Samolotem polecieliśmy z Berlina do Olbii a następnie z Olbii przedostaliśmy się pociągiem do Cagliari, skąd rozpoczęliśmy wyprawę. Większość nocy spaliśmy na dziko bez namiotu (głównie wydmy i plaże), 2 razy na tzw. gospodarza, 2 razy na kempingu (skusiły nas baseny, dobra cena i brak ludzi). Na 15 noclegów namiot rozłożyliśmy 4 razy. Temperatury na wyspie wysokie. Przejechaliśmy ok 780km. Dla osób lubiących duże puste piaszczyste plaże lub małe dzikie zatoczki, Sardynię możemy jak najbardziej polecić. Zachodnie wybrzeże puste i mało zagospodarowane. Wystarczy odjechać od wybrzeża i pomimo, że dopiero początek lata krajobraz wypalony gorącym słońcem.

Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć (156 zdjęć):

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/SardyniaRowerem2014

Dzień 1: Lotnisko – Olbia 14km

W Olbii lądujemy wieczorem. Mam około godziny aby zdążyć zrobić zakupy w Auchan przed jego zamknięciem. Krzysiu zostaje przed lotniskiem i składa rowery a ja idę do sklepu. Droga na skróty, którą wcześniej widziałam z satelity okazuje się zagrodzona siatką i zmuszona jestem iść główną na około. Po drodze sprawdzam wcześniej widziane krzaki obok lotniska czy nadają się na schowanie w nich kartonów po rowerach. W sklepie kupuję prowiant na jutro i przede wszystkim naboje gazowe do kuchenki. Gdy wracam rowery gotowe są już do jazdy. W miejscu wcześniej wypatrzonym chowamy „skompresowane” pudła i jedziemy na kolejne miejsce, które zaplanowaliśmy na nocleg. Jest już ciemno ale dojście na nocleg nie stanowi dla nas problemu. Można powiedzieć, że śpimy w mieście ale i w warunkach dzikich. Nie rozbijamy namiotu, śpimy bezpośrednio na materacach na piasku, niedaleko mostu, jednak w ładnym spokojnym miejscu tuż nad morzem. Noc spokojna.

Dzień 2: Olbia – Cagliari (pociąg) – Pula 37km

Wita nas wschód słońca. Miejsce jest na tyle „dzikie”, że z powodzeniem biorę poranną kąpiel (czytaj: polewam się wodą z kubka na stojąco, dzięki czemu mogę się cała umyć razem z myciem włosów). Po bliższym obejrzeniu terenu wokoło, w krzakach znajduję łóżko polowe (całkiem nowe). Szkoda, że wieczorem go nie zauważyłam, spałabym na nim. Po śniadaniu ruszamy na dworzec kolejowy. Z Olbii pociągiem udajemy się na południe wyspy do miejscowości Cagliari. Przejazd przez środek wyspy nie zaskakuje widokami. Za oknem spalone słońcem pola i łąki. Pomimo zaczynającego się lata, obraz przypomina bardziej jego końcówkę z uwagi na brak soczystej zieleni. Upał daje się we znaki. Ciężko jechać w takiej temperaturze. Wyjeżdżamy z miasta dzielnicami przemysłowymi. Nic ciekawego. Atrakcje stanowi duży zbiornik wodny po którym brodzą cudowne różowe flamingi. Ptaki dostojne i bardzo duże. Pod wieczór dojeżdżamy do plaży przy miejscowości Pula. Gotujemy obiadokolację i czekamy aż się ściemni. W międzyczasie idę znaleźć dobre miejsce na nocleg. Na małej wydmie tu przy morzu znajduję idealne stanowisko. Gdy wszyscy (a było to kilka osób) opuszczają plażę, na miejsce przyjeżdża strażnik na rowerze. Bacznie nas obserwuje (przed wjazdem na plażę znajdował się znak informujący o zakazie biwakowania). Przeczekujemy aż sobie pojedzie i jak już jest dość ciemno lokalizujemy się na wydmie. Po jakimś czasie podpływa motorówka z reflektorem i sprawdza plażę. Po północy ktoś przyjeżdża samochodem na plażę. Noc nie do końca spokojna, jednak nasza miejscówka pomimo ciągłych ruchów na plaży jest bezpieczna i spokojna.

Dzień 3: Pula – Chia – Sant Anna Arresi – przed Sant Antioco 90km

Śniadanie na plaży to jest to co lubię. Spokój, cisza, szum morza i brak ludzi, relaks. Opracowuję nowy patent. Do butelki z wodą z kranu wkładam 2 torebki herbaty w torebkach do zaparzania na zimno (taka nowość się pojawiła w sprzedaży). Sprawdza się znakomicie. Napój nie jest słodki a ma orzeźwiający smak. Gdy się zaparzy, torebki z łatwością można wyciągnąć z butelki. Jedziemy przez spaloną słońcem sardyńską ziemię. Na plaży Monte Coggoni w Chia robimy postój i kąpiemy się w morzu. Mijamy po drodze zatoczki z turkusową wodą. Puste dzikie plaże. Lubię takie widoki. Około 15.00 dojeżdżamy na kamping Portu Tramatzu, zaliczamy plażę, ale nie zostajemy, tylko decydujemy się na dalszą jazdę. Chcemy jeszcze dzisiaj dojechać na wyspę Sant Antioco. Dziś długi dzień, ściemnia się a my nadal jedziemy. Przed wjazdem na wyspę Sant Antioco zatrzymujemy się nad brzegiem morza. Stoi tu stara odwrócona dnem łódź, dużo trzcin, brudno wokoło. Mając perspektywę przenocowania w tym miejscu udaję się w kierunku pobliskich domów rozejrzeć się za spaniem na gospodarza. Przy jednym z domów widzę mężczyznę naprawiającego samochód. Pytam o nocleg. Mężczyzna zaprasza mnie na posesję. Wskazuje miejsce na namiot. Miejsce malutkie ale i z tego się cieszę. Idę po Krzyśka, który został na plaży. Po przyjściu mężczyzna woła nas i wskazuje miejsce w budowanym warsztacie sugerując, że możemy też tu spać o ile chcemy. No i to jest propozycja! Oczywiście, że śpimy w warsztacie. Noc upalna. Jedyny minus to wszechobecny pył unoszący się w powietrzu z cementowej podłogi.

Dzień 4: Sant Antioco – wybrzeże klifowe – Carbonia – Fontanamare 70km

Poranek jak za każdym razem słońce, słońce, słońce. Wjeżdżamy na wyspę. Postanawiamy ją objechać wokoło. Trafiamy na cudowną zatoczkę z dostępem do słodkiej wody (mała rzeczka wpływająca do morza). Znajdujemy miejsce w cieniu i oddajemy się podziwianiu widoków, kąpaniu, jedzeniu, piciu piwa etc. Miejsce to nazywa się Cala Lunga. Na zachodniej części wyspy mamy okazję podziwiać przepiękne klifowe wybrzeże. To właśnie tutaj strzela mi szprycha, łapię gumę i robota dla Krzysztofa. W mieście Sant Antioco idziemy na pyszną (jak to we Włoszech) kawę capuccino. Jedziemy jak najbliżej wybrzeża. Dojeżdżamy na rozległą plażę Fontanamare. Jest zachód słońca. Ludzie ostatnimi środkami transportu odjeżdżają. Plaża jest bardzo duża i ani jednego zagłębienia lub wydmy nadającej się na w miarę niewidoczny nocleg. Przy drodze dojazdowej mijaliśmy las, który oznaczony był jako park narodowy. Udaje nam się ukradkiem tam wprowadzić rowery i mamy swoją rewelacyjną miejscówkę, niewidoczną z drogi. Tym razem rozbijamy namiot.

Dzień 5: Fontanamare – Cala Domestica – Buggeru – Pustynia Piscinas 62km

Od samego rana towarzyszą nam piękne widoki, na morze i na skały wystające z wody. Trochę pod górkę ale jest ciekawie, ponieważ napotykamy żmiję oraz dziwnego owada. Przerwę robimy na cudownej plaży Cala Domestica przed miejscowością Buggeru. Plaża zlokalizowana w zatoce. Żółty drobny piasek, a przede wszystkim brak ludzi. Zostawiamy rowery i idziemy zobaczyć drugą mniejszą plażę w małej zatoczce po drugiej stronie. Takie miejsca lubimy najbardziej. Z dala od ludzi, spokojnie. Do Buggeru w nagrodę czeka nas długi zjazd. Bardzo ładnie umiejscowione miasteczko. A za miastem długa, jak okiem sięgnąć plaża San Nicolao z cudownym piaskiem i wielkimi falami. Czas na obiad. Teraz odbijamy od morza i kierujemy się na przełęcz Bidderdi. Niby nie jest wysoko bo około 500 m. n.p.m ale upał i brak ruchu powietrza daje nam w kość.

Dzisiejszy plan to dojazd na tzw. pustynię Piscinas na wybrzeżu. Odbijamy z drogi na boczną piaskową ścieżkę. Przejeżdżamy przez opuszczoną wioskę Naracauli. Tu właśnie kiedyś mieściła się kopalnia miedzi i srebra. Towarzyszy mi dość dziwne uczucie takiego niepokoju. Dziwne miejsce. Puste, do połowy czasami zrujnowane domy, duże ceglane zabudowania, opuszczone budynki byłej kopalni i ta cisza i pustka. Trochę jak z filmu grozy. Tuż za nią odbijamy w kierunku morza. Jedziemy na tzw.szagę. Wzdłuż prawie wyschniętej rzeki o rdzawym zabarwieniu, która tylko miejscami spływa cienką strugą do morza. Jej śladem docieramy w samo serce pustyni. I miejsca do spania do wyboru i koloru. Cała pustynia nasza. Zastanawiamy się czy lepiej na wydmach, czy pod krzakiem. Wybieramy miejsce obok krzaka. W nocy kilka kropli deszczu spada mi na twarz.

Dzień 6: Pustynia Piscinas – Porto Palma – przed Oristane 50km

Nasze zapasy żywnościowe są bardzo ograniczone. Mamy tylko resztkę makaronu i jeden topiony serek. To musi nam wystarczyć i okazuje się, że wystarcza. W pierwszej kolejności dziś w planach to zakupy. Nim znajdziemy jakikolwiek sklep mija wiele kilometrów. Wybrzeże niezaludnione, puste, bez domów, ale za to cieszy nasze oczy. Skaliste klify i niedostępne zatoki. W końcu udaje nam się dojechać do przydrożnego baru z małym sklepikiem. Widok jest tu tak piękny, że zamawiamy cappucino i pijemy siedząc przy stoliku na zewnątrz. Droga wije się raz w dół a raz w górę. Pot leje się po plecach. Po południu dojeżdżamy na pole campingowe S’ena Arrubia przed Oristano.

Dzień 7: przed Oristane – Cuglieri – Turas 79km

W moim rowerze pęka sprężyna od hamulców, tylne koło po utracie jednej szprychy ulega znacznemu odkształceniu. W Oristano idziemy zrobić bardzo „bogate” zakupy w markecie. W mieście natrafiamy na punkt serwisowy rowerów więc korzystamy z usługi. W oczekiwaniu na naprawę jesteśmy świadkami zdarzenia. Przyjeżdża karetka, prowadzą akcję ratunkową aż w końcu zabierają kobietę do ambulansu. Po chwili mój rower ponownie jest pełnosprawny. Jedziemy wzdłuż wybrzeża zachwycając się krajobrazem. Dzisiejszy nocleg udaje nam się znaleźć pytając gospodarza domu. Pani wskazała nam część zarośniętego ogrodu. Rewelacyjne miejsce. Piękny widok na morze, zielona trawa, spokój i bezpieczne miejsce a jednocześnie nie przy samym budynku. Najlepsze są właśnie takie miejscówki. W nocy pada deszcz.

Dzień 8: Turas – Bosa – Alghero – Spiaggia di Fertilla 54km

Rano jest bardzo ślisko. Po wyjściu z ogrodu nasze buty całe oklejone są gliną. Śmiejemy się, że słoma nam z butów wychodzi. Kierujemy się do Turas. Późniejszym popołudniem zatrzymujemy się na obiad. Na Sardynii standardowo gotujemy gnocchi, do tego smażony boczek, drobno pokrojona papryka, cebula i pomidory a na wierzch plaster żółtego sera, pychota. Dojazd do Alghero nie należy do prostych. Długi podjazd oraz popołudniowy żar i brak wiatru uniemożliwia jazdę. Krzysiek jakoś daje radę ale mi jest po prostu ciężko. Część drogi prowadzę rower. W Alghero w nagrodę idziemy na lody. Siedzimy na kamiennej ławce i obserwujemy mieszkańców i port jachtowy. Miasto senne. Wąskie uliczki i kamienne budynki tworzą siec labiryntów. Miasteczko turystyczne z długą promenadą. Za miastem wypatrujemy miejsca na nocleg. Udaje nam się znaleźć ładną plażę z wydmą na której będziemy dziś nocować.

Dzień 9: Spiaggia di Fertilla – Porto Torres – przed Castelsardo 70km

Nasza miejscówka jest na tyle ukryta, że ludzie którzy od wczesnych porannych godzin biegają lub spacerują po plaży nas nie zauważają. Suszymy śpiwory. W nocy było bardzo wilgotno. Woda dosłownie spływa po śpiworach. Czekając na ich spakowanie, szykujemy śniadanie i obserwujemy zachowanie kormorana, który prezentuje swoje wdzięki tuż przy brzegu. Kierujemy się do Porto Torres. W jednej z knajp siadamy przy stoliku i zamawiamy kawę. I tu mogę przestrzec, że cena kawy zamówionej do stolika jest wyższa od kawy zamawianej przy barze i własnoręcznie zaniesionej do stolika. Niestety wiedza kosztuje. Nie są to duże pieniądze ale trzeba o tym wiedzieć. Od miasta prowadzi ładna ścieżka rowerowa tuż przy skalistym nadbrzeżu. Piękne klify i turkusowa woda. Późnym popołudniem kierujemy się do miejscowości Marina di Sorso. Niestety droga, którą jedziemy jest zawalona. Została podmyta i asfalt osunął się w kilku miejscach. A tak fajnie nam się jechało. Brak samochodów przez wiele kilometrów, aż nas to bardzo dziwiło. Przeprowadzamy rowery przez plażę. Docieramy do plaży, która jest zupełnie pusta. Znajdujemy piękna miejscówkę wśród wydm. Zostajemy tu na nocleg.

Dzień 10: przed Castelsardo – Valledoria – Costa Paradiso – gdzieś przy drodze SP90 60km

Rano naszym oczom ukazuje się dziwny ślad na piasku tuż obok mojego materaca. Po konsultacji z „wujkiem google” okazuje się, że w nocy obok mojej głowy spacerował skorpion. Na szczęście na Sardynii spotkać można brązowe skorpiony, które nie są tak niebezpieczne dla życia jak białe. Ukąszenie podobno bardzo jest bolesne ale nie tak groźne jak w przypadku ukąszenia tego białego. Dziś w planach najpierw Castelsardo a potem się zobaczy. Bardzo malowniczo położona miejscowość. Na półwyspie wcinającym się prosto w morze. Trochę pod górkę, trochę w dół i po chwili możemy podziwiać miasto z drugiej strony. Dojeżdżamy do plaży niedaleko Maragnanu. Pełno ludzi. Jedyny cień w którym można przetrwać ten żar jest pod zadaszaniem baru na plaży. Tam też idziemy. Zamawiamy kawę i piwo. Kąpiemy się i odpoczywamy. Na obiad zatrzymujemy się tuż przed wjazdem na plaże w oliwnym gaju. Wśród starych wielkich drzew rozkładamy się i gotujemy. Posilamy się przed sporym podjazdem. Chcemy podjechać do miejscowości Costa Paradiso. Nie jest lekko. Wciąż w górę i w górę. Od głównej drogi odbijamy w stronę morza i dalej pod górę. Pod wieczór dojeżdżamy. I tu zaskakuje nas wjazd przed miejscowością, która okazuje się wyłącznie miejscem odpoczynkowym z domkami letniskowymi i willami z basenami nad samym brzegiem . Zatrzymuje nas strażnik przed zamknięta bramką. Informuje, że nie możemy tu zostać na noc a jeżeli chcemy tu wjechać to możemy tylko obejrzeć i mamy znikać. Całość tej dziwnej osady jest monitorowana i nie ma możliwości zostania w niej na noc. Zapytaliśmy nawet przy jednym domu o możliwość rozbicia się na jedna noc, jednak z uwagi na monitoring jest to zabronione i właściciele nam po prostu odmówili. Cóż robić. Pomimo ciemności jedziemy dalej. Przy jedynym domu, który spotykamy po drodze słyszę rozmowy. Zatrzymuję się i po prostu pytam o możliwość rozbicia namiotu na jedną noc. Jesteśmy zaproszeni. Mamy nawet natrysk na dworze i przede wszystkim spokojną noc w bezpiecznym miejscu.

Dzień 11: droga Sp90 – Santa Teresa Gallura – Porto Pollo 51km

Dzisiaj jedziemy w dużej części tuż przy morzu, wąską ścieżką a czasem i bez ścieżki tylko po piasku. Rowery prowadzimy również plażą. Jedziemy i idziemy przez Park Krajobrazowy Monti Russu, gdzie w miejscu gdzie rzeka wpływa do morza rozbijamy swój wigwam. Pusto tu i wspaniale bo cisza i spokój a to jest to co kocham. Niestety aby dotrzeć do głównej drogi musimy podejść z rowerami ostro pod górę drewnianą ścieżką, która prowadzi na plażę. Dzisiaj w planach mieliśmy wjechać na półwysep Capo Testa, ale rozleniwieni wylegiwaniem się na plaży rezygnujemy. Później bardzo tego żałujemy. Pod wieczór dojeżdżamy do Porto Pollo. Udaje nam się znaleźć bardzo fajną miejscówkę na nocleg. I znowu śpimy bez namiotu. Zasypiamy ukołysani szumem fal.

Dzień12: Porto Pollo – Palau – wyspa La Maddalena – Cala Serena – wyspa Caprera 30km

A dziś archipelag w planach. Z Pallau płyniemy promem do La Maddalena. Po zejściu na ląd lekko kropi deszczyk lecz zaraz przechodzi. Kierujemy się na most łączący wyspę z kolejną – Caprera. Na całej wyspie rośnie dużo krzewów mirtu. Pachnące krzewy można spotkać tu co chwilę a i też grupowo w dużych ilościach. Jedziemy na plażę, którą wypatrzyliśmy z satelity. Podobno jest to jedna z ciekawszych zatoczek na Sardynii. Podjazd jest długi ale za to bardzo dobrą drogą asfaltową. Dojście do zatoczki zajmuje sporo czasu. Odległość około 2km po kamieniach się dłuży a i zejście na samą zatokę jest bardzo strome. Zatoka Cala Coticcio jest bardzo ładna. Nazywają ją Tahiti, gdyż jej urok przypomina rajskie widoki z tamtych rejonów. Kolor turkusu i gładkie zejście do wody. Piasek i skały wokoło. Tylko cieszyć oko. Dziś na nocleg pozostajemy na wyspie. Nad brzegiem morza dokarmiamy mewy, w zatoce znajdujemy dobrą miejscówkę. Śpimy bez namiotu.

Dzień 13: wyspa Caprera – Palau – Cannigione – kamping Golfo di Arzachena 28km

Wracamy na ląd. Jest upalnie. Po drodze spotykamy wielu emigrantów. Przed sklepem poznajemy też rowerzystę z Holandii. Nie chce nam się jechać więc po drodze zatrzymujemy się na campingu Golfo di Arzachena z cudownym basenem. Za dwie osoby płacimy razem 15 euro. To tylko ten basen był motywacją aby tu pozostać. Dziś leniwe i wypoczynkowe popołudnie. Odpoczywamy na basenie.

Dzień 14: kamping – spiaggia del Grande Pevero 20km

Jedziemy wzdłuż Costa Smeralda. Bijący w oczy turkus wody. Bardzo bogate jachty zacumowane w zatokach, oto widok wybrzeża. Zatrzymujemy się na jednej z plaż. W oddali widzimy świetne miejsce aby zostać na noc. Choć jest dopiero wcześnie postanawiamy tu zostać. Mamy okazję obserwować ogromny jacht, który podpłynął i zacumował w zatoce. Jacht (z informacji, które przeczytałam w internecie po powrocie) należy do oligarchy rosyjskiego Usmanova. Oglądamy jak on wraz z jakąś kobietą wsiada do helikoptera i odlatuje z jachtu. Jacht jest ogromny. Śpimy dzisiaj ponownie bez namiotu z widokiem na morze i oświetlony jacht.

Dzień 15: Grande Pevero – Olbia – Saline 35km

Poranne niebo mieni się kolorami czerwieni. Krzysiu jeszcze śpi jak ja robię zdjęcia. Warto wstać dla takich widoków. Gdy opuszczamy naszą miejscówkę nadciągają czarne chmury. Burzę przeczekujemy pod dachem kawiarni na brzegu morza. Ostatni dzień jazdy. Kierujemy się na Olbię. Po drodze sprawdzamy czy kartony czekają na nas w krzakach. Wszystko jest na miejscu, więc spokojnie udajemy się na ostatnie miejsce noclegu. Miejsce mało interesujące ale nad wodą i spokojne. Masa komarów. Przeczekujemy aż się lekko ściemni, rozbijamy namiot.

Dzień 16: Saline – lotnisko 7km

Cieszymy się, że wracamy do domu. Po kilkunastu dniach takiej tułaczki docenia się swoje łóżko, luksus natrysku, domowy obiad. Dojeżdżamy do lotniska i pakujemy się w ustronnym miejscu aby nie przeszkadzać innym podróżującym.

KOSZTY SARDYNIA:

dojazd i powrót-lotnisko Schonefeld+parking – 400zł
samolot do Olbii/2 osoby+2 roweryi – 1630zł
pociąg Olbia-Cagliari – 170zł
wyżywienie+pozostałe wydatki – ok.1500zł
prom na wyspy – 90zł
noclegi płatne (2xkamping-namiot) – 140zł
naprawa roweru – 100zł
Razem: 4030zł/2 osoby