W poszukiwaniu Rumcajsa i Hanki…

Wyjeżdżamy samochodem z Zielonej Góry o 8.00 rano. Po drodze spotykamy w umówionym miejscu znajomych, którzy będą nam towarzyszyć przez kolejne 3 dni w podróży do Pragi.

Mapa wyprawy

Dzień 1 : Bukowiec – Kowary – Svoboda nad Upou – Mlade Buky – Peklo (biwak)  45,8 km
Wyjeżdżamy samochodem z Zielonej Góry o 8.00 rano. Po drodze spotykamy w umówionym miejscu znajomych, którzy będą nam towarzyszyć przez kolejne 3 dni w podróży do Pragi. Samochody zostawiamy w przydrożnej smażalni ryb Flipper  za Bukowcem  pod Kowarami. Upał. Żar się leje z nieba. Tuż za Kowarami droga zaczyna ostro piąć się pod górę. Nasze rowery w pełni obciążone, ciężko wdrapują się metr za metrem w górę. Widoki stają się coraz bardziej ciekawsze. Robimy przerwę przy zimnym źródełku. Zimna woda wypływająca wprost ze skały koi nasze zmęczenie. Jak widać jest to miejsce często odwiedzane przez przejeżdżających rowerzystów i nie tylko. Co chwilę podjeżdża kolejny cyklista zaczerpnąć tu orzeźwienia. Jedziemy dalej. Góry zachwycają nas swoim urokiem. Za każdym zakrętem nowy widok na Karkonosze. Strasznie doskwierają nam muchy. Ogromne chmary tych upierdliwych owadów krąży nad każdym z nas, nie pozwalając się nam zatrzymać. Docieramy na szczyt przełęczy Okraj gdzie znajduje się przejście graniczne z Czechami. Czeski celnik ze zdziwieniem patrzy na nas gdy dowiaduje się, że rowerami chcemy dojechać do Pragi.  Właściwie odtąd zaczyna się nasza przygoda. Pierwsze zakupu w przygranicznym sklepiku a potem już tylko dłuuugi zjazd aż do krzyżówki. Skręcamy w lewo. W Horni Marsov  malutka przerwa na lody. Do autocampu pod nazwą Peklo docieramy pod wieczór. Wstępujemy do baru na piwo. Czesi oglądają mecz w tv sącząc piwo. Jedna osoba kąpie się w stawie. Niestety nie jest to woda najlepszej czystości. W tym miejscu zauważam, że mam pękniętą gumę w tylnim kole. Pod wysokimi świerkami rozbijamy namioty. Gdy ja walczę z namiotem Krzyś dzielnie zmienia dętkę w moim rowerze. Wieczorem po smacznej kolacji gramy w makao w namiocie. Odgłos spadających kropli deszczu na namiocie nie wróży dobrej pogody. Gdy już się na dobre rozpadało idziemy spać.

Dzień 2: Peklo – Vicice – Nemojov – Bila Tremesna – Miletin – Horice – Basnice -Psanky  Skrivany   68,1 km

W nocy deszcz i burza. Nad ranem odgłos czegoś ciężkiego spadającego z drzewa budzi mnie i Krzysia. Na zegarku  godz.7.30. Na szczycie namiotu zobaczyłam cień czegoś podobnego do ogromnego pająka , czyżby jakiś mutant? Nie wiem co to było ale zrobiło na mnie wrażenie. Tym bardziej, że przeżyło upadek i na dodatek ześlizgując się po namiocie dalej sobie gdzieś poszło. BRrrrrrr ale wstrętne. Śniadanie przy pochmurnej pogodzie jemy na trawie. O 9.30 wyjeżdżamy. Niebo się rozpogadza , robi się upalnie. Przed nami podjazd pod Lyse Vrchy pod miejscowością Koclerov. Łapię kolejną dziurę w dętce. Zemsta Chińczyków. Upał. Wokół rozciągają się piękne widoki. Krzyś wymienia kolejną u mnie dętkę. Ja robię kawę i jemy wafelki. Gdy wsiadamy na rowery czeka nas solidny podjazd. W miejscowości Nemojov przejeżdżamy przez piękną zabytkową tamę. Pod Dehtovską Horką za miejscowością Bila Tremesna  robimy postój. Piękny cienisty las. Zatrzymujemy się przy źródełku. Jest cudnie. Pachnie las. Niedaleko potem znów kolejna guma. Wiemy już, że w Horicach musimy szukać serwisu lub sklepu rowerowego. Zastanawiamy się co może być przyczyną pękania dętek. Bierzemy pod uwagę wszystko tj oponę, dętkę i obręcz. W Horicach pytam kelnera z przydrożnej restauracji gdzie kupię dętkę. Dogadujemy się w 3 językach : polski, czeski i niemiecki. Sklep znajduje się w odległości ok. 200 metrów gdzie stoimy. Krzyś pompuje na full moją dętkę i jedziemy dalej. Niestety sobota po południu i na otwarcie sklepu trzeba czekać do poniedziałku. Jedziemy do marketu Penny. Mamy nadzieję, że coś tam uda się kupić. Niestety kończy się wszystko na nadziei, kefirze i brzoskwiniach. Postanawiamy jechać za miasto aby poszukać noclegu i pomyśleć co robić dalej.  Znajdujemy stawy rybne za miejscowością Dobra Voda. Właściciel pozwala nam rozbić namioty, jednak nie bardzo nam się tutaj podoba.

Nie dość, że woda w stawie brudna to jeszcze trzeba byłoby sobie miejsce pod rozstawienie namiotów wykosić. Dostaliśmy nawet kosę od właściciela aby  miejsce przygotować. Żar leje się z nieba a tu nawet odrobiny cienia nie ma. Krzyś po raz ostatni zmienia dętkę w moim rowerze. Tym razem zakłada już dętkę łataną. Jadę na próbny przejazd. Na razie  jest wszystko ok. Postanawiamy ruszyć dalej zostawiając to nieciekawe miejsce daleko za nami. Na mapie znajduję leśniczówkę w środku lasu za miejscowością Podoliby, tuż przy samej drodze. Postanawiamy tam zajechać na nocleg. Przed samym naszym zatrzymaniem okazuje się, że znów mam gumę. Chcąc nie chcąc zatrzymujemy się przy leśniczówce, która okazuje się starym opuszczonym pięknym domem. Zamiast okien pozabijane deski. Wewnątrz ponuro i przytłaczająco. Koleżanka Gosia absolutnie nie chce tu zostać. Wyczuwa tu złe duchy. I chyba ma trochę racji, bo nawet zamek w sakwach psuje się bez naszego udziału. Robimy postój przy 600 letnim dębie. Krzyś wymienia dętkę na nową, którą odstępuje nam Tomek. Zachodzi słońce gdy odjeżdżamy z tego miejsca. Nie ujeżdżamy kilku kilometrów jak napotykamy staw rybny pod miejscowością Skrivany przy potoku Cidlina. Wokół  wody pas ładnej trawy. Postanawiamy tu zostać na nocleg.

Dzień 3: Skrivany – Novy Bydzov – Nepolisy – Chlumec – Zizelice – Chotovice – Opolany – Podebrady – Radim – Bylany – Cesky Brod – Prisimasy – Dubec – Praha Camping Sokol Dolni Pocernice   106,2 km
Żaby koncertowały całą noc. Bardzo lubię ich rechot, jednak w odległości 2 metrów od głowy przez całą noc to można zwariować. Nie mogliśmy spać. O 4.00  postanawiam wstać i zacząć się szykować powoli do drogi. Okazuje się, że i nasi znajomi już nie śpią. Pewnie i im żaby dały nieźle w kość tej nocy. Staw nad ranem cichnie. Nad wodą unosi się mgła. Ptaki budzą się do życia, pięknie śpiewają. Powoli wschodzi słońce. Od wody pachnie miętą. Woda w stawie ciepła, aż żal, że nie można tu popływać. Słychać kukułkę. Po śniadaniu o 6.00 ruszamy do drogi. Pod Podebradami stajemy nad malutkim stawem w cieniu na soczystej trawie. Pijemy kawę. W Podebradach na rynku jemy obiad. Obserwujemy ludzi. Jest to miejscowość uzdrowiskowa. Odbywa się jakiś festyn. Dziewczynki w ładnych strojach przechadzają się tuż obok nas. Po południu dojeżdżamy do kempingu w Ceskim Brodzie. Znajduje się on nad stawem rybnym. Prawdę mówiąc to trochę żal mi czechów a to dlatego, że oni nawet nie mają gdzie popływać, ani jeziora czystego  ani morza. Teraz wiem, że czasem trzeba wyjechać z Polski aby docenić w jak pięknym kraju mieszkamy. Na kempingu korzystamy z natrysku, robimy pranie i jemy jakieś kanapki. Krzysiu przysypia na kocu w cieniu. Podejmujemy decyzję że jeszcze dzisiaj dojedziemy do Pragi. Po drodze zatrzymujemy się przy drzewach czereśniowych, które w Czechach często właśnie rosną wzdłuż dróg. Opychamy się nimi do syta. Na kempingu Sokol w Pradze w Dolnych Pocernicach jesteśmy ok. 20.00. Siadamy przy zimnym piwku w knajpce na kempingu. Okazuje się, że wynajęcie domku na jedną noc kosztuje dokładnie tyle samo co postawienie namiotu. Decydujemy się na domek. Jest to jedyny płatny i to słono płatny ( 600 koron) nocleg podczas naszego całego pobytu.

Dzień 4: Praha Dolni Pocernice – Kyje – Praha Centrum Stare Mesto – Kyje – Praha Cerny Most – Praha Satalice    42km

Noc gorąca, śpimy przy otwartych drzwiach domku. Od rana upał. Robimy pranie, śniadanie, parzymy kawę. Sprawdzamy mapę. Do samego centrum Pragi prowadzić nas będzie ścieżka rowerowa. Niestety w pewnym miejscu musimy znosić rowery po schodach aby pokonać tunel kolejowy a w drugim miejscu znowu znosić po schodach podczas przekraczania autostrady. Trzeba przyznać, że nie do końca pomyślano o rowerzystach przy wytyczaniu ścieżki. Następnie trafia nam się straszliwy podjazd a właściwie podejście pod górę  pomiędzy działkami ogrodniczymi. Z trudem wdłubujemy się z naszym ekwipunkiem. Ale cóż za widok z góry! Upał jest taki, że stanie w miejscu na słońcu jest nie do wytrzymania. Wjeżdżamy na jedną z główniejszych ulic miasta. W tym właśnie miejscu gubimy szlak rowerowy. Pytamy napotkanego studenta o drogę. Okazuje się, że jest Polakiem mieszkającym w Czechach. Jedziemy dalej wciąż główną drogą. Zatrzymujemy się na pyszne gotowe kanapki ze sklepu i na kefirowe mleko (czyt. kefir). Do centrum dojeżdżamy dokładnie tą właśnie główną drogą. Zajeżdżamy na dworzec zorientować się o której godzinie nasi znajomi mają pociąg powrotny do Polski. Kupują bilety. Jedziemy na objazd Pragi. Podziwiamy piękne zabytki, wstępujemy na lody z polewą czekoladową i wiórkami kokosowymi. Paluchy lizać. Znajomi nas opuszczają. Dalszą drogę pokonujemy już sami. Zajeżdżamy do serwisu rowerowego w nadziei, że kupimy dusze kola (czyt. dętkę rowerową). Niestety to tylko wypożyczalnia rowerów. Wyjeżdżamy za miasto ścieżką rowerową. Prowadzi ona przez bardzo długi i rewelacyjnie chłodny tunel a potem przez park. W samym parku pokonujemy duże wzniesienie, ale cóż za widoki. Siadamy na ławce aby zjeść pączka i odpocząć. Niedaleko dalej w parku gdzieś za przejściem nad drogą szybkiego ruchu gubimy ścieżkę rowerową. Zjeżdżając z dużego i długiego wzniesienia wyjeżdżamy z parku w zupełnie innym miejscu niż przewidywaliśmy. Trudno nam się połapać na początku, skoro sami Czesi nie bardzo potrafią nam pokazać na mapie gdzie jesteśmy. Po zapytaniu kilku osób w końcu trafiamy na odpowiedniego człowieka zorientowanego w terenie. Wjeżdżamy  na ścieżkę.  Jedziemy  w kierunku Pragi Cerny Most. Na słupach  zauważam reklamę sklepu sportowego w centrum handlowym. Z uwagi na brak zapasowej dętki jedziemy po jej zakup. Spotykamy starszego rowerzystę. Podziwia nasz wyjazd. Widać, że bardzo mu się podoba i też chciałby tak jechać. Mamy szczęście, Krzyś kupuje jedyną dusze kola w rozmiarze 28. Pomimo, że słońce coraz niżej upał i tak nie pozwala stać w miejscu. Jadać na rowerze nawet przy niewielkiej prędkości odczuwa się przyjemny chłód. Od zachodu widać jak powoli zaczynają zbierać się chmury. Dość niepokojący widok z uwagi na jeszcze dość długi kawałek zaplanowanej drogi do miejsca noclegu. Parno i duszno. Wyjeżdżamy na obrzeża Pragi. Dzielnica Satalice. Z wyglądu przypomina maleńkie miasteczko z domkami jednorodzinnymi, małym sklepem i barem ze stolikiem na zewnątrz. Postanawiamy stanąć i ochłodzić się zimnym lekkim piwkiem. Dalsza droga przebiegać ma bitymi nie uczęszczanymi drogami, dlatego decydujemy się na to piwo. Przy barze wesoły Czech. Okazuje się fajnym i wesołym facetem. Rozmawiamy o wszystkim, śmiejemy się. Ma na imię Milan i ma tyle samo lat co my. Opowiada o swoim  hobby. To motocykle. Milan ma motocykl Ducati. Taka śliczna czerwona sportowa maszyna. Pokazuje nam cały album zdjęć ze zlotów motocyklistów. Słucha muzyki podobnej do naszej. Jest potworny zaduch, upał i parno strasznie. Chmury ciężkie zbierają się na deszcz. Raptem zrywa się zawierucha i potworny wiatr. Zaczyna lać. Chowamy rowery do środka baru. Robi się ciemno. Szok!! Grad wielkości kostek lodowych wali z nieba. Prawdę mówiąc to nie wiem gdzie moglibyśmy się schronić gdyby nie ten bar Ducati. Milan ratuje nam skórę. Jest taka ulewa, że nawet po kablach woda z anteny wewnątrz pomieszczenia leje się na głowę. Ale u nas jest wesoło. Milan częstuje nas Jegger Meister  (ziołowy alkohol). Ja wyciągam Vajecny Liker  (czyt. ajerkoniak). Zostało mi jeszcze pół butelki. Potem Milan częstuje nas Absyntem. Pierwszy raz próbuję ten trunek. Jest bardzo dobry. W barze jest nas kilkoro: my, Milan, jego tato i dwóch Czechów z czego jeden wygląda jak Rumcajs. Milan wciąż coś nam nalewa do kieliszków. Potem kolejkę stawia jego tato. Robi się coraz weselej. Oglądamy na dvd koncert jakiegoś czeskiego rockowego zespołu. Na dworze leje i wali grad. Milan załatwia telefonicznie dla nas nocleg na stadionie sportowym. Pijemy pyszną kawę z likierem w maleńkich filiżankach. Przychodzi  kolejny czech – Pavel z żoną. Wszyscy są w znakomitych humorach. Śpiewamy. Gdy przestaje lać, późną nocą razem z Milanem idziemy na stadion. Miejsce naszego dzisiejszego noclegu. Właściwie to nie pamiętam jak doszliśmy . Milan solidnie się do tego przyczynił. Szukając miejsca na rozstawienie namiotu brodzimy po kostki po wielkich kałużach. W końcu udaje nam się znaleźć miejsce. Milan odjechał z Pavlem. Zostaliśmy sami w środku ciemnej nocy. Jakimś cudem po ciemku rozkładamy namiot i od razu zasypiamy.

Dzień 5: Praha Satalice – Praha Horni Pocernice – Zelenec – Celakowice – Prerov nad Labem – Kostomlalky – Nymburk – Bobnice – Krinec – Vicina Lhota – Rozdalovice – Młyn Bucice    88,4 km

Budzi nas piękne słonko. Jest 6.20. Powoli szykujemy się do wyjazdu Robimy śniadanie. O 7 przychodzą pracownicy ośrodka sportowego. Co jakiś czas jakiś ciekawski człowieczek niby to przez przypadek przechodzi aby nas zobaczyć. Powołujemy się na Milana i wszystko jasne. W  budynku  na stadionie, w szatni dla zawodników bierzemy ciepły natrysk. Drobne pranko i ruszamy w drogę. O 8 zajeżdżamy do Milana aby się z nim pożegnać i podziękować za wszystko. Pijemy w barze poranną kawę. Poznajemy Simona (murzyn z Kongo), który mieszka tuz obok. Pierwszy raz widzę murzyna mówiącego po czesku. W końcu udaje nam się wyruszyć do drogi. Na do widzenia Milan wciska nam do ręki butelkę Vajecnego Likieru. W związku z tym, że wczoraj nie dojechaliśmy na miejsce planowanego noclegu dziś zmieniamy lekko trasę. Jedziemy od razu do Zelenca. Po drodze w serwisie rowerowym kupujemy jeszcze jedną na wszelki wypadek dętkę. Gubimy ścieżkę rowerową. Nasza droga kończy się w ślepej uliczce końcu której znajduje się bramka prowadząca na teren jakiegoś zakładu. Musimy wracać.  W Zelencu znów zjeżdżamy z drogi rowerowej. Ścieżki w Czechach często w konfrontacji mapy z terenem jakoś nie zgrywają się do końca prawidłowo. W końcu dojeżdżamy do Celakovic. W sklepie robimy małe zakupy na drugie śniadanko. Niestety nie ma kefirovego mleka (czyt. kefiru) więc kupujemy  kusely pomasly (czyli maślankę) a do tego bułka. Dalsza droga wije się wzdłuż Łaby. Jest to zazwyczaj droga polna. Czasem tak wąska, że tylko opona mieści się na ubitej ziemi wśród trawy. Widzimy Czechów, którzy kąpią się w rzece. Zajeżdżamy na kemping U Vody niedaleko miejscowości Ostra. Nad stawem rybnym, gdzie woda też nie jest najczystsza ustawiono chyba z 200 przyczep. Zaledwie wjechaliśmy aby odpocząć nad wodą w cieniu, pojawia się gruba czeszka. Natychmiast karze nam opuścić teren kempingu. Dziwne zachowanie, ale cóż, co kraj to obyczaj. Nie dość, że biedni czesi nie mają gdzie popływać w czystej wodzie to na dodatek jak już mają nie najczystszy staw to nie wpuszczą nikogo z zewnątrz. Nie ma to jak nasze jeziora na ziemi lubuskiej. Woda kryształ i jezior do koloru i wyboru. Czasem trzeba wyjechać aby docenić to co mamy w zasięgu ręki. Prawdę powiedział jeden z naszych pisarzy „cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”.  Droga wciąż wije się wzdłuż brzegu Łaby. Przed Nymburkiem na wysokości miejscowości  Kostomlalky napotykamy rowerzystę. Okazuje się, że jego mama jest Polką. Rozmawiamy w większej części w języku polskim niż czeskim. Peter opowiada jak był w Polsce i zachwala nasze wędliny i jedzenie. Miło słyszeć jak obcokrajowiec tak miło wyraża się o Polsce i naszej gościnności. Sympatyczny 26 latek koniecznie nas namawia na kąpiel w pobliskim  turkusowym jeziorku. Po rozstaniu z nim jedziemy nad wodę. Woda  idealnie czysta i turkusowa. Jest to zbiornik powyrobiskowy. Prawdopodobnie jest to miejsce po wybraniu kredy. Z reguły wszędzie tam, gdzie znajdowały się złoża kredy woda w takich stawach ma właśnie kolor turkusowy. Jest cudnie ciepła. Pływamy i opalamy się na plaży. Ludzi jak na lekarstwo. Dwie młode Czeszki w strojach topless i kilku młodych Czechów. Aż dziwne, że nad wodą, która jest naprawdę czysta nie ma ludzi. Na obiad jedziemy do knajpy w centrum Nymburka. Mamy korony, nie płacimy za noclegi więc postanawiamy po prostu jeść obiady w restauracjach (gdzieś trzeba wydać kasę, tak sobie tłumaczymy ). Pierwszy raz mam okazję spróbować jak smakuje sztuka mięsa z bitą śmietaną a na wierzchu owoce. Dość dziwne połączenie. Z początku wygląda jak deser a pod kożuszkiem z bitem śmietany odkrywa się w pełni danie obiadowe. Warunek jeden to bita śmietana bez cukru. Przy wyjeździe z Nymburka standardowo gubimy ścieżkę rowerową. Pytamy o drogę chłopaków sprzedających truskawki na wyjeździe z miasta. Okazuje się, że są Polakami z Kudowy Zdrój. W ten sposób zarabiają na wakacje. Truskawki w Czechach kosztują 2 razy drożej niż w Polsce stąd ten pomysł  na  ich sprzedaż właśnie tutaj.  Częstują nas truskawkami lecz kierunku drogi nie wskazują bo sami nie wiedzą. Okazuje się, że musimy się cofnąć gdyż jedziemy nie w tym kierunku co trzeba. Patrząc na mapę powoli zaczynam zastanawiać się nad miejscem na nocleg. Za Krincem przed Podluzanami skręcamy w prawo. Na mapie w niedużej odległości zaznaczona jest leśniczówka w lesie. Jedziemy zobaczyć. Na miejscu okazuje się, że żadnego budynku w środku lasu nie ma. Dziewczyna na stacji kolejowej informuje nas, że nic nie wie na temat leśniczówki. Czeski film. No cóż, nasze mapy pod tym względem są jednak bardziej szczegółowe. Pytam w dwóch domach o nocleg. Niestety wioska Vinicna Lhota nie jest nam gościnna. Jedziemy do miejscowości Rozdalovice. Na środku wioski obok baru kupujemy z dystrybutora pyszną wodę. Świetne urządzenie. Za kilka koron można kupić z automatu wodę zimną źródlaną, prosto z ziemi. Na dodatek jest opcja wody gazowanej. Pierwszy raz woda tak bardzo nam smakuje. Krzyś tankuje wodę a ja sprawdzam mapę. Znajduję na niej jakiś młyn Bucice nad stawem rybnym. Postanawiamy aby tam udać się na nocleg. Młyn okazuje się być bardzo ładnym i zadbanym pensjonatem. Za pozwoleniem właściciela rozbijamy się na świeżo skoszonej łące pod lasem. Dobre miejsce.  Spokój i cisza. O 21.00  idziemy spać.

Dzień 6: Mlyn Bucice – Rozdalovice – Psinice – Stare Hrady – Strevac – Bukvice – Velis – Stare Misto – Jicin – Holin – Prachov – Ujezd pod troskami – Camping Svitacka pod Troskovicami      52,1 km

Budzi nas śpiew ptaków. Noc była bardzo cicha i spokojna. W powietrzu unosi się zapach koszonej trawy. Aż miło w tym miejscu zjeść śniadanie. Wracamy do Rozdalovic po wodę. Niestety automat będzie czynny dopiero od godz.12. Robimy zakupy w sklepie. Przed drogą jeszcze kefirek i uzupełniamy zapas wody. Kierujemy się na Jicin. Piękna pogoda. Słonecznie i upalnie. Przed Jicinem trochę zbaczamy z trasy. Wyjeżdżamy w Starym Miscie zamiast od razu w Jicinie. W toalecie w przydrożnej restauracji kompleksowe mycie z myciem głowy włącznie. Jedziemy na obiad do Jicina. Miasteczko niewielkie. Rynek, kilka uliczek z kamieniczkami. Sporo turystów. W centrum rynku siadamy przy stoliku restauracyjnym. Zamawiamy tradycyjne czeskie knedliki. Obiad jest pyszny. Zwiedzając miasteczko napotykamy na polską wycieczkę młodzieży ze Zgorzelca. Idziemy zjeść tocena zmrzlina  ( czyt. lody włoskie). Rozglądamy się za Rumcajsem ale niestety nie możemy go znaleźć.  Za Jicinem stromy podjazd i coraz piękniejsze widoki. Potem długi bardzo przyjemny zjazd aż do miejscowości Ujezd. Zbiera się na burzę. Na niebie w oddali kłębią się coraz ciemniejsze chmury. Nad nami jeszcze zachodzące słońce. Stajemy napić się zimnego piwa w Ujeździe. Stąd już w obawie o nagłą burzę kierujemy się jak najszybciej na najbliższy camping. Po drodze wciąż towarzyszy nam piękna góra ze skałą na szczycie i jakąś dziwną budowlą tzw. Trosky. Docieramy na camping Svitacka przed wsią Troskovice. Rozbijamy  stan (czyli po czesku  namiot). Niema obsługi  kempa. Nasz namiot ustawiamy niedaleko namiotów młodzieży. Zdążamy przed deszczem. Ciepły deszcz wyraźnie schładza gorący zaduch na dworze. Robi się bardzo przyjemnie i rześko. W końcu jest czym oddychać. Camping położony jest w pięknym miejscu. Soczysta trawa i stare dęby wokoło. Długo nie możemy zasnąć. Młodzież drze się w niebogłosy i rozrabia. Dopiero po 23 zasypiają pod wiatą, bezpośrednio na zewnątrz.

Dzień 7: Kemp Svitacka  Troskovice – Ujezd pod troskami – Rovensko pod Troskami – Zernov – Zlabek – Tatobity – Kozakov – Komarov – Smrci – Zelezny Brod – Jirkov – Navarov – Stanovy – Vysokie nad Jizerou – Rejdice – Jizerka – Korenov    68,7 km

Pobudka o 6.20. Gdy opuszczamy camping o 7.20 nadal nie ma obsługi na polu więc nocleg jest dla nas darmowy. Po bardzo przyjemnym zjeździe wśród pięknego  górskiego lasu zatrzymujemy się na kawę przy miejscu do odpoczynku. Jest cudny poranek. Świeci słońce. Cały las pachnie. Siedzimy wśród buków. Pijemy kawę i podziwiamy to miejsce. W Rovensku robimy zakupy. Mamy ochotę na jakąś puszkę mięsną. Kupuję  gotowe pakowane sałatki i świeże pieczywo. W następnej wiosce przed zamkniętym sklepem z potravinami (czyt. artykułami spożywczymi) siadamy przy stoliku do uczty. Duże drzewa dają nam przyjemny cień. Cisza i spokój. Apetyty nam dopisują. Z tego wszystkiego zjeżdżamy z trasy. Nagrodą jest długa aleja obsadzona po dwóch stronach pysznymi czereśniami. Owoce dojrzałe i soczyste. Bardzo nam smakują. Po dość mozolnym wjeździe wyjeżdżamy z drugiej strony miejscowości. Na szczęście szybko orientujemy się w terenie i w chwilę potem jesteśmy znowu na wytyczonej trasie. Do samego Komarova mamy już tylko bardzo ostro pod górkę. Coś za coś. Rekompensatą za litry potu są piękne widoki wokoło. W Bacov robimy przerwę w barze na piwo. Siedzimy pod parasolką na dworze patrząc na piękną panoramę gór. Trasa, którą właśnie jechaliśmy jest okupowana przez rowerzystów. Co chwilę pojawia się na niej jeden lub kilku pod rząd rowerzystów. Na nodze odkrywam, że właśnie wkłuł się we mnie mały kleszcz. Umiejętnie go usuwam. Do Zeleznego Brodu mamy już tylko cały czas z górki. Zjazd jest długi i dość ostry. Widoki super. W mieście idziemy na obiad. Standardowo jemy knedliki i kufel piwa. Czeka nas długi i mozolny podjazd pod Hrubą Horkę, potem miejscowość Jirkov, super długi zjazd i znowu podjazd, stromy podjazd pod Navarov i  wioskę Stanowy. Po dojechaniu do głównej drogi niestety w większości droga wiodła wciąż lekko pod górkę. W Tesarov zajeżdżamy do restauracji na lody. Wiemy, że pole biwakowe które jest zaznaczone na mapie jest już bardzo blisko. Stąd czeka nas tylko zjazd do Korenov i szukanie pola. Niestety, jak się okazuje żadnego pola biwakowego tam nie ma. Próbuję pukać do domów, ale nikogo w nich też nie ma. Mam nadzieję, że będzie możliwość rozbić się u kogoś przy domu. W miejscu gdzie powinno znajdować się pole stoi stary zamknięty pensjonat przy stacji kolejowej. Trawa po pas. Obok zawalony dom. Krajobraz dość mroczny i nieprzyjazny. Niestety po kilku próbach pukania do domów zostaje na tym, że rozbijamy namiot właśnie obok opuszczonego pensjonatu. Nie jest to najszczęśliwsze miejsce, ale cóż lepszy rydz niż nic. Obok pensjonatu znajdowała się maleńka opuszczona działka ogrodnicza, na której stała wanna metalowa. Na szczęście wczoraj w nocy padał deszcz i w wanience nazbierała się czysta deszczówka. To dzięki niej mogłam iść spać czysta i umyta. Długo nie mogłam zasnąć w tym miejscu. Krzyś smacznie spał a ja wciąż słyszałam jakieś stuki z zabitego dechami budynku.

Dzień 8:   Korenov – Harrachov – Jakuszyce – Szklarska Poręba – Stara Kamienica – Barcików – Maciejowiec – Nielestno – Wleń – Modrzewie  61,7 km

Obudziliśmy się o 7.20. Postanawiam na śniadanie zrobić kanapki z konserwą z wczorajszych zakupów. Puszka z napisem  „Rajcovy pretlok” zdumiała nas swoją zawartością. Po jej otworzeniu okazuje się, że zamiast mięsnej zawartości wewnątrz znajduje się przecier pomidorowy. I tyle mamy z naszej konserwy. Stanęło na zupce chińskiej z dodatkiem tego koncentratu. Śmiechu było co niemiara. Po śniadaniu i porannej toalecie wyjeżdżamy. Od rana upał. Do Harrachova jedziemy praktycznie z górki. W miasteczku robimy ostatnie zakupy do Polski. Do domu kupuję pakowane próżniowo knedliki, vajecny liker. Po przekroczeniu granicy w Jakuszycach praktycznie do samej Szklarskiej jedziemy z szaleńczą prędkością z górki. Jak zwykle w Szklarskiej zaplanowaliśmy napić się koktajlu w kawiarni Małgosia. Niestety kawiarnia zamknięta ale obok w następnej knajpie trafiamy na równie dobry. Postanawiamy zajechać do gospoda Rock&Roll na obiad. Będąc zimą na nartach w Szklarskiej w tej knajpie zaszliśmy na obiad i od tej pory wiemy, że można tu zjeść i tanio i bardzo smacznie.  Właściciele ( Marek i Patrycja) okazują się bardzo sympatycznymi ludźmi. Rozmawiamy o naszej wyprawie, winobraniu. Mam nadzieję, że skorzystają z naszego zaproszenia i przyjadą do nas na to święto wina. Porcja obiadowa jaką nam serwują jest tak ogromna, że nie sposób jest wszystko zjeść. Stamtąd nie pedałując dojeżdżamy do parkingu przy wodospadzie Szklarki. Z myślą o naszym synu kupiliśmy do domu oscypki. Dalsza droga wciąż zmieniała nachylenie. Raz pod górkę a raz z górki. Najgorszym odcinkiem okazuje się szlak rowerowy, który nie był w żaden sposób do przejechania, same wyboje i przy tym bardzo duże nachylenie pod górkę. Czasem zastanawiam się, któż to taki mądry wytycza te szlaki. Z pewnością  nie jest to rowerzysta. Na rynku we Wleniu jemy lody. Obserwujemy jak miasto przygotowuje się do Międzynarodowego turnieju drwali. Do Modrzewia zajeżdżamy wcześnie bo ok. 18.30. Właśnie w tym miejscu spędziliśmy tego roku święta wielkanocne. Korzystaliśmy wtedy z noclegu w gospodarstwie agroturystycznym Modrzewie  7. Mamy miłe wspomnienia z tego pobytu i właśnie tu postanowiliśmy zajechać po raz kolejny. Z uwagi, że gospodarzy nie ma w domu robimy sobie kolację na trawie pod przydrożną gruszą. Za godzinę pojawiają się właściciele. Jak zwykle bardzo gościnni. Wspólnie pijemy piwo. Zostajemy poczęstowani kolacją. Do późna rozmawiamy i jest bardzo miło. Okazuje się, że Czarek też jest motocyklistą. Opowiadamy o poznanym Czechu Milanie i o całej podróży. Wieczór  mija nam bardzo przyjemnie. Motocykliści to bardzo sympatyczni ludzie.

Dzień 9: Modrzewie – Wleń – Nielestno – Czernica – Płoszczynka – Jeżów Sudecki – Jelenia Góra – Bukowiec    43,0 km
Obudziło nas słońce. Już od rana mocno przygrzewało. Było po 7, więc powoli zaczęliśmy szykować się do drogi. Poranna toaleta i śniadanko uwieńczone pyszną kawą. Żegnamy się z Czarkiem. Dzień jest bardzo upalny. Z dużym wysiłkiem podjeżdżamy do wsi Płoszczynka. Nie dziwi nas fakt, że własnie tu znajduje się punkt widokowy. Potem już cały czas lekko w dół. Postanawiamy odwiedzić po drodze naszą koleżankę Helenkę, która mieszka a raczej mieszkała 21 lat temu w Jeżowie Sudeckim. Odnajdujemy jej dom. Nie widzieliśmy się przez te wszystkie lata. Helenka doznaje konsternacji gdy w końcu się demaskujemy. Niestety czas ludzi zmienia i trudno było jej skojarzyć na początku z kim rozmawia. Wspominaliśmy przy kawie różne wspólnie przeżyte historie. Droga od Jeleniej Góry prowadzi piękną ścieżką rowerową aż do samego Bukowca.W godzinach popołudniowych jesteśmy przy smażalni ryb Flipper. Serwujemy sobie na koniec pyszny obiad ze smażonym świeżym pstrągiem. Palce lizać. Polecam to miejsce. Tym samy wyprawa dobiegła końca.

Czerwiec 2006r

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.