Buna ziua Romania – Dzień Dobry Rumunio

Do miejsca startu dojeżdżamy samochodem z rowerami. Dojazd przez Słowację i Węgry wyniósł ok 1000km. Przekraczając granicę z Rumunią po pokonaniu ok 200m, podczas krótkiego postoju przy stacji benzynowej w celu wymiany waluty, mam okazję po raz pierwszy na tej wyprawie odczuć, że będzie inaczej niż dotychczas.

Trasa wyprawy

Mało czytania, dużo oglądania – link do fotorelacji:

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/WyprawaRowerowaRumunia2009

Dzień 0   Zielona Góra – Baia Mare

Do miejsca startu dojeżdżamy samochodem z rowerami. Dojazd przez Słowację i Węgry wyniósł ok 1000km. Przekraczając granicę z Rumunią po pokonaniu ok 200m, podczas krótkiego postoju przy stacji benzynowej w celu wymiany waluty, mam okazję po raz pierwszy na tej wyprawie odczuć, że będzie inaczej niż dotychczas. Zewsząd podbiegają cygańskie dzieci prosząc o pieniądze i słodycze. Wyciągnęłam cukierki i gdy dostały je do ręki odeszły. Ten przypadek nie był jedynym z którym spotkamy się w tym kraju.Późnym wieczorem dojeżdżamy do Baia Mare. Pytając o drogę kierowcę taksówki i sprzedawczynię w sklepie docieramy nad jezioro Firiza. Przy pensjonacie pozostawiamy samochód oraz z uwagi na późną porę i zmęczenie postanawiamy pozostać tu na noc.Pokój swoim wystrojem przypomina lata 70-te. Na specjalnej półce rozstawione są produkty, które można zakupić takie jak czekolada, woda do picia, kawa rospuszczalna i prezerwatywa.Za nocleg płacimy 85lei +50 lei za parking, na którym zostanie nasz samochód przez 2 tygodnie.

Dzień 1   Firiza – nad potokiem przed Strambu Baiut  dst.51km

Pensjonat opuszczamy późno bo o godzinie 9.30. Pogoda wyśmienita, słonecznie i bardzo ciepło. Pierwsze kilometry z górki do miejscowości Baia Mare skąd drogą nr 18 kierujemy się do Baia Sprie. Po drodze w miasteczku w bankomacie wyciągamy leje. Ten sposób okazuje się najlepszym sposobem na wymianę pieniędzy. Podekscytowani jazdą za szybko skręcamy w prawo i niepotrzebnie nadrabiamy kilometrów z podjazdem pod górę włącznie. Upalnie.Drogą nr184 dojeżdżamy do Cavnic. Po drodze gdy tylko stajemy podchodzą dzieci i żebrzą. Smutny widok. Człowiek czuje się taki bezradny. Nasza droga wciąż pnie się coraz wyżej. Po minięciu wioski siadamy na obiad tuż przy drodze. Przed nami rozpościera się widok na drogę, którą przed chwilą jechaliśmy. Niby cienka wstążeczka wije się coraz niżej i niżej. Nie usiedzieliśmy zbyt długo , gdyż wokół pełno było walecznych czerwonych mrówek. Przeżywamy oblężenie i atak całego mrowiska. Czym prędzej uciekamy. Droga znów pnie się pod górę aby potem obniżać się coraz bardziej. Przy rzece Strambu Baiut widzimy kilka namiotów tzw. popasów (czyli miejsca do odpoczynku z ławkami z możliwością rozbijania namiotów). W Rumunii spanie na dziko jest na porządku dziennym. Jest tu tak pięknie i na dodatek robi się późno, że postanawiamy i dla nas znaleźć ładną miejscówkę nad potokiem. Tuż przed wioską wynajdujemy bardzo ładną polankę przy potoczku. Warunek jest jeden, że trzeba przenieść rowery na drugą stronę rzeczki. Postanawiamy, że właśnie tu będzie dzisiejszy nocleg. Piękne jak z bajki miejsce nad potokiem w górach, wśród paproci i zielonych świerków.

Dzień 2   las przed Strambu Baiut – Salistea de Sus dst.ok 55km

O godzinie 8 jemy śniadanie. Dzień zapowiada się słonecznie, choć wiadomo jak to w górach,pogoda zawsze może się zmienić. W pierwszym wiejskim sklepiku kupujemy wodę do picia. Drogą nr 109 skręcamy w głąb gór. Z początku jedziemy ładną asfaltową drogą, która pod koniec wioski drastycznie się zmienia w szutrową. Potem coraz węższa i węższa aż zamienia się w ścieżkę leśną. Gdy jesteśmy już dość wysoko zaczyna padać lekki deszczyk. Po kolejnych kilometrach z deszczu robi się ulewa. Gdy jesteśmy niemalże na szczycie nadchodzi straszna burza. Pioruny walą, deszcz leje, wieje a my w samym jej środku. Myślimy…cóż robić? Najbezpieczniej to byłoby zjeżdżać ale jesteśmy dość wysoko. Błyskawicznie przypominam sobie rady „wujka google” jak w miarę bezpiecznie zachować się podczas burzy. Odsuwamy rowery dalej od siebie. Wybieramy miejsce nie przy ścianie skalnej, nie pod drzewem tylko pomiędzy nimi. Wybieramy drzewa iglaste nie liściaste (ponoć jak piorun ma uderzyć w drzewo to większe prawdopodobieństwo jest, że uderzy w liściaste z uwagi na dużą zawartość wody w przeciwieństwie do żywicy). Aby odizolować się od gruntu siadamy na sakwach i podciągamy nogi blisko siebie, kuląc się w tzw. kulkę, aby ziemię dotykały jedynie palce stóp razem ściśniętych do siebie.

Czytałam o tzw. „napięciu krokowym”, które jest dość częstą przyczyną porażenia przy uderzeniu pioruna ( występuje w momencie stawiania kroków i różnicy napięć pomiędzy stopami, które dotykają ziemię porażoną piorunem). Siedzimy skuleni, wystraszeni a wokół nas szaleje burza. W niedalekiej odległości linia wysokiego napięcia. Walczę ze strachem i z zimna trzęsą się jak osika. Krzyś dzielnie siedzi obok. Nagle huk…Myślę sobie – po mnie , jak nic. Ale po chwili…widzę, że żyję. Hura!!!Gdy się uspokaja ruszamy dalej. Po burzy niebo niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozjaśnia się aż błękit bije po oczach. Słońce na nowo mocno grzeje. My zmoknięci korzystamy z tego dobrodziejstwa i suszymy idąc dalej. Idąc przez błoto i płynące „deszczowe potoczki” moje sandały przestają być sandałami. Reanimacja z zastosowaniem kawałka znalezionego po drodze drutu na nowo sprawia, że znów stają się przydatne do dalszego użytkowania. Za zakrętem ukazuje się naszym oczom palące się przewrócone zwęglone drzewo. I wszystko jasne-to właśnie tu uderzył piorun i stąd ten hałas. Nie na darmo się bałam – pomyślałam. Teraz czekał nas już tylko zjazd ze szczytu. Droga kamienista i bardzo wyboista. Trudno zjechać. Dłonie cierpną na klamkach hamulców. Gdy dojeżdżamy na sam dół wita nas duże stado krów. Teren wypłaszcza się i przejeżdżamy przez wielkie pastwisko-łąkę. Za nami zostały góry i na nowo budujące się chmury burzowe – jak to często w górach bywa. Wioska Botiza wita nas typowym krajobrazem.

Dziewczyny w chustkach na głowach i długich spódnicach, chustko-plecakach. Często spotykany widok w Rumunii. Mijamy typowy architektonicznie kościół dla rejonu Maramuresz. Obok nas na łąkach stojące snopy siana – zapomniany u nas widok. Odnoszę wrażenie cofnięcia się w czasie. Taką wioskę pamiętam z lat mojego wczesnego dzieciństwa. I ten zapach siana. Gdy słońce przygrzewa wszystko paruje wokół i robi się bardzo klimatycznie. Dojeżdżamy do miejscowości  Bogdan Voda. Przed każdym domem ławeczka. Prawie wszystkie zajęte. Starsze kobiety przędą wełnę, wyszywają. Życie towarzyskie toczy się bezpośrednio na głownej wiejskiej drodze. Mijają nas wozy drabiniaste z sianem.  Miejscowi patrzą na nas jak na przybyszy z kosmosu. Dziwne uczucie, tym bardziej, że każdy miło wita się z nami.W miejscowości  Salistea de Sus postanawiamy rozglądnąć się za miejscówką do spania. Przy pierwszym domu na wjeździe widzimy napis „pensiunea” i rysunek -łóżka. Wokół domu bardzo ładny trawnik. Niewiele myśląc stajemy. Idę zapytać o miejsce na rozbicie namiotu. Młoda piękna Rumunka wskazuje nam miejsce na trawniku. Gdy stawiamy namiot przychodzi i zaprasza nas do siebie na kolację. Zostajemy poczęstowani typowym rumuńskim daniem – gołąbkami z mięsem. Nie spodziewaliśmy się takiego przyjęcia. Rumuńska rodzina nie chce przyjąć pieniędzy za kolację i za nocleg. Cóż za gościnni ludzie! Jesteśmy totalnie zaskoczeni zważywszy, że jest to pensjonat i nie przyjmują od nas pieniędzy. Niesamowici ludzie! Noc spokojna

Dzień 3   Salistea de Sus – przełęcz Prislop dst.55km

Budzi nas hałas tuż zza płotu. Po drugiej stronie ulicy, od samego rana rozstawiane są targowe stoły. Przyjeżdżają tu rumuńscy rolnicy i handlarze. Mydło i powidło. Przyjechał też samochód z otwieraną klapą z boku, po otwarciu której samochód staje się sklepem z wędlinami i mięsem – taki rumuński „transformers”. Gdy się pakujemy przychodzi „nasza” gospodyni i prowadzi nas do siebie.  Na werandzie przed domem na stoliku czeka już na nas śniadanie. Kanapki, gorąca kawa. Jesteśmy po raz kolejny bardzo mile zaskoczeni. Chcemy zapłacić za nasz pobyt, jednak ona przecząco kręci głową. Upalny poranek. W pobliskim sklepiku po drodze kupujemy gruszki, brzoskwinie, chleb i jogurt. Z nieba leje się skwar a za plecami zaczyna się powoli chmurzyć. Mijamy długie wioski. Spotykamy rumuńskiego rowerzystę, który obładowany w skrzynkę plastikową na bagażniku i jakieś torby z przodu jedzie wokół Rumunii samotnie na rowerze. Z tyłu ma napis, który wskazuje na jego trasę przejazdu. Przed miejscowością Stiatunea Borsa pogoda gwałtownie się załamuje. Chmury są już tak ciężkie i czarne, że lada chwila możemy spodziewać się deszczu. Nie musimy długo czekać. Po przejechaniu dosłownie kilku kilometrów zaczyna raptownie – lać. Przez dłuższą chwilę szaleje ulewa. Po deszczu niestety niebo jest już zachmurzone i cała trasę na przełęcz pokonujemy w lekkim siąpiącym deszczyku lub we mgle. Tuż przed przełączą napotykamy po drodze na źródełko z wodą do picia. Napełniamy butelki. Jest już przed godziną 20 więc rozglądamy się za miejscem do spania. Na wysokości 1416m n.p.m. na samej przełęczy znajduje się schronisko – Cabana Alpina i tu postanawiamy zostać na nocleg. Po zapytaniu o możliwość rozbicia namiotu , właścicielka schroniska wskazuje nam miejsce na trawniku tuż obok schroniska.

Miejsce z pięknym widokiem na góry i zachód słońca. Przed budynkiem schroniska dostrzegamy samochód z polską rejestracją. Pani ze schroniska w między czasie przygotowuje dla nas zupę, którą zamówiliśmy. Po jej podaniu nie śmiem pytać co w niej pływa ale wygląda to dość dziwnie. Krzysiu uspokaja mnie mówiąc, że jest to rosół z suszonego mięsa. Mi przypomina to kawałki suchej karmy dla zwierząt. Siedzimy na tarasie schroniska i obserwujemy jak pop z pobliskiego monastyru, który znajduje się właśnie tu na przełęczy,odprawia jakiś dziwny rytuał. Uderza w wiszące drewniane rury, uzyskując w ten sposób charakterystyczny dźwięk. Niczym perkusista wystukuje rytm. Na dodatek przy tych dźwiękach pies właścicielki zaczyna głośno wyć i zawodzić. W rezultacie powstaje dziwnie brzmiący duet. Noc w tym miejscu nie jest spokojna. Pies, który jest uwiązany do budy niedaleko naszego namiotu często ujada. W nocy przychodzą polscy turyści i głośną rozmową nas budzą.

Dzień 4    przełęcz Prislup – miejscowość, której nazwy nie pamiętam dst.ok 120km

Noc z lekkim deszczem. Śniadanie jemy w namiocie.O godzinie 8 wyjeżdżamy. Podczas zjazdu po naszej prawej stronie roztaczają się piękne widoki. Pomiędzy górami pokrytymi szczelnie zielenią unosi się mgła i pojedyncze chmurki. Po drodze mijają nas bezpańskie psy. Pełno ich w Rumunii. Aż żal serce ściska widząc ich biedny los. Droga, którą jedziemy wiedzie przez piękne górskie tereny. Słychać szum rzeki. Otaczają nas wysokie świerki. Po drodze napełniamy butelki wodą z pobliskiego źródła. Miejscowości o dziwnych nazwach typu – Carlibaba, Rusca, Botos, Lacobeni. Wciąż mijamy kolejne wioski. Nawierzchnia drogi – fatalna. Dziury w asfalcie są tak duże, że przy omijaniu w pewnym momencie ląduję z cała siła na ziemię. Na szczęście nic się nie stało. Jedyną stratą jest złamane wsteczne lusterko. Pogoda dziwnie zmienna, raz upalne słońce raz przelotny deszczyk.

Nad rzeką mijamy wiszące mosty. Pogoda tak bardzo się pogarsza, że w najbliższej wiosce Crucea postanawiamy stanąć na przystanku autobusowym. Drewniana szopa staje się naszym schronieniem przed ulewą, która dokładnie w momencie kiedy tu stajemy się rozpoczęła. Leje i wieje straszliwie. Towarzyszy nam bezpański duży sympatyczny pies. Wiatr wyje przelatując przez dziury w drewnianych ścianach. Cała buda ledwo wytrzymuje napór wiatru. Tak jak nagle ta nawałnica się zaczęłą tak też i się skończyła. Gdy tylko przestało lać – ruszyliśmy dalej. Nie byłam dziś w formie i podczas mijania pensjonatu w kolejnej miejscowości postanawiamy pozostać na noc. Stęskniłam się za ciepłym natryskiem i spaniem w łóżku. Nie potrafię tylko określić jak nazywała się ta miejscowość.

Dzień 5  wioska,której nazwy nie pamiętam -Lunca przed wąwozem Bicaz ok 90km

Noc cudowna. Świeża pościel, ciepełko, natrysk. Koszt około 50 zł na dwie osoby. Poranek słoneczny. Opuszczamy pensjonat po śniadaniu. Kiedy robimy zakupy w sklepie w pewnym momencie mija nas rowerzysta. Na powitanie machamy do siebie. Po przejechaniu kolejnych kilometrów, gdy robimy przerwę aby się przebrać, ten rowerzysta do nas podjeżdża. Teraz już bardziej oficjalnie ,przedstawiamy się skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Rowerzystą okazuje się 50 letni Węgier – Gyorg. Bardzo sympatyczny człowiek. Przez kolejne kilometry jedziemy razem. Mijamy kolejne wioski aby w miejscowości Poiana Lauguruli stanąć na dłuższą przerwę. W restauracji tuż za pięknym niebieskim mostem siadamy na tarasie widokowym aby wspólnie zjeść obiad i wypić piwo. Okazuje się, że tego dnia Gyorg ma urodziny i kończy 50 lat.Z Gyorgiem rozmawiamy w różnych językach i wcale nam to nie przeszkadza, gdyż udaje nam się porozumieć właściwie na każdy temat. Trochę niemieckiego, czeskiego, angielskiego a przede wszystkim rosyjskiego i rozmowa nabiera tempa. Ze względu na lekki szum w głowie musimy nieco odczekać aby udać się w dalszą drogę.

Krótka przerwa zmienia się w prawdziwie długi odpoczynek. Gdy startujemy jest już grubo po godzinie 14. Od tego miejsca przez kolejne kilometry droga wyraźnie biegnie pod górę. Cała trójką dzielnie pokonujemy kolejne kilometry. Gdy dojeżdżamy do szczytu mija nas rowerzysta. Gdy widzę małą biało-czerwoną flagę przyczepioną do tylnej sakwy aż mi serce podskoczyło. Polaków w tym miejscu i na dodatek rowerzystów to się tutaj nie spodziewaliśmy. Stajemy na chwilę na pogawędkę. Po chwili dołącza do nas drugi rowerzysta z Polski. Chwilę rozmawiamy. Robimy pamiątkowe zdjęcie i umawiamy się na piwo w następnej wiosce. Ten dzień wyraźnie nie sprzyja zrobieniu dużej ilości kilometrów. Jak do tej pory jest bardzo towarzysko-rozrywkowy. W kolejnej wiosce a właściwie przy jednym z kilku domów w którym znajduje się maleńki wiejski sklepik i ławka ze stolikiem przed nim – stajemy na przerwę. Zamawiamy po piwie i rozmawiamy o naszej trasie, skąd jedziemy i dokąd.

Rowerzyści z Polski to dwóch bardzo sympatycznych nauczycieli. Na wyprawie rowerowej są po raz pierwszy i widać wyraźnie, że taki sposób spędzania urlopu bardzo im przypadł do gustu. Po długiej przerwie rozstajemy się. Polacy podobnie jak i my będą jechać przez wąwóz Bicaz. Planują pokonać go jeszcze dzisiaj. My, z uwagi, że jest już dość późno postanawiamy przenocować jeszcze przed wąwozem aby móc go obejrzeć jutro rano gdy jest jasno. O tej godzinie w dniu dzisiejszym nie mamy szans aby dojechać jeszcze o takiej godzinie aby go dokładnie zwiedzić. Mijając kolejną miejscowość, tuż przed wąwozem postanawiam zapytać gospodarza o możliwość przenocowania w ogrodzie przy domu. Widząc młodą dziewczynę przed domem postanawiam ją o to zapytać. Dziewczyna po zapytaniu swojego taty kiwnęła potakująco głową i tym samym dzisiejszy nocleg mamy już zapewniony.

Dzień 6  Lunca przed wąwozem Bicaz – Corbu  60km

Pobudka o godzinie 7. Noc nie do końca spokojna. Obok namiotu znajduje się buda z psem i ilekroć pies słyszał dźwięki docierające z naszego namiotu, głośno szczekał. Z samego rana gospodarz widząc, że pakujemy się do dalszej drogi przychodzi do nas i częstuje nas kawą. Pomimo widocznej niezamożności gospodarzy widać ich gościnność. To bardzo miłe z ich strony. Po wymianie adresów e-mail odjeżdżamy. Słońce od rana mocno pali w plecy. Niebo bije po oczach swoim błękitem. Na pierwszej stacji benzynowej przed miejscowością Bicaz -Chei zatrzymujemy się  na poranną toaletę. Na zmianę korzystamy z toalety, ciepłej wody. Mam możliwość umyć głowę, wyprać rzeczy. Dość oryginalne miejsce ten cpn. Przyciąga wzrok swoim „cepeliowskim klimatem”. Śniadanie postanawiamy zjeść gdzieś dalej. Najpierw musimy kupić świeże pieczywo.Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy sklepie, przed którym znajduje się ławka i drewniany stolik. W tym miejscu urządzamy sobie obfite śniadanie. Chyba wzbudzamy zainteresowanie, gdyż każdy kto wchodzi do sklepu najpierw bacznie się nam przygląda. Najedzeni i napici kierujemy się do wąwozu Bicaz. W przydrożnym potoku napotykamy na rumuńską myśl techniczną – automatyczną bezobsługową pralkę ekologiczną. Na spływającym z gór potoku zamontowano rurę o dość dużej średnicy, dzięki której woda pod ciśnieniem wpada do jakby metalowej beczki z otworami naokoło w górnej części. Tymi otworami woda po przepłynięciu przez pojemnik wypływa na zewnątrz. Wewnątrz pojemnika umieszcza się „pranie” i tym samym w sposób naturalny, bez użycia proszku i prądu zostaje ono wyprane. Po zrobieniu zdjęcia tego rumuńskiego patentu jedziemy dalej. Im bliżej wąwozu tym więcej punktów sprzedaży wyrobów rękodzieła ludowego. Po drodze mijamy handlarzy skór, wełny, pamiątek oraz zwykłej chińszczyzny. Wąwóz robi na nas duże wrażenie. Po dwóch stronach wysokie pionowe skały. Wzdłuż drogi płynie potok. Temperatura znacznie się obniża. Panuje tu przyjemny chłód. Miejscami droga niczym wyryta w skale.Jedziemy pod skalnym nawisem. Jacyś turyści kręcą film, machają do nas i uwieczniają nas i nasze rowery na swoim filmie. To miłe.Tym samym staliśmy się przy okazji również atrakcją turystyczną. Na samym końcu wąwozu znajduje się duża ilość punktów handlowych. Od tego miejsca droga wyraźnie pnie się pod górę. Miejscami jest takie nachylenie, że z ledwością mogę pedałować. Zaczyna się serpentyna do góry. Droga wśród gór bardzo malownicza. Pokonujemy kilka „agrafek” w górę. Na chwilę zatrzymujemy się na coca-colę w jednym z punków handlowych na zakręcie. Żar się z nieba leje. W Lacu Rosu w markecie robimy zakupy. W końcu mogę napić się zimnego mleka. Mijają nas czescy rowerzyści.Podobnie jak i my para rowerzystów z sakwami lecz podążająca w przeciwnym kierunku. Nasza droga wciąż pnie się pod górę. Przy jeziorze mijamy dużą ilość turystów.

Jedziemy na przełęcz Pangarati 1255 m n.p.m.. Skręcamy z niej ale już drogą bitą leśną na przełęcz  Saua Nierghes 1375 m n.p.m w kierunku miejscowości Hagota. Widok z góry zapiera dech w piersiach. Na szczycie mijamy domek góralski. Obserwujemy w lesie grupę cyganów mieszkających pod namiotem. Na szczęście jesteśmy kilkadziesiąt metrów powyżej. Nie czuję się pewnie w ich obecności. Najczęściej można spotkać ich na przełęczach, gdzie zaczepiają wszystkich i namawiają do kupna jagód. Przykry to widok, widząc te biedne dzieciaki. Niebo zaczyna się chmurzyć i po ostatniej przygodzie w górach podczas burzy po prostu mam niezłego stracha. Pędzę w dół doliny jak tylko mogę najszybciej. Na dole znowu pogodniej. Czarne chmury zostały nad górami. Nad potoczkiem robimy przerwę. Gotujemy obiad, kąpiemy się i robię pranie. Piękne miejsce.Przejazd przez Hagotę przechodzi do historii. Nawierzchnia drogi pokryta niczym suchym cementem. Gdy przejeżdża samochód robi się taka chmura białego kurzu, że nie można oddychać. Samochody pokryte biała grubą warstwą pyłu. Gdy dojeżdżamy do wioski Corbu, muszę odpocząc. Siadamy na przystanku. Jest przed godziną 20-stą więc można byłoby rozglądać się za noclegiem. Widząc młodego mężczyznę po drugiej stronie drogi podchodzę i pytam o możłiwość rozbicia namiotu na jedną noc. On bierze mnie za rękę i prowadzi ze sobą. Ręką wskazuje miejsce dla nas na nocleg. Pokazuje mi cmentarz przy kaplicy i mówi, że możemy rozbić namiot gdzie tylko tu chcemy. Dość dziwne miejsce jak na nocleg – pomyślałam. Okazało się, że ten młody człowiek był księdzem a cmentarz i kaplica należała do jego kościoła.Wjechaliśmy na teren cmentarza z zamiarem rozbicia w tym miejscu namiotu. Dość dziwne miejsce. Właściwie to gdyby nie zbierające się chmury burzowe to pewnie byśmy tu zostali. Czarne niebo zdecydowanie tak mnie wystraszyło, że postanawiam iść zapytać gospodarza w sasiadującym domu. Bez problemu otrzymujemy zgodę na nocleg. Powiem więcej. Dwóch gospodarzy niemalże kłóci się u kogo mamy spać. W rezultacie otrzymujemy pokój gościnny do dyspozycji u jednego z nich. Cieszę się z tego, gdyż niebo nie wróżyło spokojnej nocy.

Dzień 7    Corbu – Rastolita  dst. 80km

Nastawiamy budzik na godzinę 7. W nocy dość często się budzę. Jest burza ,leje deszcz a na dodatek nasze rowery stoją niezabezpieczone i niezamknięte na zewnątrz. Poranek w przeciwieństwie do nocy – pogodny. Po spakowaniu idziemy na śniadanie do dużej kuchni u naszego gospodarza. Za jego przyzwoleniem a wręcz namową korzystamy z kuchni, robimy kawę i przyrządzamy sobie śniadanie. Rumun komentuje zdarzenia o swoim kraju, które akurat są przedstawiane w wiadomościach telewizyjnych. Widać, że samotność mu doskwiera.Gdy wyjeżdżamy widzimy nieukrywane łzy w jego oczach. Z nostalgią go wspominam. Po wyjechaniu z wioski napotykamy na źródełko przy drodze. Korzystając z jego dobrodziejstwa, myję głowę. Woda jest tak smaczna, że nabieramy jej do butelek na zapas. W miejscowości Borsec zatrzymujemy się w sklepie na drobne zakupy. Mam ochotę na ciastko z kremem i do tego litr mleka. Stąd udajemy się  na przełęcz  Creanga 1111m n.p.m. Podjazd trochę się dłuży ale i nie należy do najłatwiejszych. Przy kolejnym zakręcie zatrzymujemy się na chwilowy odpoczynek przy małym wodospadzie. Krzysiu po chwili mnie woła i pokazuje palcem na coś w krzakach. Z początku nic nie widzę , ale po chwili- patrzę…a tu piękna duża sowa. I tak jak ja na nią patrzę tak ona na mnie. Niesamowity to widok taki ptak w naturze. Rzadko można spotkać taki okaz. Nam udało się już podczas naszych wypraw po raz drugi (pierwszy raz na Słowacji).

Zjazd z przełęczy dodatkowo funduje nam przepiękne widoki. Niepokoją mnie tylko ciężkie i czarne chmury ,które kłębią się przed nam w dole. W miejscowości Toplita na samym wjeździe do miasteczka zatrzymujemy się na chwilkę prze sklepie. Zaczyna kropić deszcz. Chwilę tu zostajemy. Kupuję sobie kawał soczystego arbuza i nasz sok przecierowy z Tymbarku – Kubuś – tu na Rumunii nazywa się Tedi. Gdy przestaje kapać jedziemy do centrum i szukamy bankomatu. Wypłacamy kasę. Pogoda pogarsza się z minuty na minutę. W końcu zaczyna regularnie padać. Droga, którą jedziemy jest dość ciekawie położona. Widokowo bardzo ładna. Wciąż mamy jakieś pasma górskie jak nie z lewej to z prawej strony. Zatrzymujemy się za miejscowością Rastolita na bezpłatnym tzw. popasie czyli campingu. Pełno tu ludzi. Tłok. Policja, żołnierze. Hałas i błoto. Okazuje się ,że organizowany jest tu krajowy festiwal folkloru. Postanawiamy tu zostać. Pada deszcz, dość późno więc niema co wybrzydzać jak jest gdzie rozbić namiot. Krzysiu idzie kupić coś do jedzenia.

Po chwili przynosi na papierowych talerzach szaszłyki i piwo. Ze sceny docierają do nas dźwięki muzyki zarówno folklorystycznej jak i rockowej. Podchodzi do nas chłopak. Przedstawia się. Pyta skąd i dokąd jedziemy. Mówi, że jest tu sam i czy może z nami posiedzieć. Okazuje się bardzo sympatycznym młodym człowiekiem. Wymieniamy się e-mailem. Opowiada historię o Draculi i skąd się ta legenda wzięła. Z ciekawości idę zobaczyć co dzieje się na scenie. Tam na całego zabawa. Rumunii tańczą po kostki w błocie. Gdy przyjeżdża prezydent Rumunii (jak to powiedział Rażwan -„szefurul”, gdyż tak to brzmi w języku rumuńskim) w powietrze strzelają zimne ognie. Przyznaję, że tak pięknego i długiego pokazu sztucznych ogni w życiu jeszcze nie widziałam. Wszyscy są pod ogromnym wrażeniem. Gdy idziemy spać zaczyna padać. Leje całą noc.

Dzień 8   Rastolita – Bistrita  dst. 70km

Rano budzi nas ulewa. Gdy wyglądam z namiotu Rażwana już niema. Deszcz leje nieprzerwanie. Czekamy aż przestanie tak padać, jednak o godzinie 11.30 nie dajemy rady wytrzymać w namiocie i ruszamy. Na polu namiotowych pozostało tylko kilka namiotów. Na początku jedziemy główną drogą aby potem w miejscowości Morareni skręcić w kierunku Dumbravy. Droga momentalnie zmienia nachylenie i jakość nawierzchni. Z płaskiej i gładkiej drogi robi się żwirowo-szutrowa i na dodatek bardzo mocno pod górę. Deszcz nieprzerwanie leje i leje. Poubierani przeciwdeszczowo nawet nie mamy ochoty robić zdjęć ani podziwiać widoków. Przy ładnej pogodzie z pewnością krajobrazy z tej drogi byłyby rewelacyjnie, gdyż wspięliśmy się bardzo wysoko. Minęliśmy Vatavę, Monor. Droga biegnie na wysokości ok 600m n.p.m. Pokonując kolejne szczyty dojeżdżamy do Siet. Wioski, które mijamy wysoko w górach są tak zlokalizowane, że trudno tu dojechać i widząc taką drogę każdy turysta z pewnością omija takie drogi. Jadąc taką bita drogą zatrzymujemy się w Sieu w sklepie na przerwę. Rozmawiamy ze sprzedawczynią. Jest niedziela, pani kroi paprykę i prowadzi dyskusję z miejscowym, który przyszedł tu na niedzielne piwko. Gdy opuszczamy miejscowość, dosłownie tuż za ostatnim domem, Krzysiu łapie gumę. W najgorszym lejącym deszczu stajemy aby zmienić dętkę. Na nieszczęście jest to tylne koło. Wymęczeni dniem pod wieczór dojeżdżamy do Bistrity – miasta partnerskiego Zielonej Góry. Gdy napotykamy na niedrogi pensjonat na wyjeździe z miasta-pozostajemy na noc.

Dzień 9  Bistrita – Romuli   dst.63km

Budzimy się o godzinie 8. Noc niespokojna, gdyż wciąż z coraz to różnych kątów wylatywały komary i bzyczały nad uchem nie dając spać.Nie udało nam się zlokalizować ich „gniazda”. Pensjonat ładny a tu taki „suprise”. W pokoju było ciasno. Z trudem poruszaliśmy się pomiędzy rowerami, sakwami i łóżkiem więc po śniadaniu czym prędzej opuszczamy hotel. Pogoda w przeciwieństwie do wczoraj – cudowna. Gorąco i słońce. Za miastem skręcamy w drogę nr 17C w kierunku wioski Dumitra. Oczywiście dzień rozpoczynamy od jazdy ostro pod górę. W Nasad stajemy na krótką przerwę przed sklepem. Jest gorąco więc kupujemy zimny napój. Chwila przerwy i dalej przed siebie. Mija nas samochód dostawczy z polską rejestracją. Miły akcent. Jest potworny upał, brak wiatru. Po południu przed największym słońcem chowamy się w cieniu starego pawilonu spożywczego. Zimna woda przynosi ulgę tylko na chwilę. W pewnym momencie przychodzi stara kobieta do sklepu. Pierwszy raz w życiu widziałam kobietę z tak mocnym zarostem. Kobieta z brodą. Niejeden mężczyzna mógłby jej pozazdrościć. Gdy trochę stygniemy od słońca postanawiamy jechać dalej. Dziś nie jest dzień do jazdy. Dużo pod górę i w samym słońcu bez wiaterku. Nasza droga wciąż prowadzi pod górę, ale w miejscowości Romuli a właściwie pod sam jej koniec, postanawiam zapytać o nocleg gospodarza. Trafiamy na starego człowieka, mieszkającego bardzo biednie w walącym się domu. Pozwala rozbić nam namiot na swojej łące, tuż za domem. Zostajemy tu na noc. Oglądamy zachód słońca jedząc kolację. Cisza i spokój. Noc mija bardzo spokojnie.Choć czasami słyszę jakby jakieś pomruki i sapanie (być może to bezsenność dziadka popychała go do nocnych spacerków)

Dzień 10   Romuli – Ocna Sugatag  dst. 65km

Budzi nas dziwny dźwięk. Gdy otwieram namiot i wyglądam oczom nie wierzę. Obok namiotu jakiś człowiek w słomkowym kapeluszu ścina trawę wielką kosą. Co kilka metrów przystaje , wyciąga ostrzałkę z sakiewki umieszczonej na pasie i przeciąga nią po ostrzu kosy. Dość dziwny to widok w dobie XXI wieku. Taka właśnie jest Rumunia. Zaskakuje tym co kiedyś było na porządku dziennym a dziś dawno zapomnianym. Tam nadal – kosa – to często spotykane narzędzie rolnika. Widząc jak wiele jeszcze ma ten człowiek do wykoszenia aby znaleźć się blisko nas, postanawiamy zjeść przed wyjazdem śniadanie. Poranek piękny i słoneczny a łąka na której jesteśmy aż „prosi” się aby rozłożyć tu koc i zjeść śniadanie na trawie. Jak co dzień jazdę zaczynamy od podjazdu. Tym razem jest to przełęcz Setref na wysokości 818m n.p.m. Przed samym szczytem słyszę szum wody po mojej prawej stronie. Zatrzymujemy się nad potokiem o śmiesznej nazwie Posiusiu. W tym miejscu urządzamy sobie prawdziwą poranną toaletę z myciem głowy włącznie. Tacy odświeżeni pełni energii wjeżdżamy na szczyt. Patrzymy a tu z krzaków wyjeżdża samochód z polską rejestracją. Turystami okazuje się polskie małżeństwo z Otwocka, którzy podobnie jak i my śpią w różnych dzikich miejscach. Z przełęczy rozciągają się piękne widoki na całe pasmo gór Tiblesului. Patrząc na mapę powinien w tym miejscu znajdować się „popas” (camping). Zamiast miejsca do biwakowania stoi przydrożny rzeźbiony krzyż. Zjeżdżamy w szaleńczym tempie. Dobra nawierzchnia umożliwia rozwinięcie dość dużej prędkości. Mijamy kolejne wioski: Sacel, Bogdan Voda.

W miejscowości Borsana stajemy na krótką przerwę. W tym  miejscu znajduje się okazały monastyr. Dużo turystów zatrzymuje się na parkingu i jak pielgrzymka, kierują się w stronę zabytku. Chwilę odpoczywamy jedząc lody. Zastanawiamy się gdzie dalej jechać, czy kierować się w kierunku miejscowości Sapanta gdzie znajduje się tzw. „wesoły cmentarz” czy odbić z trasy w kierunku Baia Mare. Po bliższym zastanowieniu, skręcamy na Baia Mare. Przed miejscowością Valeni, tuż przy drodze siadamy na kocu, w cieniu starej jabłoni aby zjeść obiad. Z tego miejsca obserwujemy jak młoda dziewczyna wraz z rodzicami ustawia snopy z siana na łące. Robi się późne popołudnie. Droga wije się raz do góry a raz w dół z tendencją w górę. Wokół nas widoki na ogromne łąki pełno snopów siana. W miejscowości Ocna Sugatag przy drodze napotykamy na pension. Jest już wczesny wieczór więc postanawiamy zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Gospodarz okazuje się być bardzo gościnny. Pozwala nam rozbić namiot za jedyne 10lei (ok10zł), na dodatek przynosi kubek spirytusu aby z nim wypić. Zadowolony z siebie pokazuje na spirytus i na siebie, dając nam do zrozumienia, że to on go sam zrobił. Wesoły człowiek. Dobrze mówi w języku niemieckim co ułatwia nam komunikację. W pensjonacie ruch jak na krupówkach. Cały autokar gości z Węgier. Dzięki temu, że tu zostajemy, mamy do dyspozycji gorący natrysk.Noc bardzo spokojna dzięki temu, że śpimy w bezpiecznym i cichym miejscu.

Dzień 11   Ocna Sugatag – Firiza  dst.50km

Budzimy się wyspani o godzinie 7. Na niebie błękit i słońce pali już od samego rana. W cieniu drzew, przy drewnianym stole przygotowujemy śniadanie. Nie spiesząc się powoli opuszczamy to miłe miejsce. W miejscowości Desesti robimy zakupy w małym sklepiku. Stąd po kilku kilometrach jazdy pod górę skręcamy w prawo w szutrową ,leśną drogę. Droga jest tak wyboista i kamienista i na wielu odcinkach prowadzimy rowery. Stajemy na przerwę przy pięknym wodospadzie. Jest upał, więc korzystamy z ochłody. Krzysiu w między czasie chłodzi piwo. Nasza droga wciąż pnie się pod górę.  Gdy jesteśmy na szczycie roztacza się przed nami piękna panorama. Dalej czeka nas zjazd.Potem przez polany, łąki, wzdłuż strumienia, wśród ogromnych buków droga dzika i taka malownicza jak z obrazu.

Po długiej przeprawie w końcu dojeżdżamy do hotelu Statiunera Izydare, przy którym odbywa się jakiś koncert rockowy. Pełno namiotów i ludzi. Stąd jedziemy bardzo długim zjazdem drogą o super nawierzchni wzdłuż potoku aż do jeziora Firiza. Nad jeziorem zaplanowaliśmy nocleg. W tym miejscu jest już rozbitych kilka namiotów. Głównie są to miejscowi wędkarze, którzy w nadziei na udany połów przyjechali tu na tzw. „nockę”. Noc mija spokojnie, poprzeplatana wciąż docierającymi dźwiękami pochodzącymi od „elektronicznych spławików”.

Dzień 12   Firiza – Polska

Rano jak najszybciej zwijamy nasz biwak  i smutni, że już dobiegła końca nasza wyprawa, jedziemy do pensionatu aby zapakować się do samochodu.Przed nami długa droga do domu….w głowie…świta już kolejny plan na następną wyprawę.

RUMUNIA
dojazd samochodem do Baia Mare i z powrotem ok. 2000km – ok.500zł (gaz)
noclegi (3x pensjonaty+1x namiot – 280zł
zakupy żywności na miejscu+inne  – około 800zł
Koszt całej wyprawy wyniósł 1580zł/2 osoby w 12 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – Zapraszamy do obejrzenia