Wśród gór zielonych, szlakiem cerkwi drewnianych.

Noc w pociągu. Z przesiadką w Warszawie nie ma większego problemu. Co do dworca Zachodniego ? hm….dużo można mówić. Odnosimy wrażenie przeniesienia się w lata głębokiej komuny.

Mapa wyprawy

Dzień 1  Kraśnik – Frampol  65,2 km

Noc w pociągu. Z przesiadką w Warszawie nie ma większego problemu. Co do dworca Zachodniego ? hm….dużo można mówić. Odnosimy wrażenie przeniesienia się w lata głębokiej komuny. Pociąg do Kraśnika miło nas zaskakuje. Wskoczyliśmy do wagonu przeznaczonego do przewozu rowerów. Po prostu super! Taki wagon to ja rozumiem. Jedzie z nami 10 rowerzystów. Przed Kraśnikiem poznajemy w pociągu rowerzystę z Lublina. Zazdrości nam takiego urlopu. On ze względu na charakter pracy może pozwolić sobie tylko na wypady jednodniowe. Przed dworcem widzimy tablicę  informacyjną i właśnie od tego miejsca zaczyna się nasza przygoda. W tym miejscu bierze się początek centralnego szlaku rowerowego Roztocza. Właśnie tu spotykamy turystów, którzy zamiast do Zwierzyńca wylądowali przez pomyłkę wsiadając nie w ten pociąg w Kraśniku, oddalonym o 100km. Okazuje się, że jeden z trójki pochodzi z Zielonej Góry a pracuje w Warszawie. Cóż za przypadek. Jak się okaże nie ostatni podczas tej podróży. Nie zazdroszczę im dalszej drogi, tu samochodów jak na lekarstwo więc ze stopem nie będzie łatwo.

 

Ruszamy. Z nieba lejesię tylko żar. Tereny rozległe i otwarte. Piękne wzgórza podzielone na wąskie pasy uprawnych zagospodarowanych poletek. Malowniczo. Po nieprzespanej nocy  po 30km Krzyś zasypia za kierownicą. Nie mamy wyjścia robimy przerwę. Stajemy w cieniu pod laskiem ,rozkładamy koc i byleby szybciej napić się mocnej kawy. Zarówno kawa jak i Danviva w moim przypadku stawia nas na nogi, choć i tak wystarczyłaby niewielka chwila aby oddać się w ramiona Morfeusza. Za cel wybraliśmy  Frampol. Miasteczko wita nas  imprezą pod dumną nazwą  300 lat Frampola. Lądujemy przy zajeździe „Złoty łan”. Nad pseudo zalewem jest pole namiotowe. Miejsce jest, jednak co do warunków to dużo można  byłoby pisać. Jedyne co zastaliśmy to pole z wykoszoną trawą. Właściciel zajazdu powala nas ceną na kolana, 30 zł to stanowczo nie do przyjęcia…Rozmowę kończymy na opłacie w wysokości 15 zł i tak uważając, że jest to stanowczo za drogo. W zamian za to mamy możliwość skorzystania z ładnej łazienki w hotelowym pokoju. Noc nie mija spokojnie. Impreza w knajpie do białego rana. Ostatni pijaczek opuszcza to miejsce późno nad ranem. Teraz tak naprawdę można już zasnąć.

Dzień 2  Frampol – Majdan Sopocki  72,4 km

Śniadanie, kawa i w drogę. Pod namiotem nie da rady dłużej pospać. Słońce i upał wyciąga nas z namiotu wcześnie. Godzina 6 rano to standard. Trasa mija szybko i przyjemnie.Za Tereszpolem w Zygmuntach przed sklepem spotykamy 2 mieszkańców wioski. Opowiadają o swoim życiu. Słuchamy o tym jak jeden z nich służył w Legii Cudzoziemskiej przez 5 lat  i odbywał służbę w ….Żarach czyli znów nasze tereny. Mają po 40 lat. Podziwiam jednego z nich. Żona zmarła mu 4 lata temu, wychowuje sam 4 dzieci, jest bez pracy, dorabia w Niemczech. Podziwiam jego optymizm. Zimne piwko wspaniale nas orzeźwia. Ruszamy w drogę. Następny przystanek nad rezerwatem Szum. Jest to pierwszy zbiornik wodny, który napotykamy tu na Roztoczu. Nad potokiem Szum kilka osób leniwie wygrzewa się w słońcu lub spaceruje brodząc w zimnym strumieniu. Potok najpierw tworząc zalew spływa w dół pokonując niewielką tamę tworzy następnie wartką rzeczkę i tzw. szumy czyli malutkie wodospadziki. Krzyś schodzi w dół jaru i robi zdjęcia. Upał. Kierujemy się do rezerwatu Czartowe Pole. Z parkingu przy drodze już słychać szum rzeki Sopot. Rzeka to za wiele powiedziane, ot szerszy potok. Schodzimy w dół głębokiego jaru na zmianę ( ktoś musi pilnować rowerów )Na dole przyjemny chłód i półmrok. Z mostku schodzę do wody. Orzeźwiająco zimna w ten upalny dzień. Bosko! Późnym popołudniem dojeżdżamy do Majdanu Sopockiego. W tych rejonach zbiorników wodnych jest niewiele, w związku z tym plaża jest tu pełna, tym bardziej, że właśnie jest niedziela . Znajdujemy miejsce na nocleg. Kilka namiotów. Trzy małżeństwa ze Świdnika ( wędkarze) przyjechali tu na urlop. Na szczęście za poradą jednej z pań rozbijamy namiot na wzniesieniu. Jak się potem okazuje chroni nas to przed zalaniem. W nocy szaleje burza. Jak się potem okazuje z artykułów prasowych, przeżyliśmy nawałnicę. Niebo od błysków całą noc – białe. Huk i hałas. Leje deszcz. Mam ochotę ze strachu schować się pod podłogę w namiocie i na dodatek przykryć się materacem. Grzmoty walą. Krzyś stara się mnie uspokoić, jednak niewiele to daje. Okazuje się, że i on ma stracha. Zakopuję się na maksa w śpiwór. Teraz trochę ciemniej ale upał nie do wytrzymania. Burza wraca trzykrotnie. Pod podłogą w namiocie czuć wyraźnie przepływające strumienie wody, bulgoczą. Dopiero nad ranem gdy się uspokaja ,zasypiamy.

Dzień 3 –  Majdan Sopocki – Budomierz  – 71,1 km

Budzę się na twardej podłodze. Materac ma dziurkę. Po śniadaniu i spakowaniu jedziemy na plażę zlokalizować przebicie. Na szczęście bez trudu Krzyś znajduje nieszczelność. Dziś plaża pusta, tyle, że brudna. Pełno śmieci. Jednak już po chwili pojawia się dwóch panów i śmieci ubywa z sekundy na sekundę. Pogoda idealna do jazdy, gorąco ale słońce przykryte warstewką chmur. Trasa wije się częściowo wśród lasów. Jest przyjemnie. W Suściu małe zakupy i jedziemy do rezerwatu Szumów nad Tanwią. Woda w rzece lodowata. Nie sposób w niej dłużej wytrzymać. Miejsce bajeczne i tajemnicze. Jedziemy dalej. Stromy podjazd na wał Huty Różanieckiej  rekompensuje super zjazd. Marzenie każdego rowerzysty. Nad stawami w Rudzie Różanieckiej robimy sobie małą przerwę. Krzyś klei materac firmowym zestawem naprawczym w nadziei, że się uda. W Płaszowie stajemy przy cerkwi aby zrobić ciekawą fotę a następnie udajemy się do naturalnego źródełka bijącego wprost z ziemi.. Potem już tylko kefirek i bułka w wiejskim sklepiku i w drogę. W Horyńcu Zdrój nad zalewem zrobiliśmy sobie obiad. Pogoda dopisuje. Ulicami miasteczka  sennie przechodzą się kuracjusze tutejszych sanatoriów. Horyniec specjalizuje się w leczeniu dolegliwości związanych z chorobami reumatycznymi. Przed kawiarenką kilka osób delektuje się lodami.

Stamtąd udajemy się polną drogą na skróty do Nowego Brusna. Jadąc skrajem lasu zauważamy uwiązanego psa na łańcuchu. Biedak patrzy na nas błagalnym wzrokiem. Jest chudy i zabiedzony a przede wszystkim w ten upał chce mu się pić. Oczywiście ja nie wytrzymuję. Za punkt najważniejszy dnia stawiam sobie aby mu pomóc. Odnajduję dom, w którym mieszkają jego właściciele. Posesja brudna i gospodarstwo bardzo zaniedbane. Bieda. Bydło chude stoi w oborze. Przy domu wychudzone kobiety skubiące jakieś korzonki do garnka. Proszę o litość nad zwierzakiem. Stara kobieta mruczy cos pod nosem obiecując ,że zaniesie mu wodę. Jedyne co mi pozostaje to poszukać sołtysa wsi i porozmawiać z nim o tej całej sytuacji. Po godzinnym poszukiwaniu od domu do domu w końcu odnajdujemy jego dom. Jest bardzo komunikatywny. Pracuje w ?Gminie? i zna sytuację. Próbowano już tam cos wskórać jednak nadaremnie. Obiecał, że zgłosi sytuację weterynarzowi. Pozostaje mi już tylko nadzieja, że przynajmniej coś w tej sprawie uda się zrobić. Robi się wieczór. Jedziemy przez las wzdłuż granicy z Ukrainą. Do samej granicy postało ok. 300m. Jedziemy a końca drogi nie widać. Mapa też nie jest dla nas zbyt łaskawa. Zadnej  wioski przez następne kilkanaście km a noc tuż, tuż. Mówiąc szczerze jakoś nie mam ochoty na spędzenie nocy w środku lasu mając jeszcze na względzie bliskość granicy z Ukrainą. Dobrze, że bandy UPA to już historia. Mówię Krzysiowi, że najlepiej byłoby natrafić na jakąś leśniczówkę, choć na mapie żadnego domu nie widać. Te tereny skojarzyły mi się właśnie z takim domkiem w środku lasu i  leśniczym. Nie ujeżdżamy kilometra jak wyłania się z lasu leśniczówka!. Ładny dom z pięknym dużym trawnikiem. Wymarzone miejsce na nocleg. Pytam o nocleg. Przemiłe młode małżeństwo nie widzi problemu i rozbijamy nasz namiot na ich podwórku. Goszczą nas jak  rodzinę. Swojski chleb, mleko, miód wszystko własnej produkcji. Po kolacji gorąca kąpiel. Agnieszka, bo tak ma na imię leśniczanka namawia nas aby pozostać dłużej. Z przyjemnością byśmy skorzystali gdyby nasz urlop trwał dłużej. Noc w zupełnych ciemnościach i ciszy pozwala nam solidnie się wyspać i wypocząć.

Dzień 4  Budomierz – Gaje  102,3km

Drugi materac zawiódł, obudziłam się na gumowym placku. Krzysiek rano klei drugi materac. Po śniadaniu i kawie wspólnie wypitej z Agnieszką wyszykowaliśmy się w dalszą drogę. Agnieszka na drogę częstuje nas butelką soku truskawkowego. Niesamowici ludzie.Z samego rana podjeżdżamy pod szlaban granicy Polsko-Ukraińskiej. Upał i pustka wokoło. Po wykonaniu pamiątkowych fotek kierujemy się na miejscowość Wielkie Oczy. Jest cudnie do czasu. Jeden telefon z obozu gdzie przebywa nasza córka Alina burzy spokój i radość o poranku. Okazuje się, ze na obozie masowe zatrucie. Dzieci w szpitalu, Nasza córka leży pod obserwacją w szpitalu podłączona do kroplówki. Na szczęście jest pod dobrą opieka lekarza obozowego, który jest naszym dobrym znajomym jeszcze z podstawówki. Jakaż to ulga wiedzieć, że dziecko jest we właściwych rękach. Jedziemy dalej. W miejscowości Chotyniec napotykamy na przepiękną zabytkową drewnianą cerkiew. Widok jak z ruskiej bajki. Po 15km znowu następna podobna w Lesznie. Przed nami Przemyśl. W oddali widać zarys pogórza przemyskiego. Odtąd będą już górki coraz większe ale i ciekawsze widoki. Kilkunastokilometrowy odcinek drogi z Medyki do zjazdu na Krówniki przed Przemyślem przysparza o palpitację serca. Ruch jak na autostradzie.

Cudem chyba udaje nam się przeżyć ten przejazd jadąc wąskim poboczem. Ktoś umieścił tu znaki drogi rowerowej? chyba szaleniec!. Skończyła się mapa. Korzystamy z małej niedokładnej mapki wydrukowanej z internetu. Jak się potem okazuje, niedokładnej .Ktoś tak się rozpędził, że zaznaczył drogę, której niema w terenie i w ten sposób znowu lądujemy na granicy z Ukrainą przy słupku granicznym, w szczerym polu. Przed nami w oddali wieżyczka strażnicza i rozległe tereny Ukrainy

 

 

Aby dotrzeć na główną drogę przeprawiamy się przez  wąską kładkę nad rzeką Wiar. Rowery z ledwością mieszczą się  pomiędzy barierkami. Teren piękny, dziki i zarośnięty. W końcu trafiamy na drogę właściwą. Wyciągam mapę Bieszczadów. Jesteśmy na mapie- hura!? Dziś mamy kondycyjnie dobry dzień. Dopisuje nam pomimo upału. Pęka 100km. Wieczorem pytamy u gospodarza w Gajach o nocleg. Bez problemu rozbijamy namiot. Mamy to co nam potrzeba tj. dostęp do wody, toalety i 4m2 trawnika. Gospodyni częstuje nas ogórkami kiszonymi. Kolacja smakuje wyśmienicie . Krzysiu klei materac .

Dzień 5  Gaje – Lesko  68,8 km

Budzimy się o 6. Poranna kawa i śniadanie na trawie to jest to co bardzo lubię. Z kolei to za czym nie przepadam to spanie na twardej podłodze. Dwa materace puszczają powietrze. Lokalizujemy dziurę w drugim materacu. Dokładnie w tym samym miejscu co w pierwszym, czyli na zgięciu przy zgrzewie. Wadliwe zgrzewy i na załamaniach puszcza. Pech! Piękna pogoda. Na niebie chmur – brak. Zwijamy namiot i w drogę. Początkowo trasa pnie się wysoko pod górę aby potem zaskoczyć nas pięknym zjazdem do Huwników. Piękny widok i super zjazd. Zakupy w sklepiku, kilka smsów i w drogę do Rybotyczy. Droga wije się razem z rzeką Wiar. Robimy postój w pięknym miejscu nad rzeką. Pławimy się w wodzie. Jest cudownie. Żar z nieba, zimne piwo, woda po kolana. Chce się żyć.Dalsza droga jak z marzeń. Po lewej ręce rzeka po prawej lasy. Dojeżdżamy do rozjazdu. Obserwujemy w jaki sposób wypala się węgiel drzewny. Dymu pełno, kotły jak w piekle. Wrażenie cofnięcia się w czasie o 100 lat. Skręcamy w prawo i jak się potem okazuje nie w tę drogę co należy. Po morderczym wjeździe lądujemy na dawnym lotnisku. Płyta lotniska rozciąga się na szczycie góry. Widoki super. W tym miejscu w kwitnących czasach komuny głowy naszego państwa  w tym m.in. Jaroszewicz przylatywali tu do swoich willi w miejscowości Trójca obok Arłamowa. Obecnie lotnisko nieczynne a wille pozostały jako obiekty do zwiedzania. Przed nami rewelacyjny zjazd w dół rzeki Wiar. Znajdujemy urocze miejsce w zakolu rzeki. Gotujemy obiad. Ryż z soczewicą. Po chwili przyjeżdża spychacz i ciężarówka. Dokładnie w tym miejscu gdzie odpoczywamy chcą wybierać żwir. Jak się okazuje ostatnio robili to 20 lat w tym miejscu. Ale trafili!!. Przepraszają. Cóż robić, zmieniamy miejsce o 20 metrów dalej. Zamiast w ciszy i spokoju zjeść obiad robimy to w pośpiechu szybko uciekając przed nieznośnym hałasem. Wjeżdżamy w góry Słonne. Podjazd niemal nie do pokonania. Krzyś wjeżdża na sam szczyt, ja częściowo prowadzę swoją maszynę- wymiękam.

Robię postój. Upał. Dzwoni Alina jest już zdrowa, wróciła ze szpitala jest na obozie ulga. Skoro już mam postój odbierając telefon, myję głowę. Pierwszy raz zdarza mi się to zrobić na drodze. Jest tak gorąco, że umycie głowy wyraźnie przynosi ulgę. Woda z butelki wyciągniętej z sakwy niczym woda z podgrzewacza, ciepła. Kolejny podjazd. Oczywiście Krzyś wjeżdża a ja …hm…troszkę puchnę ze zmęczenia. Tłumaczę się trudnymi dniami. Niestety Red Bull niewiele przynosi pożytku. Jedyne co daje to poczucie lekkości w portfelu 6,20 zł to totalne przegięcie. Lecz cóż, ceny w wiejskich sklepach  znacznie wyższe od miejskich. Jesteśmy w Olszanicy. Wyruszamy na poszukiwanie pola namiotowego. Informacje na mapie niestety nieaktualne. Pola nie ma. Kierujemy się do Leska . Po drodze spotykamy samotnego rowerzystę, Niemca. Jedzie do Lwowa. Życząc miłej jazdy rozstajemy się. W Lesku w końcu trafiamy na kemping. Rozbijamy namiot przy namiocie młodej pary studentów z Nowego Wiśnicza pod Krakowem. Też rowerzyści, choć tym razem wybrali się na stopa. Poznajemy również parę z Francji, którzy przyjechali samochodem z rowerami. Nie ukrywali podziwu dla naszych rumaków. Trudno było się dogadać zważywszy ,że ani oni nie znali niemieckiego ani my angielskiego a hiszpański i rosyjski nie był albo nam albo im po drodze. Czujemy się dumni z naszych „wierzchowców”. Ze studentami rozmawiamy do późna. Ładujemy nasz sprzęt foto i komórki. Dziś mija 20 lecie naszego małżeństwa. Jak ten czas leci……….ech.

Dzień 7  Lesko
Leje deszcz. Siedzimy w namiocie. Młodzi zwinęli się i pojechali. Wszystko im pozalewało. U nas suchutko i cieplutko. Robimy kawkę i puree. Wyjadamy ostatnie zapasy żywności. Czekamy na poprawę pogody. W barze na kempingu zaopatrujemy się w piwo. Przeglądamy mapy, ukradkiem patrząc w niebo co przyniosą następne godziny. Krzyś klei materace, ja idę po zakupy. Okazuje się, że jak sklei się jedną dziurkę w materacu to zaraz obok pojawia się następna, tyle wiemy. Razem mamy już zaklejone 5 dziur, po 2 i 3 w każdym materacu. Czekamy z niepokojem na następne. Wynika z tego, że wozimy materace a śpimy na ziemi. Logiki w tym niema żadnej ale nie rezygnujemy w nadziei, że w końcu uda się je skleić. Z rozpaczy pijemy następne piwo. Robi się wieczór i zasypiamy. Śpię na szczelnym materacu w przeciwieństwie do Krzysia.


Dzień 8  Lesko – Czarna Górna – 62,4 km

Poranek nie nastraja nas optymistycznie. Pada deszcz. Jednak decyzja o wyjeździe zapadła. O 6 rano zaczynamy powoli pakować się w namiocie. Wszystkie rzeczy dokładnie zawijamy w markeciarskie reklamówki. Francuzi obok jeszcze śpią. Wieczorem zmienili miejsce biwakowania gdyż ich namiot calutki stał w głębokim bajorku.  Ubrani w foliowe płaszcze i reklamówki na nogach wyruszamy. Siąpi deszcz. Decyzja jest taka , aby zajechać przynajmniej do Ustrzyk Dolnych. Pokonując kolejne kilometry krajobraz zmienia się na bardziej górzysty. Coraz więcej podjazdów i tym samym ekstra zjazdów. Docieramy do Soliny. Tama robi wrażenie. Już od parkingu na tamę walą tłumy turystów . Droga prowadząca na górną część tamy niczym Krupówki. Budka za budką, kwitnie handel. Gastronomia, kierpce, pamiątki, dużo tandety. Można tu kupić wszystko, niestety oprócz ….materacy dmuchanych. Przechodzimy przez tamę. Tu niczym jak w ulu, ludzie przechadzają się w tą i z powrotem, pstrykają pamiątkowe zdjęcia. Z prawej strony tamy zalew, woda znacznie wyżej. Widać pstrągi w wodzie. Na lustrze wody pływają żaglówki z białymi żaglami. Z drugiej strony zapora, Aż strach patrzeć w dół, co za wysokość. Zjadamy gofra z bitą śmietaną i jagodami i jedziemy dalej. Po kilku kilometrach i podjazdach docieramy do Ustrzyk Dolnych. Pierwsze gdzie się udajemy to na pizzę. Ja zamawiam ruskie pierogi z zestawem surówek i kefir a Krzyś pizzę i duże piwo. Wszystko wyśmienicie smakuje. Jesteśmy lżejsi o 28 zł. Postanawiamy poszukać sklepu z materacami. Objeżdżamy wszystkie sklepu łącznie z targowiskiem. Jedyne co znaleźliśmy to maty samopompujące za 449 zł i materace za 99 zł. Z uwagi, że takie materace u nas można kupić za ok. 30 zł od sztuki, rezygnujemy. Cena czyni cuda i jest wystarczającą motywacją aby nasze kleić nadal. Robi się chłodniej, ubieramy się cieplej. Nie ujeżdżamy 15km jak zaczyna padać deszcz. Na szczęście napotkana stara wiata chroni nas przed zupełnym przemoczeniem. Na niebie ciężkie chmury i ani śladu skrawka nieba. Czekamy aż przestanie lać zastanawiając się nad miejscem noclegu. Na szczęście w końcu pada na tyle mało, że postanawiamy jechać dalej. Siąpi kapuśniaczek. Dojeżdżamy do Rabe a potem Czarna Górna. Na mapie widnieje oznaczenie stanicy ZHP. Z nadzieją jedziemy w to miejsce. Od drogi już z oddali widać drogowskaz do stanicy ZHP Wrocław. Obozowisko pięknie położone. Przy drewnianych domkach  spotykamy ekipę obozu. Komendant wyraża zgodę na nasz nocleg. Wybraliśmy świetne miejsce na postawienie namiotu. Na placu obozowym  świerki niczym z bajki. W cenie 10 zł za dwoje nas mieliśmy zapewnione bezpieczne miejsce, gorący natrysk i naładowane komórki. Obóz właśnie się skończył więc pozostała jedynie ekipa sprzątająca teren. Noc minęła spokojnie. Krzysiowi jakoś udało się skleić w świetle latarki materac. Spimy twardym snem jak niedźwiedzie.

Dzień 9 Czarna Górna – Wetlina  51,1 km 

Poranek wita nas pochmurną pogodą ale nie pada, a to już wielkie coś! Wyruszamy. Jazda pod górkę kilka km. Zaczyna siąpić. Stajemy przy delikatesach w Lutowiskach. Robimy zakupy. Zaczynamy się ubierać przeciwdeszczowo. Zakładam płaszcz foliowy. Po chwili podjeżdża na rowerach para młodych ludzi. Są z Warszawy. W ten sposób wyruszyli w podróż poślubną. Marianna i Daniel bo tak mają na imię nie są przygotowani na taką pogodę. Na szczęście korzystają z noclegów w gospodarstwach agroturystycznych, więc mają gdzie wysuszyć ubrania. Sympatyczni ludzie. Jadą za nami w kierunku Smolnika. Tam nikną nam z oczu. W Smolniku zaplanowali przystanek i nocleg. Udajemy się do cerkwi. Zlokalizowana jest na sporym wzniesieniu. Trud podjazdu jednak się opłacał. Cerkiew robi wrażenie. Krzyś robi fotki a ja rozmawiam z miejscowym sprzedawcą rycin i obrazów cerkwi. Wszystkie te prace rysowała jego żona. Nie jest plastykiem ale bardzo dobrze rysuje. Sprzedawca opowiada o swojej rodzinie. Mają 4 dzieci, nie ma pracy, sprzedając obrazy mają na codzienne wyżywienie. Podczas naszej rozmowy sprzedaje dwie małe rycinki po 12,50 zł. Jedziemy dalej.

Zatrzymujemy się dopiero nad potokiem Wołosaty, gdzie w pięknym miejscu pałaszujemy pyszny obiadek ( zupa z puszki z fasolką szparagową i boczkiem wędzonym ? pychotka ). W Stuposianach przejeżdżamy  obok boiska gdzie odbywają się zawody strażackie z pobliskich wsi. Góry pokryte są warstewką chmur, trudno wypatrywać szczyty. Zbliżamy się do Ustrzyk Górnych . Tu sporo turystów. Niestety Połonin nadal nie widać. Turyści z plecakami podążają raz w górę a raz w dół. Jedziemy dalej. Zaczynają się długie podjazdy. Wraz z nimi zaczyna siąpić deszcz. Pogoda zmienia się dosłownie co minutę. Raz pada a raz nie pada. Ręczniki, które suszyły się na sakwach w czasie jazdy, wciąż albo chowam albo wieszam na nowo. To samo dzieje się z naszymi kurtkami. Dojeżdżamy do przełęczy Wyżniańskiej. Stąd długi zjazd do Brzegów Górnych. W połowie drogi stajemy przy bacówce. Chcemy kupić owcze sery. Niestety już się skończyły. Obserwujemy jak górale wyrabiają ręcznie ser. Robimy zdjęcia wędzarni od środka. Po chwili niebo się przejaśnia i wychodzi słońce. Piękny błękit poraża nas w oczy. Na jego tle ukazuje się w całej okazałości Połonina Wetlińska. Cóż za widok!. Zjeżdżamy dalej długo w dół.

Po kilku kilometrach napotykamy następną bacówkę. Tu udaje nam się kupić prawdziwy owczy ser prosto z półki z wędzarni. Pogoda nam sprzyja. Długą serpentyną dłubiemy się pod górę. Stąd rozpościera się prawdziwie piękny widok. Siadamy na przerwę i podziwiamy Połoninę Wetlińską i Caryńską. W oddali widać Tarnicę- najwyższy szczyt Bieszczad. Napotykamy tu grupę trzech rowerzystów, którzy podobnie jak i my w tym miejscu postanowili odpocząć i nacieszyć oczy tym krajobrazem. Teraz czekał nas już tylko super długi zjazd. Pod koniec zjeżdżamy na camping w Górnej Wetlince. Tu ceny szok! Za jedną dobę wołają 18 zł plus 5 zł za natrysk. Na campingu w dużej sali odbywało się wesele. Młoda panna pochodzi z Łodzi a chłopak z Bieszczad. Tu się poznali na wakacjach i zakochali. Długo się nie namyślając jedziemy w dół do Wetliny. Szukamy noclegu. Następne pole przy hotelu również zaskakuje nas wysoką ceną, 17 zł to również zbyt dużo za 4m2 ziemi na ok. 10 godzin.  Znajdujemy nocleg przy drewnianym domku wynajętym trzem pracownikom z Sandomierza. Przyjechali tu do pracy. Są elektrykami. Będą kłaść instalację w nowobudowanym hotelu tuż obok. Rozbijamy namiot nad samą rzeczką Górną Solinką, która jest dopływem Wetliny. Krzysiu przed snem oczywiście standardowo klei kolejną dziurę w materacu. Przy miłym dla ucha szumu potoku zasypiamy.

Dzień 10  Wetlina – Tylawa  92,1 km

Poranek jest chłodny i pochmurny. Najważniejsze, że nie pada a do jazdy jest akurat. Z domku wyszedł chłopak cały zziębnięty. Zdziwiony, że nie zmarzliśmy. Ta noc była ponoć bardzo zimna. W naszych śpiworach nie odczuliśmy  niskiej temperatury. I tu trzeba im przyznać ,że się sprawdziły znakomicie. Droga mijała powoli. Chyba z ciśnieniem coś się działo bo razem przechodziliśmy kryzys. W Cisnej zajechaliśmy na pyszny obiadek. Zamówiłam sobie pieczone pierożki ruskie a Krzysiu placek po bieszczadzku. Smakowało znakomicie. Za Cisną robimy przerwę na kawę. Nogi odmawiają . Zrobiliśmy zaledwie 26km. Na szczęście kawa czyni cuda i jedziemy dalej. Dojeżdżając do Komańczy z dala docierają do nas dźwięki muzyki. Jedziemy do centrum. Okazuje się, że właśnie trwa spotkanie zespołów przygranicznych. W mieście festyn. Gra świetny zespół o nazwie Horpyna . Ich muzyką jest nowoczesny rytm  góralski w połączeniu z motywami łemkowskimi. Zaczepiają nas mieszkańcy Komańczy. Pytają skąd przyjechaliśmy i dokąd jedziemy. Budzimy zainteresowanie . Pijemy piwo z beczki i siedzimy na trawie słuchając muzyki. Ludzie krążą wokoło podgryzając pop corn i watę cukrową. Po chwili wytchnienia ruszamy dalej. Po drodze napotykamy na bardzo ładną cerkiew. Oczywiście koniecznie robimy kilka fotek. Podjazdy robią się już znacznie łagodniejsze a to znak, że żegnamy Bieszczady i wjeżdżamy w Beskid Niski. Piękne rozległe tereny. Widokowo bardzo malownicze. Pogoda nam sprzyja. W Wisłoku Wielkim i Daliowej stajemy na krótką chwilę aby móc podziwiać cerkwie, których na naszych terenach po prostu nie ma. Zatrzymujemy się na polu namiotowym w Tylawie. Napotykamy  tu grupę trzech studentów, którzy podróżują stopem z Mazur w Bieszczady. Pytają nas o noclegi w Bieszczadach. Rozbijamy namiot przy dwóch innych namiotach małżeństw z Gliwic. Miejsce bardzo ładne, zlokalizowane nad brzegiem rzeki Panna. Nocleg w cenie 2 zł od osoby i namiotu. Mamy ciepły prysznic i pyszną kolację pod drewnianą wiatą.

Dzień 11 Tylawa  4 km
Budzi nas deszcz, deszcz, deszcz i pochmurne niebo. Wieje silny wiatr, cały dzień pada. Wszyscy wyjeżdżają , zostajemy sami. Przenosimy się do pokoju, który udostępniła nam właścicielka. Pokój za dobę w cenie 10 zł zapewnia dostęp do prądu , więc ładujemy nasz sprzęt ile się da. Wyjeżdżamy tylko po zakupy aby nie paść z głodu . Czekamy na poprawę pogody, w nadziei, że nadejdzie lepsze jutro.

Dzień 12 Tylawa – Uście Gorlickie 63,5 km

Promienie słońce witają nas o poranku. Dzień zapowiada się cudownie. Z radością pakujemy nasze bagaże. Poranna kawa dodatkowo nastraja nas optymizmem. Na niebie błękit i pojedyncze białe chmury. Przyszła gospodyni z adresem zapisanym na kartce. Okazało się, że ma w Zielonej Górze rodzinę i na dodatek mieszka ona niedaleko nas. Po śniadaniu i dokarmieniu dwóch wałęsających się psów ruszamy w drogę. Jazda sprawia nam przyjemność. Piękne widoki i słońce, którego tak bardzo nam brakowało. Od Krempnej jedziemy nową drogą. Właśnie kładą asfalt i jedzie się wyśmienicie ? Skręcamy na Wołowiec. Droga znacznie ulega pogorszeniu. Jedziemy przez łąki wzdłuż rzeki Wisłoki. Po obfitych opadach Wisłok jest wartki i bardzo szeroki. Mamy obawy, gdyż czeka nas przeprawa przez Zawoję, która jest dopływem Wisłoka. Pytamy napotkanych górali wypasających stado 500 owiec, czy jest możliwa przeprawa rowerami przez Zawoję.  Jeden z nich uprzedza nas o wysokiej wodzie sięgającej po pachy a nawet wyżej. Postanawiamy zaryzykować. Po przejechaniu około 1 km dojeżdżamy do miejsca naszej pierwszej przeprawy. Woda zimna i bardzo wartka ale na szczęście sięgająca tylko do kolan. Odpinamy sakwy, zmieniamy adidasy na sandały. Przenosimy najpierw sakwy.Przejście nie nastraja nas optymistycznie. Silny nurt rzeki z ledwością umożliwia utrzymanie się na nogach. Dodatkowo dno jest bardzo kamieniste. Co tu dużo mówić to same kamole, na dodatek śliskie. Na szczęście wszystko się udało. Teraz przejazd przez łąkę do następnej przeprawy. Tu czeka na nas przykra niespodzianka. Góral miał rację. Woda głęboka, dna nie widać , tylko wiry. Idąc przez zarośniętą łąkę i chaszcze po pachy w dół rzeki napotykamy na  w miarę dobrze wyglądające miejsce do przeprawy.

Widać, że woda nie jest zbyt głęboka, gdyż nurt jest wartki i tworzą się fale rozbijające o kamienie znajdujące się tuż pod powierzchnią wody. Jedynym utrudnieniem jest znaczne obniżenie koryta rzeki i urwiste gliniaste brzegi. Szukając dalej ,już po chwili w to miejsce wróciliśmy. Nie było wyjścia zaczęliśmy kolejną przeprawę. Najtrudniejsze było zniesienie rowerów z urwiska i utrzymanie się w wartkim nurcie rzeki. Jak się potem okazało takich przejść w sumie pokonaliśmy 6, z czego trzecie było najbardziej trudne i w najgłębszej wodzie sięgającej do połowy ud. W czasie ostatniej przeprawy na przeciwległym brzegu rzeki stał samochód. Dwoje ludzi z podziwem obserwowało nasz trud i jak sobie radzimy. Okazali się szwajcarami i pewnie nie widzieli jeszcze takiej ekstremy. Dalsza droga była już spokojna. Czekał nas tylko długi podjazd. Krzysiu pokonał go bez trudu, ja wysiadłam w połowie. Robiąc dwie przerwy dotarłam na szczyt. Opłacało się. Ze szczytu rozpościerał się cudny widok na panoramę Beskidu Niskiego.Zrobiliśmy małą przerwę aby nacieszyć nasze oczy. Po chwili zobaczyliśmy rowerzystów wjeżdżających na szczyt tego samego wzniesienia co nasze. Stanęli przy nas aby obejrzeć nasz sprzęt. Zrobiliśmy sobie wspólne fotki. Krzysiek i Gosia, bo tak mieli na imię, przyjechali z Łodzi. Namiot zostawili rozbity w jednym miejscu w lesie. Codziennie organizują wycieczki z powrotem w to samo miejsce. W trakcie rozmowy okazało się ,że jechali dokładnie tą samą trasą co my, pokonując Zawoję w Magurskim Parku. Zastanawiali się właśnie, któż to przed nimi tak utorował drogę wśród chaszczy i zarośli. Teraz mieli okazję się tego dowiedzieć.

Na dodatek okazało się ,że Krzysiek urodził i wychował się w Wymiarkach koło Iłowy Żagańskiej. Coś podobnego! Po prostu nasz ziomal. Obiecałam przesłać mu nasze fotki. Małgosia bardzo chciała przejechać się moim rowerem. Zastanawiała się jak to jest jechać tak obładowanym pojazdem pod górę. Po kilkunastu metrach jazdy stwierdziła, że jest to ciężka jazda  i szybko mi go oddała. Po kilku kilometrach wspólnej jazdy rozstaliśmy się. Oni pojechali do swojego stałego miejsca noclegu a my w nieznane?. Pogoda sprzyja. Świec słońce. Na ładnym trawiastym zboczu robimy sobie mały popas. Obiadek i kawa dodają nam sił. Z Gładyszowa jedziemy już prosto do Uścia Gorlickiego nad jezioro Klimkowskie. Jezioro choć pięknie położone pomiędzy górami nie wzbudza chęci do kąpieli. Woda koloru capuccino skutecznie nas odstrasza. Okazuje się, że ciągłe opady deszczu naniosły wraz z potokami do jeziora tyle piachu. Tafla wody podniosła się o ok. 3 metry ( informacja od tutejszych biwakujących turystów ). Rozbijamy obok nich swój namiot. Ze względu na brak zaplecza sanitarnego ( było tu dzikie pole namiotowe ) całą toaletę wykonuję w naszym namiocie w przedsionku i czym prędzej wchodzę do sypialni. Do późna wieczór z sąsiednich namiotów dobiegają hałasy głośnych rozmów. Na wypoczynku przebywają tu chyba ze trzy rodziny ze Śląska i na dodatek z małymi rozwrzeszczanymi dziećmi. Masakra. Po zjedzeniu kolacji w namiocie czym prędzej wpakowaliśmy się w nasze śpiworki aby wstać jak najszybciej i stąd wyjechać.

Dzień 13 Uście Gorlickie – Piwniczna Zdrój   82,5 km

Wczesnym porankiem nim wszyscy wstali szybko zwinęliśmy nasz namiot. Nad jeziorem unosi się mgła a słońce ostro świeci budząc nas do życia. Tuż za Uściem w pięknym miejscu nad górskim potokiem o krystalicznie czystej i zimnej wodzie jemy nasze śniadanie. Potem poranna toaleta i niezastąpiona kawa z ciasteczkiem. Pogoda taka, jaką można sobie tylko wymarzyć. Tuż za Banicą widoki urzekają swoim pięknem. Nie sposób jest jechać nie zatrzymując się co chwilę aby móc podziwiać krajobraz. Wijące się potoczki, zarośnięte świerkami góry, szum wody i błękit nieba. To wszystko dodaje tylko sił i chęci do życia i jazdy. W południe dojeżdżamy już do Tylicza, miasteczka pod Krynicą. Rynek choć malutki- bardzo zadbany. Tu kefir i bułka. Droga wyraźnie wskazywała na mapie, że będziemy jechać pod górę do samej Krynicy. A tu po drodze niespodzianka. Przed samą Krynicą super zjazd ,który zrekompensował nasz wysiłek. Krynica przywitała nas szumem na ulicach , tłokiem na chodnikach. W parku zdrojowym masa turystów. Pomimo wcześniejszej chęci pozostania w mieście dłużej nasz pobyt ograniczamy do zjedzenia lodów i wypicia soku z marchewki. Czym prędzej opuszczamy Krynicę jadąc do Piwnicznej przez Muszynę piękną doliną Popradu. Przez całą drogę rzeka nam towarzyszy, raz po naszej lewej a raz po prawej stronie. W Piwnicznej po przejechaniu całego miasteczka docieramy do Ośrodka Wczasów Pracowniczych PKP. Pracownik koszący trawnik na terenie ośrodka wskazuje nam miejsce na rozbicie namiotu. Stawiamy go na świeżo skoszonej trawie , na równym podłożu, tuż przy drewnianym domku. Wokół nas rosłną piękne tuje i świerki. Cieszę się z możliwości skorzystania z gorącego natrysku.Oddałam się z temu zajęciu z rozkoszą. Na ośrodku byliśmy jedynymi gośćmi, którzy byli tu z namiotem.


Dzień 14  Piwniczna – Cerveny Klastor 41,5 km

Obudziły nas krople deszczu uderzające o namiot. Z trwogą wyglądam przez uchylone wejście. Na szczęście deszczyk jest tylko przelotny i po chwili  na niebie ukazuje się już słoneczko. Po smacznym śniadaniu i dokonanym  zapłaty za nocleg w wysokości 2o zł wyruszamy w drogę. Trasa pnie się pod górę. Tak stromo jest do samej Przełęczy Obidza. Bardzo wyczerpujące podejście a jazdy niewiele. Podejście miejscami jest tak strome, że samo już wprowadzenie roweru sprawia nie lada problem. Po wejściu na szczyt okazuje się, że trud związany z wysiłkiem nie poszedł na marne. Widok zapiera dech w piersiach. Teraz czeka nas tylko zjazd. Jak się po niedługim czasie okazało nie sam zjazd był przed nami. Droga o bitej nawierzchni kończy się niebawem .Przed nami rozpościera się solidna przeprawa przez błoto i glinę po kostki. Ciężki sprzęt, który pracował  w tych lasach skutecznie rozrył cały szlak. Obfite deszcze dokonały reszty. Decydujemy się na przejazd wzdłuż granicy, a właściwie to już po stronie słowackiej. Okazuje się, że jeszcze wiele wrażeń przed nami. Ze szczytu góry w oddali widoczne są Trzy  Korony, dumnie wznoszące się pomiędzy Pieninami. Przy napotkanej bacówce zmieniam reklamówki na adidasach. Jak na razie była to najlepiej sprawdzona metoda na błocko po kostki. Teraz czeka nas niemalże pionowy zjazd a raczej zejście do doliny. Turyści przyglądają nam się z  lekkim podziwem widząc nasze poczynania. Pewien odcinek był tak stromy, że nawet bez roweru nie sposób było zejść. Z trudem zeszłam bez roweru. Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć jak Krzyś pokonał tę trasę dwukrotnie bo raz ze swoim a raz z moim rowerem. Teraz tylko przejazd przez potoczek w 3 miejscach i za moment jesteśmy już obok wąwozu Homole. Przez Jaworki szybko docieramy do Szczawnicy.

Na szczęście po drodze napotykamy sklep rowerowy. Kupujemy klocki hamulcowe do mojego roweru. Tylnych hamulców właściwie już wcale nie mam. W nagrodę za dzielnie pokonanie trudnego odcinku z Piwnicznej przez Obidzę udajemy się do knajpy na pyszny obiad. Zamawiamy zestaw obiadowy z pysznym pstrągiem po góralsku. Jedząc obserwujemy naprawę wyciągu na Palenicę.Dalej jedziemy w kierunku Dunajca. Flisacy z trudem pokonywali silny nurt rzeki. Po deszczach woda Dunajca była mętna i bardzo wartka. Nurt rzeki powodował spiętrzenie wody na kolejnych zakolach. Jedziemy drogą wzdłuż Dunajca do Cervonego Klasztoru na Słowacji. Widoki zapierają dech w piersiach. Za każdym zakrętem pojawia się zachwycający widok, który  koniecznie zostaje sfotografowany przez Krzysia. Granica ze Słowacją to mała budka ze szlabanem, Dwóch celników sprawdza dowody osobiste. Pod koniec przejazdu naszym oczom ukazuje się zachwycający widok Trzech Koron w świetle zachodzącego słońca. Zdecydowanie od strony słowackiej wyglądają one ciekawiej. Ścieżka niemalże pod samą górą umożliwia przyjrzeniu się szczytom bardzo dokładnie. Ludzie niczym małe mrówki podążali po samym szczycie. Po przejechaniu ok. 300 metrów dalej, wjeżdżamy na pole namiotowe. Tu postanawiamy pozostać na noc. Rozbijamy namiot obok przyczepy małżeństwa z Lublina , które przejeżdża tu na urlop od kilku lat. Marcin i Dorota proponują nam herbatę z cytryną i ptasie mleczko. Potem idziemy na brzeg Dunajca obejrzeć zaśnieżone szczyty Tatr  ( w nocy spadł śnieg w wysokich górach ). Siedzimy z nimi do wieczora przy ognisku. Sympatyczni młodzi ludzie. Przed snem konsekwentnie Krzyś skleja kolejną dziurę w materacu przy świetle latarki.

Dzień 15  Cervony Klastor – Zakopane  70 km

Obudziliśmy się o 5.20. Na polu panował jeszcze całkowity spokój, wszyscy głęboko spali. Z uwagi , że jak co noc wciąż budziliśmy się  na twardej ziemi, postanowiliśmy zbierać się do wyjazdu przerywając jednocześnie tą mordęgę. Poranek  zimny i mglisty. Gorąca herbata trochę nas rozgrzewa, jednak i tak ubieramy na siebie wszystkie cieplejsze rzeczy jakie mamy ze sobą. Nieprzyjemny chłód muska nasze twarze. Kaptury zaciągamy na czapki i teraz dopiero możemy ? chwycić rytm? jazdy. Nie zdążyliśmy się pożegnać  z Marcinem i Dorotą . Pozostawiona przez nas wiadomość z podziękowaniem za herbatkę i podaniem naszego adresu meilowego mam nadzieję, że wyjaśni wszystko. Po 7 rano przekraczamy granicę słowacko-polską. Pasażerowie z autobusu jadącego do Słowacji ze zdziwieniem się nam przyglądają. Mgła ogranicza widoczność aby zobaczyć w pełni zalew Czorsztyński. Wielkość tego co widzieliśmy i tak robi wrażenie. O 8 godzinie dojeżdżamy do zamku w Niedzicy. Niestety o tak wczesnej porze wszystko jest jeszcze zamknięte. Pierwsi sprzedawcy z wolna  przygotowują swoje stragany. Zwiedzamy dziedziniec zamku a następnie udajemy się na tamę. W tym miejscu roztacza się piękny widok na zamek w całej okazałości. Unosząca się mgiełka dodawała temu miejscu tajemniczości. Pogoda poprawia się z minuty na minutę. W  niedługim czasie jedziemy już przebrani w krótki rękawek. Na wysokości Łapsze Niżne roztoczyła się przed nami piękna panorama Tatr. Szczyty pokryte śniegiem w blasku słońca połyskiwały. Widok zachwycający. Rozpogadza się na dobre. Poranne słońce cudnie przygrzewa. Robimy postój na skraju lasu aby napić się kawy i zjeść śniadanie. Podjeżdżają do nas dwaj rowerzyści z Gliwic. Zaciekawieni ile nasze rowery ważą pytają czy mogą je podnieść. Pytają również –  jak jeździ się z takim obciążeniem? Korzystamy z ich mapy, gdyż nasza już nie obejmuje terenu na który wjeżdżamy. Przed nami rozpościerały się liczne długie podjazdy. Wioska Łapszanka, Bukowina Tatrzańska i Murzasihle należały do najdłuższych podjazdów na naszej całej trasie. Na koniec wyprawy czeka nas już piękny długi zjazd do samego Zakopanego , skąd prosto udajemy się na PKP do Krakowa i do domu.

Lato 2005r

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.