: Grybów – gdzieś w górach za wsią Brezowićka

Poranek w przeciwieństwie do dnia poprzedniego – słoneczny. Śniadanie i standardowo klejenie materaca. Zatrzymujemy się nad rzeką Biała. Krzysiu klei materac. Jest woda, słońce, smaczna kawa – czego chcieć więcej? Droga w kierunku granicy powoli pnie się do góry. Krajobraz z każdym zakrętem zmienia się w bardziej pagórkowaty. Przed godziną 11 wjeżdżamy do Krynicy .W kantorze wymieniamy kasę na słowackie korony. Pijemy pyszny świeży sok z marchwi. Kilka fotek i udajemy się na pyszny obiad w rewelacyjnej cenie 10zł ( zupa pomidorowa z ryżem, pieczone ziemniaki, schabowy, surówka i pół litra wody mineralnej, cena tak niska, że jesteśmy w  szoku ). Za  Muszyną do granicy znacznie pod górkę. Po przekroczeniu granicy niczym garbu jest już lekko z górki. Zatrzymujemy się nad stawami w którym kąpią się dzieciaki. Znajdujemy czyste wybijające źródełko przy jednym ze stawów i  w końcu porządnie się myjemy. Jest gorąco. Po drodze zatrzymujemy się na piwo w knajpie przy drodze w miejscowości Plavnica. Pijemy piwo Śariś. Pierwsze słowackie piwo i muszę stwierdzić, że bardzo dobre. Od tej miejscowości zaczynają się już niezłe podjazdy i zjazdy, naprzemiennie. Każda wioska przez którą jedziemy znajduje się w pięknej dolinie, po przejechaniu której znowu musimy wjechać na górę aby zjechać do następnej. Zauważyłam pewną wspólną cechę tych słowackich wiosek. Każdy cmentarz znajduje się na wzniesieniu na końcu miejscowości. Na odpoczynek zatrzymujemy się na pięknej polanie pod lasem nad strumieniem. Gdy zbliża się wieczór powoli zaczynamy rozglądać się za noclegiem. Przejeżdżając przez wioskę Bajerovce skutecznie odchodzi nam ochota na nocleg w tym miejscu. Na końcu wioski na wzniesieniu zauważamy osiedle cygańskim slumsów. Cóż za widok. Walące się budy z desek, brud i bałagan, wiszące szmaty i pałętające się dzieciaki. Czym prędzej stamtąd odjeżdżamy. Postanawiamy znaleźć coś w górach wysoko w lesie. Po kilku kilometrach zjeżdżamy z głównej drogi w boczną wąską dróżkę, która prowadzi w góry. Po 2,5 km napotykamy na zamknięty na głucho mały domek niczym barak ( pewnie leśniczych ). Postanawiamy w tym miejscu w ciszy i głuszy zostać na noc.

Dzień 3 : Gdzieś z gór i lasów – Dedinky

Świerkot ptaków który był tak głośny, że nie można było spać budzi nas o 3.20. Leżąc wytrzymujemy jeszcze ok. 20 minut po czym postanawiamy wstać. Zaczyna dnieć. Niebo w kolorze odcieni czerwieni od delikatnych promieni wschodzącego słońca wyglądały bardzo malowniczo. Ptaki śpiewają  najgłośniej jak tylko mogą, każdy z nich chce aby go usłyszeć. Namiot i przed 5 byliśmy już po porannej kąpieli w strumieniu. Piliśmy kawę i jedliśmy śniadanko przy promieniach wstającego słońca. Dzień i jazdę zaczęliśmy bardzo wcześnie. Przed zjazdem do Spisskiego Hradu w lesie na szczycie góry z pięknym widokiem postanawiam się troszkę zdrzemnąć. Zjazd do ruin zamku skutecznie mnie później dobudza. W kolejnej mijanej wiosce napotykamy cyganów. Stali przed wiejskim sklepem. Skutecznie odstraszyło to nas od porannego spożycia „acidko” ( pyszny słowacki kefirek). Zatrzymujemy się w następnej wiosce – Zehra. W tej wiosce przekonujemy się o tym, że napotykane w każdej miejscowości głośniki na słupach DZIAŁAJĄ. Można zwariować. Na cały regulator z głośników wydziera się Madonna i wszyscy chcąc lub nie muszą tego słuchać. Jak widać z obserwacji Słowacy w ogóle sobie z tego nic nie robili. Na nasze nieszczęście przed sklepem w którym robimy drobne zakupy łapiemy gumę. Gdy Krzyś zmienia dętkę ja próouję dogadać się ze Słowakami zdzierając gardło próbując przekrzyczeć hałas z głośników. MASAKRA!!! Po zmianie gumy czym prędzej oddalamy się z tego koszmarnego miejsca. W Polsce byłoby to teraz niedopuszczalne. Jadąc przez Bajerovce napotykamy na całą masę cygańskich dzieciaków- dosłownie chyba z 200. Mam stracha. Wszystkie te dzieci kierują się do cygańskiej dzielnicy, która jak się potem okazuje znajdowała się poza miastem. Kolejny koszmar te slumsy. Bieda, walące się chałupy, klepisko i  głośna muzyka hip-hop. W mieście Nova Ves Spisska idziemy na pierwszy prawdziwie słowacki obiad. Nie znając języka Krzyś zamawia „koleno”. Okazuje się, że są to plastry wędzonego boczku na gorąco obłożone papryczkami, pomidorem a do tego musztarda i chrzan. Po tym doświadczeniu postanawiam podejść do stolika przy którym danie obiadowe je młody Słowak. Palcem pokazuje mi w menu co je i już wiem co chcę zamówić, żeby nie popełnić kolejnego błędu.  Zamawiam Gaździnne haluśki. Są to małe kluseczki z kapustą zasmażaną polane skwareczkami. Pychota. Dobrze, że jesteśmy najedzeni bo zaraz za miastem czeka nas bardzo długi podjazd. Widoki rekompensują nam wylane litry potu. Jak jest podjazd to i jest zjazd. Do samych Dedinek suniemy w dół.  Miejscowość jest położona nad wodą z campingiem na jednym brzegu. Standardowo na recepcji nie ma nikogo. Rozbijamy namiot. Potem już tylko kolacja, piwko, pranko i spanko.

Dzień 4  Dedinky – Stara Leśna

Nastawiamy budzik na 5.00. O 5.20 wyjeżdżamy z campingu. Słoneczko cudnie przygrzewa. Spokój i cisza. Po drugiej stronie jeziora siadamy na ławce na śniadanie, kawę i klejenie materaca. Ech jak to przyjemnie wstać wcześnie i oglądać wschody słońca. Jadąc przez polną drogą przez łąkę kierujemy się do słowackiego raju. Widoki zmieniają się z km na km. Skały po bokach drogi a nich wysoko w górze pasące się kozice górskie. W raju spokój i cisza. Droga wyłącznie dla rowerów. Jedziemy środkiem raju. Wkoło nas pełno niespotykanych u nas kwiatów i motyli. Jeden motyl siadł mi na koszulce i towarzyszy podczas zjazdu przez 5 km. Ot podróżnik. Zjazd jest tak długi, że odnoszę wrażenie, że się nigdy nie skończy. Zdążyliśmy zmarznąć. Za chwilę znowu rozbieramy się gdyż upał jak diabli. Od miejscowości Podlesok w oddali  towarzyszą nam Tatry. Raz przykryte chmurami innym razem niczym panoramiczne zdjęcie rozpościerają się w całej okazałości. Z km na km zbliżamy się do Tatr. Dojazd do Popradu okazuje się jedną wielką mordęgą. Ruch na ulicy, same ciężarówki i tir-y. Cud, że żyjemy. Wyznaczony wąski pas drogi na poboczu był na tyle wąski i blisko drogi, że podmuchy wiatru od przejeżdżających tir-ów były tak ogromne powodując, że z trudem utrzymywałam równowagę na rowerze. Na dodatek wiał wiatr w twarz. W Popradzie idziemy na obiad do restauracji na Bryndzowe pirohy. Stamtąd długą prostą drogą do  Tatranskiej Łomnicy. Zatrzymujemy się na campingu w Starej Leśnej. Od razu można było odczuć, że znajdujemy się narodowym parku krajobrazowym. Cena noclegów znacznie jest wyższa niż w innych miejscach do tej pory na Słowacji.

Dzień 5 Stara Leśna- Liptowski Trnovec

Pogoda nam najwyraźniej sprzyja. Kolejny poranek jest piękny i słoneczny. Kierujemy się na drogę pod Tatrami. Zaczynają się widoki na całe pasmo gór. Patrząc na boki aż serce się ściska widząc ileż to hektarów lasu zostało powalone przez kalamite (wichurę), która przeszła w tym rejonie 3 lata temu. Do dnia dzisiejszego Słowacy sprzątają powalone drzewa. Jak okiem sięgnąć był las, którego teraz niema. Cos przerażającego. Hotele i pensjonaty, które stały kiedyś w cieniu drzew teraz z dala widoczne są na otwartym terenie z kilku kilometrów. Coś szokującego. Widać tylko powywracane korzenie ogromnych świerków. Taki obraz towarzyszy nam na całej długości drogi pod Tatrami aż do Strebsego Plesa. Na obiad zatrzymujemy się w Probilinie. Zwyczajowo zamawiamy haluśki. Zamawiam je z zasmażaną kapustą i skwarkami a Krzysiu bryndzowe ze śmietaną. Po drodze przejeżdżamy przez Liptovsky Mikulas oraz obok Tatralandi ( zespół basenów termalnych, zjeżdżalni i tym podobnych rozrywek). Zatrzymujemy się na campingu w Liptovskim Trnovcu nad jeziorem.

Dzień 6  Liptovski Trnovec – Nowy Targ

Kolejny słoneczny poranek. Przechodząc obok naszych przykrytych płachtą rowerów zauważam, że ptaki nam porządnie obrobiły przykrycie. Wkurzona idę do łazienki aby to gówienko zmyć. Po obejrzeniu drzewa okazuje się, że to siedzący na gałęzi puchacz tak skutecznie się spaskudził. Przepiękny duży ptak. Rzadko spotykany. Gdy pokazuję go mieszkającym obok nas Anglikom są zachwyceni. Okazuje się, że oni poprzedniej nocy szukali z latarkami sów aby je zobaczyć.   Byli bardzo wdzięczni, że im pokazałam. Najlepsze jest to, że szukali daleko a praktycznie tuż obok nich, dosłownie kilka metrów puchacz spokojnie sobie siedział niezauważalny na drzewie. Fakt, że gdyby nie ten jego „ślad” to nie zauważyłabym go wśród gałęzi. Kolor jego piór zupełnie przypominał kolor brzozy na której siedział. Pełni wrażeń ruszamy dalej. Jedziemy przez Kvacianska dolinę, a potem długo pod górę na punkt widokowy. Przy zjeździe odpoczywamy pod wiatą. Tutaj też zaczyna lać deszcz. Ubieramy się przeciwdeszczowo i jedziemy dalej. Podczas obiadu w knajpie którą spotkaliśmy po drodze podejmujemy decyzję, że dziś jedziemy do Nowego Targu a potem pkp do Krakowa. Wieczorem o 21 wjeżdżamy na dworzec w Nowym Targu. Pozostajemy jeszcze 2 dni w Krakowie i …..wracamy pociągiem do domu.

Czerwiec 2007r

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY