Tajemnicze lasy, dzikie jeziora – oto perły Ziemi Lubuskiej

Niedziela rano. Po porannej kawie i śniadaniu wyruszamy w drogę. Pogoda dopisuje. Naszą przygodę rozpoczynamy wsiadając na rowery tuż za ogrodzeniem naszego domu..

Mało czytania, dużo oglądania, fotorelacja z wyprawy (93 zdjęcia):

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/PojezierzeLubuskieRowerem2005

Mapa wyprawy

Dzień 1 – Zielona Góra – Lutol Mokry – 68,3 km

Niedziela rano. Po porannej kawie i śniadaniu wyruszamy w drogę. Pogoda dopisuje. Naszą przygodę rozpoczynamy wsiadając na rowery tuż za ogrodzeniem naszego domu.Pierwszą przerwę robimy w Babimoście na zamkniętym lotnisku. Budynek portu lotniczego zamknięty. Aż żal, że taki obiekt stoi nieczynny. Stamtąd udajemy się do miasta Babimost na nasze pierwsze wyjazdowe zakupy. Przed nami trasa wzdłuż jezior tzw. Lubuskiego szlaku wodnego. W połowie drogi zjeżdżamy nad jezioro. Ośrodek wczasowy szykuje się do rozpoczęcia  sezonu. Niebo trochę się zachmurza  jednak  nie ma wpływu na pogorszenie naszych humorów. Dojeżdżamy do miejscowości Lutol Mokry. Z drogi widzimy dużą okrągłą wiatę pokrytą dachem z trzciny. Postanawiamy podjechać bliżej. Właśnie w tym miejscu na mapie zaznaczone jest pole namiotowe. Dojeżdżamy do prywatnej posesji. Okazuje się, że jest to prywatne pole namiotowe. Sezon jeszcze się nie rozpoczął, jednak miły gospodarz przyjmuje nas na jedną noc. Wskazuje nam miejsce na namiot mówiąc, że właściwie to możemy spać w przyczepie. Pole namiotowe jest zagospodarowanym terenem przeznaczonym do wypoczynku w przyczepach. Gospodarz wszystko wykonał własnoręcznie. Kiedyś w tym miejscu było pole z ogórkami a teraz bardzo ładnie przygotowane boksy, w każdym duża przyczepa i zaplecze socjalne. Właściciel oprowadza nas po swoim terenie, opowiadając jak wszystko sam budował. Widać  jak wiele pracy w to włożył. W między czasie jesteśmy świadkami złowienia 12 kg karpia. Pierwszy raz widzę takiego potwora.  Pierwszą noc przesypiamy w ciepłej przyczepie na wygodnym łóżku.

Dzień 2 – Lutol Mokry – jezioro Zdroje -Puszcza Notecka –  67,2 km

Noc mija spokojnie. Po porannym prysznicu, śniadaniu i oczywiście pysznej kawce wypakowujemy rowery z przyczepy. Jest piękny słoneczny dzień. Ruszamy w kierunku Trzciela a następnie kierując się wzdłuż kolejnych jezior docieramy do Pszczewa. Przerwa na truskawki nad jeziorem, jakieś jedzonko, małe zakupy i jedziemy w kierunku Puszcz Noteckiej. Po raz pierwszy mam kryzys i okropny ból głowy. Stajemy w lesie na tabletkę. Głowa przestaje boleć jednak kryzys towarzyszy mi nadal. W Międzychodzie przekraczamy most na Warcie. Samopoczucie i kondycja poprawia mi się z minuty na minutę. Jazda staje się coraz przyjemniejsza.W puszczy na leśnym parkingu gotujemy obiadek. Z głównej drogi zjeżdżamy nad jezioro Solczyk, które urzeka nas swoim wyglądem. Woda krystalicznie czysta. Cisza. Słońce i chmury tworzą ciekawe odbicie na lustrze wody. Jesteśmy sami na małej plaży. Powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg. Docieramy na drugie jezioro – Zdroje. Tu zostajemy na noc. Jest cudnie. Rozbijamy namiot obok  przyczepy starszych państwa, którzy przyjechali tu z Gryfic na wypoczynek.

Dzień 3 – jezioro Zdroje – Lipy – 63,3 km

Wczesnym rankiem wyruszamy dalej. Słońce wciąż nas cieszy. Dzień zapowiada się znakomicie. Jedziemy pięknymi terenami wśród lasów i jezior. Ani żywej duszy. Co jakiś czas  pojawiają się jeziorka ukryte w gęstwinie. Przystajemy choć na chwilę nacieszyć się tym widokiem. Docieramy do rzeki Noteci. Rozległe, niezalesione tereny to pejzaż, który nam towarzyszy do miejscowości Wilkanowo. Wioska wita nas kolorowymi drewnianymi figurkami postawionymi przed domami. Wioska to za wiele powiedziane, po prostu kilka domostw a przed każdym drewniane kolorowe figurki. Zaskakujący i ciekawy widok. Są tu wycięte z drewna kwiaty, zwierzęta a nawet postaci ludzkie. Zaraz za wioską wjeżdżamy do rezerwatu i od tej chwili zaczynają się już lasy i bory. Cień gęstych drzew daje przyjemny chłód w ten gorący dzień. W sercu parku napotykamy na drodze wygrzewającego się ogromnego zaskrońca. W pierwszej chwili myślimy, że to żmija. Tak dużego zaskrońca jeszcze nie widzieliśmy. Nawierzchnia drogi trudna  Na większości odcinków jest to droga utwardzona kamieniami. Jazda poboczem okazuje się lepszym rozwiązaniem. Przez Santoczno wzdłuż brzegów jezior dojeżdżamy do miejscowości Lipy, gdzie udajemy się na pole namiotowe.

Dzień 4 – Lipie – Moryń – 83,4 km

Budzimy się o 4.56. Stwierdzamy jednak, że to przesada aby wstawać tak wcześnie więc zmuszamy się do leżenia co w konsekwencji kończy się zaśnięciem i przebudzeniem przed godziną 8.  Na początek czeka nas długa trasa przez puszczę wyboistymi drogami. Na domiar tego mapa nie jest zbyt dokładna i w rezultacie lądujemy w sercu lasu, w piachu po kostki, nie wiedząc właściwie w którą stronę jechać dalej. Jedziemy na tzw ?czuja?. Co chwilę trafiamy na jakieś skrzyżowania leśnych dróg, które zmuszają nas do podejmowania decyzji na ślepo nie wiedząc w którym miejscu lasu wyjedziemy. W końcu w oddali widzimy zarys jakiegoś domostwa. Na szczęście ……Powiem szczerze, że miałam stracha. Jakoś nie bardzo lubię nie wiedzieć gdzie jestem. Wyjeżdżamy z innej strony niż przewidywaliśmy. Szczęście tylko, że we właściwym kierunku. Stąd prosto kierujemy się na Myślibórz. W przydrożnym warzywniaku kupuję kilo truskawek, które pałaszujemy siedząc nad brzegiem jeziora Myśliborskiego. Pod wieczór dojeżdżamy nad jezioro Morzycko w Moryniu. Zostajemy na kempingu. Wieczór jest ciepły i bardzo przyjemny idziemy więc nad brzeg jeziora na mały mostek aby obejrzeć zachód słońca. Jest bardzo romantycznie;)

Dzień 5 – Moryń – Słońsk – 126,7 km

Obudziliśmy się około 7. Słonecznie. Zapowiada się udany dzień. Udajemy się do miasta obejrzeć zabytkowe mury miasta, kościół a także ruiny zamku. Przed 11 godziną jesteśmy już w Cedyni. Idziemy do cukierni na pyszne ciastko z bitą śmietaną a gdy napełniamy brzuszki słodkościami kierujemy się do przejścia granicznego. Niemiecki celnik widząc nas tak zapakowanych turystycznie nawet nie sprawdza naszych dokumentów. Wyraźnie widać, że taka forma turystyki mu się podoba. W przygranicznym miasteczku po stronie niemieckiej kluczymy nim udaje nam się znaleźć wjazd na ścieżkę rowerową. Niemiecka ścieżka rowerowa prowadząca na wale wzdłuż Odry robi na nas wielkie wrażenie. Jest bardzo dobrze przygotowana. Nawierzchnia asfaltowa równa, bez dziur i pofałdowań. Przejazd na odcinku 80km jest przyjemna i szybko mija. Po drodze spotykamy wielu niemieckich turystów rowerowych. Odpoczywamy w miejscach specjalnie do tego celu  przygotowanych. Im bliżej jesteśmy granicy tym częściej zastanawiamy się nad naszym dzisiejszym noclegiem. Żałujemy, że nie wzięliśmy adresu pewnej kobiety, która kilka lat wstecz  w Kostrzyniu organizowała spływ kajakowy w którym uczestniczyliśmy. Z pewnością u niej można byłoby przenocować. Po przejściu granicy jedziemy na dworzec pkp aby wypłacić kasę ( tam znajduje się bankomat). Gdy widzę wchodzącą na dworzec kobietę, o której wcześniej rozmawialiśmy wprost nie mogę uwierzyć w taki zbieg okoliczności. Nie zastanawiając się ani minuty podeszłam do niej i umówiłam nas na nocleg.Aby  dotrzeć na miejsce musimy pokonać jeszcze tego dnia dodatkowe 20km. Długość trasy w tym dniu staje się naszym rekordem w przejechaniu rowerem ilości kilometrów jednego dnia.

Namiot rozbijamy w sercu narodowego parku „Ujście Warty”. Dom w którym mieszka gospodyni znajduje się w samym centrum parku. Jest to jedyny dom mieszkalny na tym terenie a wokół tylko woda i rozlewiska. Właścicielka domu prowadzi biuro turystyki „Dudek”, które zajmuje się organizowaniem spływów kajakowych na tym terenie a także wielu innych form wypoczynku. Korzystamy z propozycji gospodyni i bierzemy gorący natrysk. Po kolacji wskakujemy do naszych ciepłych śpiworków. Przez całą noc żaby rechotają i nie dają zasnąć.

Dzień 6 – Słońsk – Garbicz – 50,9km

Poranek słoneczny. Jedziemy przez Park Krajobrazowy Ujście Warty. Po drodze mijamy stada różnych ptaków. Widzimy perkozy i czaple. Robimy wycieczkę „ptasią ścieżką edukacyjną” w głąb parku do punktu obserwacyjnego. Ze Słońska udajemy się do Ośna Lubuskiego. Korzystamy z pięknej pogody i jedziemy odpocząć na miejską plażę nad jeziorem. Sporo ludzi, gwar i hałas. W powietrzu unosi się zapach grilla i kawy. Przecinamy główną drogę prowadzącą do przejścia granicznego w Słubicach. Kierujemy się nad jezioro w miejscowości Garbicz z perspektywą pozostania tam na noc. Jadąc asfaltową szosą nagle słyszę głośny dźwięk. Okazuje się, że jedna szprycha w Krzysia rowerze po prostu pękła. Na szczęście nie spowodowało to dużego rozcentrowania obręczy koła, jednak  dalszej trasy nie możemy już planować.

Na końcu wioski ku naszemu zdziwieniu zza zwykłych budynków wyłania się piękny Pałac.Obiekt zlokalizowany jest nad samym jeziorem, ogrodzony i bardzo zadbany. Pałac Magnat dostosowany jest raczej dla niemieckich turystów. Na parkingu w większości przeważają rejestracje niemieckie i luksusowe samochody. Jedyne co mnie martwi to brak pola namiotowego i raczej marne szanse na nocleg na terenie tego typu ośrodka. Mimo wszystko ryzykuję i idę zapytać kierownictwa. Ku mojemu zdziwieniu kierowniczka ośrodka wyraża zgodę na rozbicie namiotu, wskazując miejsce za drewnianym domkiem dla obsługi, tuż przy plaży. W związku z tym, że ten ośrodek nie przyjmuje turystów biwakujących pod namiotem nie ma też stawki cenowej za nocleg, tym samym nocujemy za darmo. Rewelacja!

Dzień 7   Garbicz – Krosno Odrzańskie  52,2km

Wczesnym rankiem jeszcze przed przyjściem gości na plażę pakujemy nasze bagaże. Przed godziną 8 po śniadaniu jesteśmy gotowi do drogi. Wybieramy taką trasę, aby jak najszybciej  dotrzeć do Krosna Odrzańskiego. Pogoda jak zwykle dopisuje. Aby skrócić drogę postanawiamy jechać przez las. Jest to najgorszy odcinek trasy jaki pokonujemy w czasie tej wyprawy. Piach uniemożliwia jazdę. Większość tego odcinka pokonujemy przeprowadzając rowery. Upał. Przed Krosnem podjeżdżamy nad jezioro. Gdy tylko kończymy jeść obiad nadciągają ciężkie czarne chmury. Zaczyna lać i grzmieć. Pierwszy raz jedziemy w czasie burzy rowerem. Bardzo się boję. Chowamy się w wiacie na przystanku pks przed Krosnem Odrzańskim. Dalej nie da rady jechać. Musimy przeczekać nawałnicę. Wieczorem zajeżdżamy do naszych znajomych na nocleg.

Dzień 8  Krosno Odrzańskie   – Zielona Góra  43,0 km

O 8 rano już jesteśmy w drodze. Pogoda się pogorszyła. Nie świeci już słońce a niebo pokrywają chmury. Trzeba przyznać, że przez wszystkie dni naszej wyprawy pogoda była piękna. Wracając, po drodze zajeżdżamy nad małe jeziorko przy drodze na wysokości Szklarki Radnickiej. Chwilę odpoczywamy. Teraz czeka nas już tylko przeprawa promowa przez Odrę w Brodach, przejazd przez Czerwieńsk i prosto do domu.

Czerwiec 2005r.

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.