Fascynujące fiordy, lemingi i trolle – witamy w Norwegii.

Do portu w Danii dojeżdżamy samochodem. Podróż promem trwa 12 godzin. Przez długi czas płyniemy przy brzegu Norwegii. W oddali widać jej górzyste tereny. Do Stavanger dopływamy o 21.00.Pomimo wieczorowej pory świeci słońce.

Trasa wyprawy

Mało czytania, dużo oglądania – link do fotorelacji (170 zdjęć)

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/NorwegiaWyprawaRowerowa2010r

Dzień 0 Zielona Góra – Stavanger

Do portu w Danii dojeżdżamy samochodem. Podróż promem trwa 12 godzin. Przez długi czas płyniemy przy brzegu Norwegii. W oddali widać jej górzyste tereny. Do Stavanger dopływamy o 21.00.Pomimo wieczorowej pory świeci słońce. Odnajdujemy dom, w którym mieszka nasz znajomy. U niego zostawiamy samochód. To co nas dziwi, to brak nocy.Kładziemy się spać po 24.00, a na zewnątrz cały czas jasno. Takie białe noce będą towarzyszyły nam do końca naszej wyprawy.

Dzień 1 Stavanger – Preikestolen  dst.60km

Budzi nas słońce, jazdę rozpoczynamy dopiero o 10.30. Jedziemy bardzo dobrze przygotowanymi ścieżkami rowerowymi. Pierwszą przerwę robimy nad strumykiem, gdy robi się bardzo upalnie.Przy zjeździe ze ścieżki na drogę Krzysiu łapie „gumę”. Przymusowy postój. Kolejny czeka nas dopiero w oczekiwaniu na prom w m. Lauvvika, gdzie przeprawiamy się do Oanes. Z promu robimy zdjęcia ogromnego, wiszącego mostu. Do tej pory oglądany przez nas tylko w internecie. Jego wielkość robi na nas wrażenie, szczególnie kiedy na niego wjeżdżamy. Podziwiamy widoki fiordu (Lysefjorden), który widzimy po raz pierwszy w życiu. W promieniach słońca kolor wody przybiera turkusowy kolor.Nasza droga prowadzi wzdłuż fiordu. Przejeżdżamy przez pierwszy tunel o długości 800m. W tunelu, w momencie zbliżania się samochodu hałas nie do wytrzymania, nie wiadomo z której strony nadjeżdża, dopiero światła pojazdu wskazują z której strony nadjeżdża. Przejazd przez długie tunele, szczególnie pod górkę nie należy do przyjemności. Aby dojechać na kemping odbijamy od fiordu w stronę gór. Słońce powoli chowa się za góry, gdy dojeżdżamy do bramy kempingu. Cena w wysokości 210 koron norweskich tj. około 110zł powala nas na kolana. Próbujemy znaleźć miejsce na dziko. Wszędzie widzimy znaki zakazu biwakowania lub skały uniemożliwiające rozbicie namiotu.Wracamy na kemping. Namiot stawiamy tuż przy stawie, bardzo dokuczają meszki, ich ogromna ilość nie pozwala spokojnie posiedzieć przed namiotem. Pomimo dużej ilości małych dzieci na kempingu, po godzinie 22.00 zapada totalna cisza.

Dzień 2  Preikestolen – jezioro Regnarvatnet   dst.17km

Budzimy się o 8. Spało się rewelacyjnie. Słońce i piękna pogoda przyspiesza nasze pakowanie. Droga do parkingu pod Preikestolen wije się cały czas lekko pod górę. Nie możemy poradzić sobie z ogromną ilością much. Otaczają nas wokoło i nie dają normalnie jechać. Gryzą i siadają dosłownie wszędzie. Nie pomagają spraye. Jeszcze czegoś takiego nie spotkało mnie w życiu.  Z trudem dojeżdżamy na parking. Okazuje się, że rowery na parkingu możemy pozostawić bez opłaty. Duża ilość turystów. Ścieżka prowadząca na skałę rock prowadzi wysoko pod górę. Miejscami jest na niej tyle osób, że trzeba przystanąć aby inni mogli zejść. Jest wąsko i kamieniście. Spotykamy Polaka, który tuż przed samym szczytem ma ochotę zrezygnować. Twierdzi, że jest tak zmęczony, że po prostu nie da rady iść dalej. Wspinaczka na 600m wysokości rzeczywiście wymaga sporego wysiłku. Na szczyt docieramy nieźle zmęczeni. Skała robi na nas ogromne wrażenie i  ten widok wdzierającego się w głąb fiordu,który w oddali tonie we mgle. Niesamowite uczucie bycia w tym miejscu. Wiele osób siedzi na kamieniu, odpoczywa, coś je. Niektórzy śmiałkowie siedzą tak blisko na krawędzi skały, że ich nogi zwisają tuż poza nią. Sama nie odważyłabym się tak usiąść. Po powrocie na parking jesteśmy tak głodni, że na najbliższej ławce tuż przy jeziorze gotujemy obiad. Zupka chińska i kisielek – szybki kubek muszą wystarczyć. W dniu dzisiejszym wiemy, że daleko nie pojedziemy. Jest dość późno popołudniu, więc czym prędzej jedziemy dalej. Po drodze korzystamy jeszcze z natrysku na kempingu na którym dziś spaliśmy. Zawsze to już kąpiel zaliczona w przypadku, gdy przyjdzie nam spać na dziko. W miejscowości Strand robimy nasze pierwsze zakupy. Jakiś chleb, mleko i dżem. Skręcamy od miasteczka bardzo mocno pod górę w kierunku jeziora Regnarvatner. Ciężko wjechać pod górę. Nasze wysiłki zwieńcza na górze widok na piękną panoramę miasta, zatokę i pojedyncze wysepki. Wjazd nadal jest pod tak dużym nachyleniem, że po prostu na niektórych odcinkach prowadzę rower. Rozglądamy się za miejscem na nocleg. Niestety nic nie możemy znaleźć. Albo teren jest zagrodzony albo skalisty. Odbijamy drogą bitą  w kierunku jeziora. Droga kończy się na samym brzegu. Jest to idealne miejsce do biwakowania. Trochę mamy opory z zostaniem w tym miejscu, gdyż  jezioro pełni funkcję zbiornika wody pitnej dla miasta. W obawie przed tym, że nie znajdziemy lepszego miejsca, jest dość późno i po prostu nie chce nam się już dalej jechać postanawiamy tu zostać. Po 22 rozbijamy namiot. Jest bardzo jasno i nad jezioro przychodzi para starszych ludzi z psem na spacer. Podchodzę do nich i tłumaczę, że jestem świadoma, że jest to zbiornik wody pitnej, nie będziemy śmiecić ani się kąpać, że jutro rano wyjeżdżamy. Po moich tłumaczeniach, widzę w ich oczach zrozumienie i traktuję to jako przyzwolenie na pozostanie w tym miejscu na nocleg. Jest tu tak pięknie, że nie prędko udaje nam się od razu wchodzić do namiotu. Siedzimy przy łódkach zacumowanych na brzegu. Stanowią one transport do dwóch domków znajdujących się po drugiej stronie jeziora. To miejsce kojarzy mi się z widokiem na nasze Morskie Oko w Tatrach. Słychać szum wodospadu, który spływa z wysokich gór gdzieś daleko w górach. Widać tylko z daleka cienką niteczkę wody.  Wokół wysokie góry i słońce, które powoli chowa się za góry.Jak w bajce.

Dzień 3   jezioro Regnarvatnet – Hjorteland  dst.68,7km

Poranek pochmurny.Ubieramy lekkie kurtki. Jadąc drogą nr 13 przejeżdżamy brzegiem jeziora Tysdalsvatnet. Obserwujemy na tafli jeziora zjawisko lustrzanego odbicia (zdjęcie obok). Góry i chmury idealnie odbijają się w wodzie tworząc zachwycający widok. Droga, którą jedziemy jest malownicza. Gdyby jeszcze świeciło słońce…Cóż, oto Norwegia. Jadąc przez las trafiamy na górski potok. Zostajemy tu na przerwę, na toaletę, ewentualne pranie. Woda zimna i orzeźwiająca. Z ledwością wytrzymuję w niej chwilę zamoczona do kostek. Przed Ardal zaczyna lać deszcz. Stajemy pod wiatą marketu. Przy okazji robimy zakupy. Mleko, dżem , kefir. Przebieramy się w strój przeciwdeszczowy, łącznie z zabezpieczeniem butów folią. Przez pewien czas jedziemy szutrową ścieżką rowerową prowadzącą wzdłuż drogi głównej.Na przydrożnym przystanku autobusowym zatrzymujemy się na obiad i przebranie się (deszcz przestał padać). Robimy szybką zupkę chińską i kisiel z kubka. Potem mała słodka przekąska, brzoskwinia i dalej w drogę. Dojeżdżamy do Hjejmeland gdzie wsiadamy na prom do Nesvik. Na promie słyszymy polską rozmowę, widzimy polską rejestrację z Łodzi. Jedziemy wzdłuż fiordu. Po raz pierwszy możemy zaobserwować jak wygląda hodowla łososia norweskiego. Są to takie ogromne wygrodzone i zabezpieczone od góry siatką pływające konstrukcje w kształcie koła. Każda hodowla składa się z kilku takich pływających kół. Wszystkie przytwierdzone są do pływających domów znajdujących się na platformach. Całość podczepiona grubym łańcuchem do brzegu. Interesujący widok. Z oddali słychać plusk ogromnej ilości ryb, widać też jak podskakują z wody. Nad każdym takim polem krąży pełno ptaków w nadziei, że uda im się w jakiś sposób upolować rybę.

Dzięki siatce zabezpieczającej jest to jednak niemożliwe. Zaczynają się tunele. Co chwilę ubieramy kamizelki odblaskowe, włączamy czołówkę i mocno pulsujące czerwone światło tylne.W ten sposób przejeżdżamy przez kilka tuneli aby na krzyżówce wjechać na drogę nr Fv632(numer z mapy google.maps). Czekał nas przejazd przez bardzo długi tunel, na dodatek lekko pod górkę. Jadąc dalej powoli zaczynamy rozglądać się za miejscówką do spania. Jedziemy i jedziemy i nic. Wszędzie obok albo skały albo stromy brzeg rzeki Ulla. Piękna rzeka. Wije się pomiędzy kamieniami tworząc małe stawiki. Woda idealnie czysta i bardzo zimna. Droga wciąż pnie się pod górę. Najważniejsze, że noc nas nie zastanie.  W końcu jej tu niema. Dopiero gdy widzimy pierwsze zabudowanie decydujemy się tu pozostać. Jest przed 22 a wokoło jasno jak popołudniu, pomimo pochmurnej aury. Idę do domu zapytać o możliwość rozbicia namiotu na łące obok domu. Otwiera mi starsza pani, na moje nieszczęście nie znająca angielskiego. Próbuję dogadać się na migi, gdy to nie zdaje rezultatu, przepraszam i żegnam się. Jesteśmy zdesperowani , idę  więc do kolejnego domu. Zamknięte i do kolejnego. Też zamknięte. Nadzieja w ostatnim domu. Pukam… Otwiera mi mężczyzna ok 45 lat. Bez problemu dogadujemy się po angielsku. Pokazuje ręką, że możemy rozbić się na łące w miejscu, które nam się tylko spodoba. Tak też robimy. Pełno meszek i lekka mżawka powoduje, że czym prędzej wskakujemy do namiotu i zakopujemy się w śpiwory.

Dzień 4  Hjorteland – Saudasjoen  dst.51km

W nocy silny deszcz. Poranek mglisty i pochmurny. Śniadanie jemy w namiocie. Początek dnia zaczynamy od sporego podjazdu. Jest takie nachylenie, że wyprzedzający nas samochód towarowy staje na drodze. Kierowca i dwóch pasażerów zaczepia nas i tu znowu zaskoczenie….Polacy. Musieli stanąć bo silnik samochodu się przegrzał. Pracują przy budowie hytty (nazwa norweskich górskich domków wypoczynkowych), gdzieś wysoko w górach. Trochę dziwią się, że wybraliśmy taki sposób na spędzanie urlopu. Tym bardziej, że jak twierdzą – trzeba się tu namęczyć jeżdżąc po tych górach. Jedziemy dalej. Cudowna panorama z tego miejsca. Z góry widzimy dom, przy którym dziś spaliśmy. Jesteśmy już tak wysoko, że wjeżdżamy w chmury. Chłód i wilgotność oraz niska temperatura powoduje, że marznę. Na górze rozpoczyna się przejazd płaskowyżem. Na parkingu zatrzymujemy się na przerwę. Korzystamy z ogrzewanej łazienki i ciepłej wody. Na zmianę robimy poranną toaletę. Myję głowę, kąpiemy się, robię pranie. Gdy na parking zajeżdża duża kilkunastoosobowa grupa niemieckich motocyklistów musimy przerwać toaletę. Obiad robimy na parkingu przy rzece Suldalslagenta. Oprócz nas na ławce obok odpoczywa para z Niemiec. Dalej jadąc wzdłuż rzeki dojeżdżamy do Sand do portu promowego. Pogoda jest brzydka. Pochmurno a czasami siąpi lekki kapuśniaczek. Na promie ciepło, więc siedzimy w kabinie dla pasażerów. W pewnej chwili podchodzi do nas starsza pani. Rozpoczynamy rozmowę. Okazuje się, że ta pani dawno temu podobnie jak my jeździła po Norwegii rowerem. Opowiada jak to jechała z Oslo do Stavanger. Świetnie mówiła po angielsku i prawdę mówiąc musieliśmy bardzo skupiać się na tym co mówi aby dobrze ją zrozumieć. Była na tyle sympatyczna, że nasza rozmowa trwała przez cały rejs. Po opuszczeniu promu kierujemy się drogą nr 520 do miejscowości Sauda. Do samego miasteczka jedziemy wciąż przy samym fiordzie Saudafjorden. Droga przecina zbocze góry umożliwiając jednocześnie obserwowanie fiordu z dużej wysokości oraz przeciwległego brzegu. Widoki są imponujące.

Gdy dojeżdżamy do tunelu czeka na nas kolejna niespodzianka. Dzięki temu, że dla rowerzystów jest specjalny objazd tunelu możemy z bliska podziwiać ogromny wodospad Hongavikfossen (zdjęcie obok) na rzece Brudesloret, tuż nad nami. Niesamowity widok. Woda spada bezpośrednio z samego szczytu góry. Jedziemy starą zarośniętą drogą. Przed miejscowością czeka nas kolejna atrakcja. Cudowne wodospady Svandalsfossen. Stąd udajemy się na camping w Saudasjoen. Na miejscu okazuje się, że niema nikogo z obsługi. Stoją przyczepy i sporo domków. Pole zlokalizowane nad samym fiordem. Rozbijamy namiot. Przy domku znajduję dostęp do prądu. Korzystając z tej sposobności ładujemy cały nasz sprzęt. Po chwili przyjeżdża właściciel przyczepy obok której się rozbiliśmy. Okazuje się, że to Ukrainiec, który mieszka i pracuje w Norwegii. Mówi nam, że w tym domku obok nas mieszkają Polacy, którzy razem z nim pracują na budowie. Opowiada o swoich rodzinach. Zwierza się nam, że ma dwie żony i dzieci. Jedna żona mieszka w Norwegii a druga w Tajlandii. Dziwny człowiek ale sympatyczny. Namawia nas na gorącą kąpiel, co też czynimy. Noc mija spokojnie.

Dzień 5  Saudasjoen – łąka przed Roldal   dst.44,1km

Wstajemy o 5. Pakujemy  się i w miasteczku przy samym fiordzie na ławce robimy śniadanie. Poranek cudownie słoneczny. Niebo – głęboki błękit. Na szczytach w oddali śnieg. W powietrzu czuć zapach morskiej bryzy. Obserwujemy jak miasteczko powoli budzi się do życia. Ludzie na rowerach i skuterach jadą do pracy. Dziś czeka nas spory podjazd i przejazd przez góry. Jemy porządne śniadanie na koniec wieńcząc to mocną kawą. Chwila na porządki w sakwach i ruszamy. Żegnamy się z naszym ostatnim fiordem na tej trasie. Teraz będziemy w innym rejonie Norwegii. Będzie dużo gór, jezior, podjazdów i zjazdów. Ruszamy. Jedziemy wzdłuż rzeki Storelva. Przepięknie. Woda wije się w kanionie tuż przy drodze. Z drugiej strony wysokie skały. Po drodze źródełka. W blaskach promieni słonecznych spadająca woda tworzy tęczę. My wciąż pniemy się pod górę. Wydaje się jakby podjazd miał się nigdy nie skończyć. Mijamy zachwycające jezioro Storlivatnet. Jesteśmy na ok 350 m npm. Po przekroczeniu rzeczki Lonaelva droga drastycznie idzie pod górę. Z ledwością wjeżdżam pokonując kolejne agrafki. Gdy się trochę wypłaszcza znajdujemy miejsce na odpoczynek. W cieniu drzew na kocu zasypiam. Południe. Upał. Cudowne wokół widoki. Droga wąska i aż dziw, że co jakiś czas jadą tędy samochody ciężarowe. Duże kampery z ledwością mieszczą się na zakrętach.Miejscami i my musimy stanąć aby szerszy samochód mógł przejechać. Wciąż pokonujemy kolejne kilometry pod górę. Śnieg, który leży na szczytach gór jest już całkiem blisko nas. Wokół nas teren zmienia swój charakter. Teraz otaczają nas same skały lekko porośnięte niską trawą i mchem. Co chwilę mijamy obok krystalicznie czystych jeziorek, stawów i stawików. Na trasie spotykamy sporą ilość motocyklistów.

Gdy dojeżdżamy do punktu w którym znajduje się pomnik kierownika budowy tej drogi, kilku motocyklistów właśnie robi tu sobie przerwę na zrobienie kilku zdjęć. Podchodzi do nas młody chłopak i ogląda rowery. Pyta czy może zrobić zdjęcie roweru, bo nie widział jeszcze takiego obładowanego. Przy okazji robi też naszym aparatem nam zdjęcie na szczycie. Za tamą na ogromnym jeziorze Svartavatnet uzupełniamy zapasy wody prosto z górskiego lodowatego źródełka. Jedziemy wśród płatów śniegu, który nie zdążył i już nie zdąży stopnieć na tej wysokości. Słychać beczenie owiec, których jest w górach bardzo duża ilość.  Przez dłuższy czas jedziemy płaskowyżem , aby pod sam koniec pokonać długi zjazd. Przed miejscowością Roldal znajdujemy tuż przy drodze super miejscówkę do spania. Mamy swój „prywatny” wodospad. Kolację jemy przy blasku słońca chowającego się za szczyty gór. Cudowny wieczór choć cały czas jasno.

Dzień 6 łąka przed Roldal –  camp Flothyl nad jeziorem Flothyhylen dst. 57km

Budzimy się o godzinie 8. Słonecznie i ciepło. Obok nas płynie czysty strumień więc grzeję wodę i urządzamy sobie poranną toaletę. Śniadania na trawie i jedziemy. W przydrożnym markecie „Coop” w Roldal robimy zakupy. Jakieś mleko i chleb za 8,50 ( bardzo tani jak na Norwegię – ok 4,50zł) Podglądam w sklepie jak go pokroić w samoobsługowej maszynie i…udaje mi się to za pierwszym razem. Jestem dumna z osiągnięcia.  Dziś mamy dzień w większości pod górę. Silny wiatr wieje prosto w twarz. Po pierwszym długim podjeździe jestem totalnie „wypompowana”. Siadamy na poboczu. Kierowcy machają do nas i trąbią. Przejeżdżający tir z Polski  pozdrawiając miga światłami. Droga jest intensywnie uczęszczana więc przejazd nią nie należy do łatwych. Na dodatek wiejący wiatr. Im wyżej tym robi się chłodniej. Aby ominąć tunel zjeżdżamy drogą objazdową w iście marsjański teren. Spora ilość śniegu, gołe szare skały, ciemne chmury, wszystko to wpływało na tajemniczość i grozę tego miejsca. Na końcu drogi spotykamy rowerzystkę. Chwilę rozmawiamy.

Przyjechała ze Szwajcarii i samotnie pokonuje podobną do naszej trasę. Gdy robi się chłodniej zmieniam ubranie na cieplejsze a przede wszystkim zakładam  polarowe nakolanniki. Podczas zjazdu jest już tak zimno, że nakładam wełniane rękawiczki. Aby trochę się  rozgrzać, w przydrożnym ogromnym wigwamie robimy przerwę na kawę i kupujemy hot doga. Kierując się wciąż drogą E134 dojeżdżamy do campingu Flothyl na którym postanawiamy zostać, tym bardziej że pogoda powoli zaczynała się totalnie załamywać. Zaczynał padać lekki deszcz.

Dzień 7 Flothyl – las nad Otrą za Bjornara 78km

Pobudka o godzinie 8. Nie spieszymy się. Dopiero po godzinie 10 opuszczamy camping. W miejscowości Haukeli skręcamy w prawo na drogę nr 9. Teraz jazda zmienia się w powolne pedałowanie pod górę. Pniemy się i pniemy a końca nie widać. Na początku dnia pogoda była piękna i słoneczna około południa zaczyna się chmurzyć. Po wjeździe na samą górę rozpoczęła sie jazda kolejnym płaskowyżem. czasami lekko siąpi deszczyk a właściwie mżawka aby po chwili przestać. Jedziemy wciąż podobnym terenem. Krajobrazy typowo norweskie. Dużo jezior, górki, skałki, pojedyncze hytty. W Hovden zatrzymujemy się przy sklepem „Kiwi” aby zrobić zakupy. Jesteśmy tak głodni, że przed sklepem na ławce otwieram mleko, zjadam bułeczki maślane.Pogoda znowu się pogarsza. Za miastem nad jeziorem Vatnedalsvatn zjeżdżamy z głównej drogi aby zobaczyć tamę. Ja zostaje na dole a Krzysiu wjeżdża na górę zobaczyć jezioro. Tama ogromna. Na górze bardzo silny wiatr i zimno. Leje deszcz.Jedziemy wzdłuż rzeki Otra. Bardzo ładna droga i piękna rzeka. Za miejscowością a właściwie kilkoma domami o nazwie Bjonara zatrzymujemy się w lesie na nocleg. Miejscówkę znajdujemy nad sama rzeką. W tym lesie oprócz nas biwakują również turyści z Włoch. W nocy słyszę niepokojące szmery kolo namiotu.

Dzień 8 las nad Otrą – Furestoyl  48,2km

Poranek słoneczny. Idę nad rzekę na poranną kąpiel. Cudownie i spokojnie aż do momentu gdy…coś przebiega mi miedzy nogami. Każdy wiadomo, w pierwszej chwili odskoczy na bok nie wiedząc co to mogło być. Po chwili jednak kucam, patrzę…a zza kamienia wychyla się mały pyszczek i dwa oczka jak węgielki wpatrują się we mnie. Gdy wychyla się to „coś” całe, wygląda jak chomik o umaszczeniu świnki morskiej. W tym momencie mam okazję poznać i obejrzeć leminga w całej okazałości. Gdy idę jego tropem okazuje się, że jego norka znajduje się tuż przy naszym namiocie a dokładnie to kilkanaście centymetrów od miejsca mojej głowy podczas gdy śpię. Moje wątpliwości i pytania co do wizyty nocnych gości są już rozwiane. To leming tak się rozbijał wokół namiotu i prawdę powiedziawszy to my byliśmy intruzami w tym miejscu. Opuszczając nasz las noclegowy dostrzegamy jeszcze innych dzikich biwakujących turystów, tym razem są to Belgowie. Droga wzdłuż Otry przepiękna. Po kilku kilometrach przejeżdżamy przez wiszący most na rzece. Jest tak wąski, że ledwo mieszczę się na nim z rowerem. Jedziemy po drugiej stronie rzeki ale nadal wzdłuż jej brzegu. Teraz jazda szybsza, bo po ścieżce rowerowej. Rzeka Otra z każdym kilometrem zmienia swój wygląd. Raz płynie wolniej i spokojniej aby potem kluczyć między kamieniami rwać jak oszalała. Zachwyca swoim wyglądem. W niektórych miejscach kamienie wyglądają niczym pocięte siekierą. Tak dobrze nam się jedzie, tak piękne widoki wokoło, że przejeżdżamy nasz zjazd i zatrzymujemy się w miejscowości Rysstad. W przydrożnej restauracyjce kupujemy przepyszne lody włoskie. Są tak smaczne, że Krzysiu również daje się namówić po ich spróbowaniu. Gdy jesteśmy kilka kilometrów za Rysstad orientujemy się ,że coś nam mapa nie „gra” z terenem. Postanawiamy wrócić i szukać zjazdu. Ta pomyłka kosztuje nas kilka kilometrów. Dopiero za Rysstad odnajdujemy właściwy zjazd na drogę nr 45. Jest dość późno i czeka nas ostry podjazd, więc decydujemy się na obiad.

Na ładnej polanie siadamy na kocu i przygotowujemy sobie po zupce chińskiej i kubku poziomkowego kisielu. Z pełnymi brzuchami rozpoczynamy ciężki podjazd. Każdy kilometr kosztuje sporą ilość potu. Gdy wreszcie teren lekko się stabilizuje jest już na tyle późno aby zacząć się rozglądać za „noclegówką”. Mijamy centrum alpinistyczne.Gdy po drodze widzimy camping, który wygląda na nieczynny z uwagi na brak turystów, postanawiamy to sprawdzić. W drzwiach drewnianego domku wita nas przystojny Norweg. Poczułam się jak w reklamie banku Nordea. Wypisz wymaluj jak ten sam Norweg z reklamy. Okazuje się bardzo sympatycznym chłopakiem. Zostajemy. Namiot rozbijamy nad brzegiem potoku. Wieczorem rozmawiamy z Norwegiem, który opowiada nam o swojej znajomości z chłopakiem z Polski i pyta czy mieszkamy gdzieś blisko rzeki Odra? Jesteśmy w szoku co do jego znajomości geografii. Częstujemy naszą domową nalewką z tarniny i tu drugie zaskoczenie, on zgaduje z czego nalewka jest zrobiona. Kemping na którym jesteśmy proponuje turystom m.in. spanie na sianie, czy organizowanie imprezy w wigwamie. Noc mija spokojnie.

Dzień 9  Furestoyl – Lysebotn (parking przy zjeździe) 64,5km

Budzę się z bólem głowy. Hm…myślę,że to po tej nalewce. W połączeniu z wysokością na której się znajdujemy i zmęczeniem …taki właśnie efekt. Niebo zachmurzone. Miejscami tylko nieśmiało słońce próbuje przebić się przez „chmurkową” kołderkę.Korzystamy z natrysku, ładowania baterii. Po śniadaniu opuszczamy kemping. Dzisiejszy dzień zaczynamy od podjazdu na wysokość 1050m n.p.m. Na górze wjeżdżamy jakby w inny świat.

Mijamy płaty śniegu, jest dość zimno i jakoś tak zimowo. Krajobraz jak na Marsie. Na jednym z parkingów stajemy na krótka przerwę „toaletową”. Sanitariaty z ciepłą wodą, czyściutkie aż żal przejechać obok. Tego samego zdania są turyści ze Szwecji. Cały autobus ludzi grzecznie czeka w kolejce na wejście do wc. W między czasie podchodzą do nas, gratulują, pytają o drogę. To miłe słyszeć od innych ciepłe słowa. Jedziemy dalej, nadal płaskowyżem. Dopiero od jeziora Heimre Flogvatn droga drastycznie spada w dół. Na przystanku przy osadzie Brenda Neset robimy obiad. Kolejna zupka chińska i kubek budyniu czekoladowego. Po przejechaniu ok 1km skręcamy w prawo na Lysebotn. Plan jest taki, aby dojechać do parkingu, gdzieś przespać a jutro zostawić rowery i iść zobaczyć Kjerag-słynny norweski kamień zawieszony miedzy skałami na wysokości ok 1000m. n.p.m. Jedziemy pod górę. Niebo coraz bardziej się zachmurza. Chmury przybierają ciemnogranatowy kolor, co nie wróży dobrze. Jedziemy godzinę, dwie… i coraz gorzej. Leje, zimno. Kolejne samochody, które wyprzedzały nas jeszcze nie tak dawno, teraz wracają. Jest godzina 20 a my na płaskowyżu w deszczu i zimnie. Osiągamy wysokość 932m n.p.m. o czym informuje nas oblepiony nalepkami znak.

Wśród nalepek odnajdujemy również naszą z literami PL. Rozglądamy się za miejscem na nocleg. W tym terenie nie ma szans na wbicie szpilki w ziemię i znalezienie kawałka płaskiego terenu.Wokół same skały i woda. Widok jak z horroru. Jedziemy dalej w nadziei na znalezienie miejscówki. Po trudach jazdy w końcu zjazd na parking. Niestety, jesteśmy rozczarowani, niema gdzie się rozbić a nawet jest tu zakaz. Restauracja nieczynna z uwagi na późną porę i na dodatek leje deszcz i zimno. Postanawiamy zjechać w dół do Lysebotn. Z każdym zakrętem żałujemy „gubionej” wysokości. Jutro trzeba będzie  na nowo podjechać od poziomu 0 do 640m n.p.m. Przy skręcie zauważamy mały parking. Widząc 3 rozbite namioty niewiele się zastanawiając postanawiamy tu pozostać na noc. Miejscówka wręcz fatalna, ale myśl o podjeżdżaniu w dniu jutrzejszym tylu metrów w górę działa motywująco aby właśnie zostać w tym miejscu. Rozbijamy namiot dosłownie na ostatnim możliwym do tego miejscu, przy samym śmietniku. Jedynym ciekawym akcentem i piękną ozdobą tego miejsca jest wodospad. Zmarznięci czym prędzej wskakujemy w ciepłe i suche śpiwory. Gotujemy gorącą herbatę i jemy kolację. Za nami najtrudniejszy dzień naszej wyprawy. Otuleni ciepłem przy szumie wodospadu zasypiamy.

Dzień 10  Lysebotn (parking przy zjeździe do miasteczka) – camping Sagenest za Tjorhom  47,1km

Budzimy się o godzinie 7. W przedpokoju namiotu widzę małą myszkę. Rzucam jej kawałek chleba. Na namiocie słyszę jak krople deszczu uderzają o tropik. Perspektywa nieciekawa. Jemy śniadanie w namiocie, pijemy kawę. Czym prędzej opuszczamy to nieciekawe miejsce noclegowe. Podjazd ciężki ale na szczęście dość krótki. Na parkingu, miejscu wypadowym na Kjerag – już dużo ludzi. Podchodzą do nas Niemcy z autokaru. Chwilę rozmawiamy. Gratulują kondycji. Korzystając z sanitariatów na parkingu idziemy wziąć natrysk, zrobić pranie. Rozkosz. Ciepła woda, aż żal wychodzić spod natrysku. W końcu czuję się czysta i wygrzana. Ze względu na brzydką pogodę, mżawkę i nisko płynące chmury po niebie wielu turystów rezygnuje z wejściem na Kjerag. Skały są tak śliskie, że pokonanie ok 5km w takich warunkach jest bardzo trudne. My również nie podejmujemy się tego zadania. Wracamy do drogi głównej nr 45 w kierunku Tjorhom.

Pokonanie odcinka do krzyżówki najpierw zdecydowanie pod górkę. Pracownicy naprawiający drogę widząc moje wysiłki i udany wjazd klaszczą w dłonie. Teraz głównie z górki. Zatrzymujemy się nad jeziorem na obiad. Gotujemy zupkę z kubka, do tego kromka chleba. W pewnym momencie zauważam dziurę w mojej sakwie. Teraz uzmysławiam sobie, że to ta mysz, która nas rano odwiedziła tak mnie urządziła. Zaczyna się klejenie sakwy. Cóż, zawsze są jakieś straty na wyprawach. Pełni sił główną drogą dojeżdżamy do miejscowości Sinnes w której w sklepie Joker robimy duże zakupy.Znajdujemy się na krzyżówce z drogą nr 468 i stąd mamy ok 4km na kemping za Tjorhom, nie będący na naszej trasie. Jest dość późna pora dlatego decydujemy się na zjazd z drogi. Lekko z górki pokonujemy kilka kilometrów aby w miejscowości Tjorhom skręcić w kierunku Solheim. W ładnym miejscu tuż nad brzegiem rzeki Sira, na kempingu Sagenest rozbijamy nasz biwak. Miejscówka piękna. Dodatkowo mamy krzesełka i stolik. Jedynym minusem jest chmara meszek. Nie sposób posiedzieć spokojnie przy namiocie aby zjeść kolację.Robimy sobie ucztę. Objadam się pysznym dżemem jagodowym i bułeczko-placuszkami o smaku maślanym, do tego litr mleka. Pychota. Gorący natrysk dopełnia szczęście, które mnie tu spotkało. Noc bardzo spokojna.

Dzień 11  camping za Tjorhom – nad jeziorem Ragsvatnet (osada Rage) 57,9km

Poranek pochmurny. Korzystając z campingu biorę gorący natrysk. Chce się żyć. Najpierw czeka nas podjazd do jeziora Valevatn. Od tego miejsca zaczyna się przejazd cudownym wąwozem aż do miejscowości Byrkjedal. Pogoda nas nie rozpieszcza i przez cały dzisiejszy dzień wciąż popaduje. Nisko zawieszone chmury na niebie zasłaniają część pięknego widoku i uniemożliwiają oglądanie wąwozu. Droga lekko spada w dół więc jazda jest tylko samą przyjemnością. Szkoda tylko,że w lekkim deszczu. W Byrkjedal skręcamy na krzyżowce w prawo na miejscowość Oltedal. Przed Dirdal zatrzymujemy się przy drodze w markecie. Siadamy wewnątrz przy stoliku i kupujemy kawę z automatu. Przeglądamy darmowe mapy dla turystów porozkładane na specjalnych stojakach. Stąd jedziemy wzdłuż fiordu Frafjord nad jezioro Ragsvatnet, gdzie rozglądamy się za miejscówką do spania. Z drogi widzimy dobre piaszczyste miejsce w krzakach tuż brzegu jeziora. Jedziemy tam. czekamy aż zrobi się późno aby rozbić namiot. Gdy kończymy rozbijanie obok nas przy brzegu płyną dwa kajaki. Niestety dostrzegają nasza obecność ale nie zwracają na nas uwagi. Mężczyzna z małym dzieckiem w jednym kajaku a drugim kobieta. Gdy wracają i dobijają do brzegu postanawiam ich dogonić i uprzedzić o naszym pobycie w tym miejscu. Gdy podbiegam i się przedstawiam  tłumacząc w jakim celu tu przybyliśmy i czy możemy pozostać na jedna noc, mężczyzna kiwa twierdząco głową jednocześnie informując, że to miejsce należy do niego i prawo w Norwegi jest takie, że mogę rozbić się na takim terenie bez pytania , byleby nie bliżej niż 150 metrów od najbliższego domu. Wskazuje również miejsce w którym mogę nabrać wody do picia. Grzecznie dziękuję za informację. Około północy słyszę jakieś odgłosy niedaleko namiotu. Wychodzę sprawdzić co się dzieje. Na zewnątrz jasno.  Brak nocy powoduje, że ludzie żyją tu jakby inaczej. Ktoś o tej porze wyszedł na spacer z psem. Wsuwam się do namiotu. W końcu zasypiam.

Dzień 12   jezioro Ragsvatnet – Stavanger   40km

Poranek miód-cud. Słońce, błękit nieba. Gdy zwijamy nasz namiot podpływa do nas Norweg. Zainteresowany pyta – jak minęła noc, jak się spało i skąd jedziemy? Gdy wspomina o katastrofie smoleńskiej i pytaniem co sądzimy o nowym prezydencie, lekko nas zaskakuje. Czyżby poprzedniego dnia przyszykował się czytając informacje na internecie? Chwilę rozmawiamy po czym życząc nam szerokiej drogi – odpływa. Po śniadaniu i my opuszczamy to piękne miejsce. Droga prowadzi nas do miasteczka Oltedal. Miejscowość pięknie położona jakby pośrodku wąwozu. Z zaciekawieniem przyglądamy się centrum handlowemu, które na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda na tego typu obiekt. Budynek drewniany,spadzisty dach pokryty grubą warstwą świeżej zielonej trawy. Dużo domów norweskich jest właśnie wykonanych w tej technologii. Czasami dachy wyglądają jak wielka rabata kwiatów. Odbijamy w prawo na drogę nr 508. Przed nami spory podjazd pod górę. Jadąc coraz wyżej rozpościerają się coraz piękniejsze widoki. Na krzyżówce z drogą nr 315 kierujemy się w lewo. Mijają nas dwie starsze rowerzystki. Nad pięknym jeziorem Svihusvatnet robimy przerwę na kawę. Do Sandnes mamy już blisko. Czeka nas przejazd bokiem przez miasto aby skierować się na Stavanger. Przed miejscowością trafiamy na bardzo zainteresowane nami krowy. Jadąc ścieżką rowerową dojeżdżamy na przedmieścia Stavanger. Na plaży przy fiordzie robimy obiad. Podgrzewamy spaghetti z puszki i do tego po brzoskwini. Przejeżdżamy przez bardzo ładny teren wypoczynkowy. Pięknie urządzone plaże, wysepki, stanowiska do grilla.A wszystko to nad brzegiem fiordu Gandafjorden.Nocujemy na kempingu w Stavanger.

Dzień 13   Stavanger – Sola   30km

Rano pogoda słoneczna. Po śniadaniu jedziemy zwiedzać Stavanger. W centrum Stavanger pełno ludzi. W porcie stoją dwa ogromne wycieczkowe statki. Z ciekawości podjeżdżamy bliżej aby się nim przyjrzeć. Pytam załogę statku – skąd przypłynął i dokąd płynie ten kolos. Okazuje się ,że jest to rejs po oceanach, płyną z Japonii a teraz dalej do kolejnego portu. Po chwili wyje syrena ze statku. Wszyscy turyści na ten sygnał kierują się na pokład. Miasto dosłownie opustoszeje. Puste ulice. Co za dyscyplina! W kilka minut statek napełnia się pasażerami. Jeden statek odpływa. Gdy wyjeżdżamy z miasta, otrzymuję sms-a z biura promowego Fjordline.

Staję jak zamurowana. Okazuje się ,że nasz prom zmienił miejsce odpływu i teraz naszym miejscem z którego wyruszy jest Kristiansand – oddalony od nas o ok 250km. Zdenerwowani jedziemy do biura przewoźnika, znajdującego się akurat w Stavanger. Nie jesteśmy nic w stanie zrobić. Albo czekamy 2 dni na kolejny prom albo decydujemy się dojechać do innego promu. Oczywiście- dojedziemy. Jest piątek wieczór a w poniedziałek o godzinie 7 musimy być w pracy. Jedziemy na camping do miejscowości Sola. Gdy dojeżdżamy, razem z nami wjeżdża na teren campingu polski autokar z wycieczką. Chwilę rozmawiamy. Pilot wycieczki informuje nas, że ten camping obsługuje Polka. Idziemy do recepcji. Cena okazuje się tak wysoka, że postanawiamy pojechać 3km dalej aby sprawdzić ceny na innym campingu. Decyzja okazuje się trafna. Cena na drugim campingu dokładnie o połowę niższa. Na dodatek miejscówka nad samym oceanem z pięknymi widokami. Noc bardzo wietrzna.

Dzień 14  Sola – park Eikeberget ( dosłownie kilka kilometrów)

Ostatni dzień wyprawy wita nas słoneczną pogodą. Po bardzo niespokojnej nocy pakujemy się i opuszczamy camping. Krzysiu widząc stan swoich adidasów (totalnie się rozkleiły) czym prędzej je wyrzuca. Najważniejsze, że przetrwały do końca. Jedziemy nad brzeg oceanu. Fundujemy sobie po pysznym lodzie włoskim. Siedzimy na plaży, żegnamy się z cudowną Norwegią. Nasza wyprawa dobiegła końca. Czeka nas już tylko dojazd po samochód, potem ok 250km samochodem, prom, 1000km samochodem i …czeka nas ciepłe własne wygodne łózko.

KOSZTY NORWEGIA
dojazd samochodem do portu Stavanger  i z powrotem ok. 1900km – ok.500zł (gaz)
prom w dwie strony Dania-Norwegia-Dania – 1000zł (niestety drogo)
kampingi x6 – ok.400zł
jedzenie kupowane w marketach + inne (pamiątki, promy na miejscu itp.) – 1100zł
Koszt całej wyprawy wyniósł około 3000zł/2 osoby w 14 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY