Na wyspie króla Minosa

W dniach od 13 do 27 września zwiedziliśmy na rowerach Kretę. Wyjazd był typowo lajtowy. Temperatury – powyżej 30 stopni w dzień, powyżej 20 stopni w nocy. Spaliśmy często bez namiotu na plażach. Woda ciepła około 26 stopni. Idealny czas na wakacje. Objechaliśmy połowę wyspy wzdłuż wybrzeża, zaczynając i kończąc w Chani.

link do fotorelacji – czyli mało czytania, dużo oglądania

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/KretaRowerem2013

Mapa wyprawy

Dzień 1: Lotnisko – Kampani – 9km

Pierwszą miłą niespodzianką jest odprawa na terminalu we Wrocławiu. Sprawnie, szybko, bez problemów. Pierwszy raz jesteśmy tak szybko odprawieni. Kreta wita nas ciepłym wiatrem. Przez godzinę przygotowujemy rowery do jazdy. Ruszamy około 22. Obok lotniska w krzakach chowamy kartony, w których przywieźliśmy rowery. Kartony posłużą nam za dwa tygodnie, gdy będziemy szykować się do powrotu. W planach mamy dojechać na najbliższą plażę. Jest bardzo ciemno a tych dróg, dróżek jest tak dużo, że po prostu mylimy drogę i krążymy. Po kilkunastu kilometrach jazdy rozkładamy się na nocleg w pierwszym lepszym gaju oliwnym.

Dzień 2: Kampani – Chania – Nopigia – 47km

Poranek cudownie ciepły. Po wyjściu z namiotu okazuje się, że nasz namiot stoi nieopodal drogi, z której nas dobrze widać. Jemy śniadanie i w drogę. Pierwszy większy sklep, robimy zakupy. Kupujemy przede wszystkim kartusze z gazem i prowiant. Jedziemy do Chanii. W centrum miasta udajemy się na plażę. Woda ciepła i przyjemna. Pływamy w morzu, a jeszcze wczoraj nakładaliśmy ciepłą kurtkę w Polsce. Bardzo mnie boli głowa i zasypiam na godzinę. Po obudzeniu czuję się już w formie i możemy jechać dalej. Zwiedzamy z siodełka stare miasto oraz piękny wenecki port z zabytkową latarnią. Wzdłuż promenady obfitość restauracji i kawiarenek. Przepięknie kwitnące ogromne krzewy z opadającymi kwiatami. W południe jest już taki upal, że ledwie można jechać. Odpoczywamy w cieniu na przystanku obok jednostki wojskowej. Na nocleg udajemy się na camping z bardzo ładnym basenem w miejscowości Nopigia.

Dzień 3: Nopigia – Kissamos – Sfinari – 33km

Kolejny piękny letni dzień. Nim tak naprawdę rozpoczniemy jazdę, najpierw jedziemy na plażę i pluskamy się wśród dużych fal. Fajnie, bo jesteśmy sami i można sobie pozwolić na pływanie bez strojów. Odbijamy od zatoki w kierunku zachodniego wybrzeża wyspy. Po drodze u napotkanego sprzedawcy kupujemy miód. Zawsze nas ciekawią inne smaki a szczególnie smaki miodów. Zachód Krety zupełnie pusty. Po sporym podjeździe odbijamy na drogę szutrową w dół. Zjazd do zatoki aby wąskimi drogami jechać jak najbliżej morza. Kluczymy wśród maleńkich osad. W napotkanym barze zatrzymujemy się na zimne piwo. Korzystam z wody i oblewam się wodą bezpośrednio z węża od głowy do stóp. Dopiero teraz mogę jechać. Z drogi przed Sfinari wypatrujemy ładną zatokę. Zjeżdżamy do niej w dół. Zjazd okazuje się bardzo kamienisty, długi a na dodatek kończy się tym, że nie dojeżdżamy do końca, gdyż droga kończy się urwiskiem. Ale się wkurzamy, że teraz musimy w tym upale wracać do góry. Wymęczeni podprowadzaniem rowerów w końcu dojeżdżamy do miejscowości. W pierwszym sklepie zatrzymujemy się na zimną lemoniadę. Zjeżdżamy nad brzeg morza. Natrafiamy na darmowy camping. Nie ma tu w zasadzie niczego oprócz napisu, że jest to miejsce z przeznaczeniem pod namioty. Ładna lokalizacja, tuż nad urwiskiem nad samym morzem. Fale tak ogromne, że boję się wejść powyżej kolan. Już na tej głębokości niemalże mnie one przewracają. Plaża pokryta niezliczoną ilością kamieni wielkości pięści i mniejszych. Uderzające fale powodują niesamowity szum przesuwających się kamieni. Gotujemy makaron z sosem pomidorowym. W nocy ogromne fale.

Dzień 4: Sfinari – Livadia Elafonisi -35km

Poranek spokojny i upalny. Po nocnym wietrznym szaleństwie pozostało jedynie wspomnienie. Od samego początku jazdy mamy dzisiaj pod górę. Pokonujemy kolejne serpentyny. Po drodze zrywamy pozostawione na krzakach dojrzałe pomidory słodkie jak miód i kiście soczystych winogron z opuszczonej starej winnicy. Przy zabudowaniach zatrzymujemy się na krotka przerwę. Podbiega do nas Greczynka z talerzem ciasta, pierożkami i częstuje nas kieliszkiem raki. Całkiem miłe zaskoczenie. Aby nie jechać główna drogą zjeżdżamy na boczną, która prowadzi wzdłuż wybrzeża. Jest pusto i bezpiecznie. Upał, słońce pali, ciężko jechać, szczególnie pod górę. W miejscowości Livadia stajemy na piwko w przydrożnym barze. Do dwóch piw otrzymujemy talerzyk orzeszków ziemnych oraz po kieliszku raki. Oblewam się cała wodą z węża i ruszamy dalej. Po południu dojeżdżamy do Elafonisi. Przed zjazdem na plażę tankuję wodę do kanistra. Pełno ludzi i samochodów. Wybieramy oddalone miejsce, gdzie jest tylko kilka osób. Rewelacyjne miejsce. Przy samej wodzie. Jesteśmy tak głodni, że pierwsze co robimy to – jedzenie. Późnym popołudniem idę obejrzeć plażę ze słynnym różowym piaskiem. Okazuje się, że ten niby piasek to drobinki różowych muszelek startych siłą fal. Laguna rozpościera się na całą zatokę. Woda po kolana i na dodatek bardzo ciepła. Na plaży spora ilość parasoli i leżaków. Kilka fotek i wracam na swoje miejsce. Pod wieczór plaża się wyludnia. Planujemy spać obok krzaków, bez namiotu. Przechodzący obok nas Francuz, który przyjechał tutaj kamperem, wskazując na zbierające się czarne chmury proponuje rozbić namiot. Po chwili sami jesteśmy już o tym przekonani. Burza nadeszła tak szybko, że z ledwością udaje nam się go postawić. Trzaskają pioruny, wieje silny wiatr. Urwanie chmury. Szaleństwo trwa około godziny. Po tym czasie wszystko się uspokaja. Zasypiamy.

Dzień 5: Elafonisi – Kedrodasos – Paleochora

A po burzy przyszedł piękny dzień. Spokój i cisza o poranku. Plaża Elafonisi jest tylko do naszej dyspozycji. Pięknie. Dzisiaj planujemy przejść piechotą do laguny oddalonej około 2km na wschód. Przed wyjazdem oglądaliśmy zdjęcia na maps google i bardzo spodobało nam się to miejsce. Mamy dziś sporo czasu, gdyż nasz transport (mały statek) odpływa dopiero o 16. Dojście na plażę trochę nam zajmuje czasu. Dojście nie jest zbyt proste. Trzeba pokonać praktycznie cały kawałek pomiędzy dużymi głazami, kamolami lub po prostu po nich skakać. Trud jaki należy włożyć aby tam dotrzeć się bardzo opłaca. Widoki są przepiękne. Duża pusta plaża. Turkusowa woda, spokój i zachwycająca przyroda. Jedynymi osobami, które spotykamy w tym miejscu to para gejów, kąpiących się nago oraz dwie pary mieszane. Miejsce nazywa się Kedrodasos, naszym zdaniem to jedna z perełek wśród plaż . Plaża wypełniona jest białym piaskiem, wydmami oraz porośnięta drzewami cedrowymi. Jest to wspaniałe miejsce na rozbicie namiotu lub biwaku na kilka dni. My jednak po kąpieli wodnej oraz słonecznej wracamy na Elafonisi po swoje rumaki i ekwipunek. O 16 odpływamy do Paleochory. W miasteczku robimy fotki kościółka. Kupujemy bilety na jutrzejszy prom do Agia Roumeli. Dziś planujemy naładować akumulatory więc postanawiamy udać się na camping. Po drodze robimy zakupy w supermarkecie i piekarni.

Dzień 6: Paleochora – Agia Roumeli (wąwóz Samaria) – Hora Sfakion – 10km

O 8 rano odpływamy kolejnym wodnym transportem tym razem do Agia Roumeli. Z promu podziwiamy widoki południowego wybrzeża. Zostawiamy rowery przy wejściu do wąwozu Samaria i idziemy go zwiedzić. Robi na nas duże wrażenie. W pewnym momencie wąwóz zwęża się do niemal 3 metrowego przesmyku nad którym z dwóch stron pną się pionowe skały na wysokość około 500 metrów, niesamowite wrażenie. W wąwozie chłód i przyjemny mikroklimat. Po kilku kilometrach wracamy. Przed odpłynięciem promu przygotowujemy sobie obiad. Tradycyjnie makaron z pomidorowym sosem ze słoika. Pychota. Zrywa się bardzo mocny wiatr. Przy dość silnych porywach wiatru odpływamy. Pod wieczór wysiadamy z promu w Chora Sfakion. Wraz z nami na ląd wysiada cała masa turystów, na których czekają autokary. Są to osoby, które przeszły przez wąwóz Samaria, a jedyną drogą powrotu jest właśnie taki sposób. Wśród tej niezliczonej masy ludzi kierujących się na parking, gubimy zjazd na naszą drogę. Niepotrzebnie nadrabiamy wysokości, aby następnie z niej zjechać. Chcemy dotrzeć na wypatrzone wcześniej z maps.google miejsce naszej miejscówki na nocleg. Jest już szaro jak dojeżdżamy do celu. Jest to jedyna wzdłuż linii brzegowej z tej strony tawerna zlokalizowana bezpośrednio przy małej zatoce. Miły Grek pozwala nam rozbić namiot tuż przy swoim pensjonacie. Kolację jemy już przy świetle księżyca.

Dzień 7: Hora Sfakion – Frangokastello – Souda – 33,5km

Ruszamy tuż po śniadaniu. Na Krecie mijamy wiele malutkich mini kapliczek przy drogach, które symbolizują np. miejsca, w których ktoś zginął (u nas często spotyka się krzyże w miejscach wypadku). W tym miejscu akurat zginęłą młoda śliczna dziewczyna. We Frangokastello zjeżdżamy na pustą, ogromną plażę. Korzystamy z okazji i chłodzimy się w morzu. Co za upał! Nie spodziewaliśmy się takich wysokich temperatur o tej porze. Mijamy zamek – twierdzę zbudowaną w XIV wieku przez Wenecjan, która pamięta krwawą bitwę z XIX w. pomiędzy rebeliantami dążącymi do wyzwolenia Krety spod tureckiej okupacji a najeźdźcami z Turcji. W dniu dzisiejszym nawierzchnia drogi poprzeplatana, raz asfalt a raz szutrówki wzdłuż nadbrzeża. Są odcinki o tak dużym nachyleniu, że musimy prowadzić rowery, a i to czasami trudno. Po południu dojeżdżamy do Soudy. Podobnie jak kilka poprzednich, to miejsce również wypatrzyliśmy z google.maps podczas przeglądania zdjęć tam umieszczonych.Na końcu plaży za skałami znajduje się jaskinia. W niej spędzimy dzisiejszą noc. Od strony rzeczki, która obecnie tworzy stojący zbiornik wodny przypływają do nas domowe gęsi. Dosłownie napadają na nasze winogrona w reklamówce a następnie idą sobie popływać na pełne morze. Tę czynność powtarzają kilkukrotnie. Dokarmiamy żółwiki i węgorze zamieszkujące rzeczkę. Im bliżej wieczoru tym mniej ludzi na plaży. O z mroku zupełnie się wyludnia. Nawiązujemy znajomość z młodym barmanem z baru tuż przy plaży. Informuje nas, że jest tu bezpiecznie i możemy spokojnie spać w jaskini. Dla pewności sprawdzam jeszcze jak wygląda ona w głebi. Zwęża się i kończy skalną ścianą. Teraz mam pewność, że nie mieszkają tu dzikie zwierzęta i że nic nas nie odwiedzi podczas nocy. Od słowa do słowa i kieliszka do kieliszka. Wieczór mija nam w miłym towarzystwie. Barman wciąż nas częstuje swoim a my swoim winem. Po tej mieszance mam kołowrotek w głowie. Na szczęście Krzysiu o czasie przygotowuje nam posłanie w jaskini. Przy pełni księżyca udajemy się na nocleg. W nocy budzi mnie srebrny blask księżyca, który świeci mi prosto w twarz, oraz tworzy cudowny poblask na spokojnej tafli morza.

Dzień 8: Souda – Damnoni – Preveli – 20,5km

Śniadanie jemy poza jaskinią. Oczywiście mamy porannych gości czyli rodzinę gęsi na śniadaniu. Tuż po nim ruszamy w drogę. Jedziemy w stronę Preveli. Jest bardzo upalnie. Niby nie jest daleko, jednak upał daje we znaki. Dojeżdżamy do plaży Amoudi i pierwsza myśl to orzeźwiająca kąpiel w falach Morza Libijskiego, ale … okazuje się, że Amouli to plaża naturystyczna. Nie żeby nas to gorszyło, ale przy tak dużej grupie golasów brak nam odwagi na kąpiel w strojach Adama i Ewy. Za skałkami, 200m dalej znajdujemy następną, tym razem tekstylną plażę, chłodzimy się, uffff. Po małej przekąsce jedziemy dalej. Raz pod górę, z za chwilę w dół z przewagą pod górę, za to asfaltem. Przed zjazdem na drogę szutrową zatrzymujemy się przy starym weneckim moście i rozlewisku małej ale krystalicznej rzeki Megapotamos.

Od tego miejsca czeka nas trudny odcinek trasy. Pod górę, po szutrowej drodze, w pełnym słońcu. Najpierw spory odcinek pod górę aby serpentynami zjechać pod koniec trasy na sam dół. Teraz czeka nas pokonanie zbocza góry przenosząc rowery i bagaże na plażę Preveli. Na plażę Preveli nie ma drogi dojazdowej, można jedynie dojść kamienistą ścieżką wzdłuż wybrzeża lub dopłynąć od strony morza. Nie jest lekko, jednak naprawdę się opłaca. Najpierw przenosimy rowery po kilkanaście metrów cofając się po bagaże i tak kilkanaście razy powtarzamy tę czynność. Plaża Preveli jest piękna, pomimo pożaru, który w 2010r. doszczętnie spalił las palmowy znajdujący się przy plaży. Idziemy zwiedzić las palmowy, (po wielkim pożarze praktycznie nie ma śladu). Na samym końcu lasu Krzysiu uskutecznia kąpiel w rzece Megapotamos. Po spacerku szykujemy miejsce do spania pod dużymi starymi drzewami tamaryszkowymi. W nocy jesteśmy tylko my, para z Austrii oraz dwie gęsi.Po pólnocy z gaju palmowego docierają dziwne dźwięki jakiegoś bliżej nieokreślonego zwierzęcia.

Dzień 9: Preveli – Agia Galini – 35km

O poranku idę na krótki spacer wzdłuż morza. Po śniadaniu ponownie przenosimy nasz dobytek na drugą stronę góry. W pobliskiej i jedynej tawernie zaopatruję się w wodę do picia i przy okazji do umycia. Poranek jest tak gorący a fale takie kuszące, że postanawiamy się jeszcze wykąpać przed jazdą. Słodką wodą opłukuję się i myję dodatkowo głowę i zęby. Dzisiejszy dzień to przede wszystkim jazda drogami szutrowymi wzdłuż naprawdę cudownego wybrzeża. Widoki oszałamiające. Za każdym zakrętem zachwycają. Pokonujemy dość duże przewyższenia. Czasami jest tak stromo, że ledwo wprowadzam rower. Końcowa część trasy jest wybitnie pod górę. Na szczęście droga jest asfaltowa. Gdy jesteśmy na samym szczycie słyszymy grzmoty i nad nami kotłują się czarne chmury. Z duszą na ramieniu czym prędzej zjeżdżamy w dół.

W mieście Agia Galini zatrzymujemy się pod sklepem spożywczym. Czarne chmury jak w jakimś kotle pozostają nad górami, które nie przepuszczają ich dalej. Nad nami słońce i czyste niebo, a tam czarno. Zjeżdżamy na promenadę. Typowa turystyczna mieścina. a szczęście nie jest zbyt duża i ma tzw. klimat miejscowości wypoczynkowych. Wzdłuż promenady dużo restauracji i barów. Zapachy zachęcają do zatrzymania się na posiłek. Kierujemy się na camping. Rewelacyjny basen zachęca do kąpieli i niezwłocznie z niego korzystamy. Po rozbiciu namiotu idziemy na spacer oraz coś zjeść do jednej z nadmorskich tawern. Zamawiamy tzatziki, piwo i jakąś grecką potrawę, której nazwy już nie pamiętam. Zachód słońca nad morzem, ciepły wiaterek, miło. Dodatkowo od pani kelnerki otrzymujemy kieliszek raki i talerzyk z pokrojonymi owocami – gratis).

Dzień 10: Agia Galini – Spili – Rethimno -56km

Przed nami przejazd przez wyspę w poprzek, z wybrzeża południowego na północne. Dość spore podjazdy. Upał doskwiera nam cały dzień. W przydrożnej małej kawiarni zlokalizowanej na przełęczy zatrzymujemy się aby wypić kawę. Droga raz wznosi się a raz opada. W jednej miejscowości przez którą przejeżdżamy zatrzymujemy się aby zrobić zakupy oraz w cieniu odpocząć. Mniej więcej od połowy trasy mamy już z górki. Jazda staje się przyjemna i bez wysiłkowa. Zatrzymujemy się również przy obficie obsypanymi krzakami winogron, których nikt nie chce nawet oberwać. Napychamy się do syta ale i zrywamy ich sporo do pojemnika – na „potem”. Zauważamy, że zmieniła się roślinność po drugiej stronie wybrzeża. Jest też znacznie chłodniej a przynajmniej – odczuwalnie chłodniej, lecz nadal ciepło. Zjeżdżamy serpentyną do samego miasta Rethimno. Jedziemy promenadą do końca, potem pomiędzy budynkami na dziką niezagospodarowaną plażę. Nie ma tu już równo ustawionych leżaków. Okazuje się , że 100metrów od nas jest camping. Zastanawiamy się czy się tam udać, czy spać na plaży. Wygrywa plaża. Robimy sobie wieczorną ucztę. Idę się wykąpać pod natrysk na camping. Po zachwycającym zachodzie słońca wdłubujemy się po szyję w nasze śpiwory. Obserwujemy kolejne samoloty podchodzące do lądowania. Jednym z nich przyleci moja siostrzenica z mężem z którymi mamy się jutro spotkać. Niestety nie przychodzi nam tak łatwo zasnąć. Co pewien czas pojawiają się tutaj jacyś ludzie. Albo z psem, albo pobiegać, albo po prostu posiedzieć nad morzem. Jeden z miejscowych wyraźnie nas obserwuje. Jest już zupełnie ciemno a on wciąż krąży wokoło nas. Wkurzam się i po prostu idę z nim porozmawiać. Gdy jego ciekawość zostaje zaspokojona w temacie – kim jesteśmy, odchodzi. Noc nie należy dla mnie do spokojnych. Wciąż mam obawy, że ktoś może znowu się tutaj pojawić bez zaproszenia.

Dzień 11: Rethimno – Kavros – 23,5km

Poranek podobnie jak i zachód zachwyca barwami na niebie. Część osób specjalnie przyszła obejrzeć wschód słońca. Nie ma na co czekać. Po śniadaniu ruszamy w drogę. W Rethimno , na jednej z hotelowych plaż wchodzę pod natrysk i funduję sobie porządną kąpiel w słodkiej wodzie. Zwiedzamy stare miasto. Wąskie uliczki miejscami wręcz uniemożliwiają przejazd rowerem. Jedziemy wzdłuż wybrzeża wśród palm. Niestety główną drogą więc na spokój nie ma co liczyć. Jedynym plusem jest gładka nawierzchnia. Północne wybrzeże wyspy znacznie różni się od południowego. Poza kilkustopniową różnicą temperatury, roślinnością, różni się drogami i natężeniem ruchu. Na południu spokój, szutry, brak ruchu samochodowego, tutaj na odwrót, asfalt, samochód za samochodem. Momentami jedziemy z duszą na ramieniu. Niektóre samochody wyprzedzają nas niemalże muskając lusterkami. Zatrzymujemy się na kąpiel i krótką przerwę w bardzo ładnym miejscu przy rozlewisku powstałym z krystalicznie czystego potoku. Od tego miejsca przez kilka kilometrów jedziemy boczną drogą, wzdłuż ogromnej i szerokiej plaży. Bez problemu odnajdujemy hotel, w którym moja siostrzenica wypoczywa. Idziemy na plażę przy hotelu. Bez problemu wypatrujemy młodych w morzu. Jakież jest ich zaskoczenie na nasz widok. Zostajemy w tym miejscu do dnia następnego. Noc spędzamy na leżakach hotelowych, zawinięci po uszy w śpiworach. Około godziny 1 w nocy ochroniarz z hotelu nas budzi. Po grzecznej wymianie zdań, pozwala nam zostać w tym miejscu do godziny 6. Nocleg na leżakach okazuje się bardzo wygodnym rozwiązaniem.

Dzień 12: Kavros – jezioro Kourna – Georgioupoli – 20km

Około godziny 6.30 budzi nas ochroniarz. Przenosimy nasze rzeczy w inne miejsce. Obserwujemy jak goście hotelowi już od 7 rano przychodzą zajmować najlepsze miejsca na całodniowe opalanie. Jak dla nas nie do pojęcia, że można cały dzień leżeć w jednym miejscu i tak przez 14 dni. Ale – co kto lubi. Około 10 startujemy w drogę. Jedziemy w góry aby zobaczyć jezioro, które na fotografiach bardzo interesująco się prezentowało. Jakoś nieopacznie plączą nam się dróżki i nadrabiamy kilka kilometrów pod górę. Po drodze napotykamy na ładny kościół. Nie potrafię nawet powiedzieć jak nazywa się ta miejscowość, wystarczy spojrzeć tylko na znak w jaki był stanie. Z drugiej strony dzięki temu mamy możliwość podziwiać jezioro w całej okazałości. Chwilę odpoczywamy nad jeziorem. Jest tu sporo turystów, zarówno wokół jeziora jak i na samym jeziorze w pływających łódkach. Kilka barów, punktów z pamiątkami. Nie przepadamy za tłumem turystów więc czym prędzej odjeżdżamy. Dzisiaj pokonujemy dosłownie kilkanaście kilometrów. Trasy zostało nam niewiele a czasu do odlotu dość sporo. Zatrzymujemy się na plaży pomiędzy wydmami w Georgioupoli. Dochodzimy do wniosku, że jest to dobre miejsce na nocleg i zostajemy.

Dzień 13: Georgioupoli – Kalives – Souda -46km

Odbijamy w stronę lądu. W Kalives zajeżdżamy do sklepu na małe zakupy. Szukamy miejsca do kąpieli jednak w tej miejscowości tylko kamieniste wybrzeże. Gdy tylko znajdujemy dogodne miejsce stajemy na kąpiel. Do Soudy spory ruch samochodowy. Nieciekawe wybrzeże portowe. Obserwujemy zatowarowanie promu. Kolejną przerwę na kąpiel robimy w zatoce. Bardzo łagodne zejście do wody, ciepła woda i co więcej natryski i pusta plaża. Pytamy właściciela tawerny czy można rozbić u niego za siatką namiot. Nie ma z tym problemu, więc zostajemy. W między czasie udajemy się na ostatnie, duże greckie zakupy. Gdyby nie ciągły ruch samochodowy noc byłaby spokojna. Bliskość drogi prowadzącej z lotniska zapewnia nam przez całą noc hałas od przejeżdżających samochodów, motorów i autokarów.

Dzień 14: Souda – plaża Stefanou -22km

Cudowny wschód słońca. Jeden z piękniejszych jakie widziałam. Chwytam za aparat i pstrykam zdjęcia jedno za drugim. Śniadanie konsumujemy na plaży. Wykorzystuję obecny tu natrysk, kąpię się i myję włosy. Teraz mogę jechać w drogę. Dziś planujemy dojechać do małej przecudownej zatoczki, którą wypatrzyliśmy na maps.google. Po drodze, obok lotniska sprawdzamy czy nasze kartony na rowery nadal są w krzakach. Tankujemy w pobliskim barze kilka litrów wody do picia. Musi nam jej wystarczyć do jutra. Odnalezienie zatoczki nie należy do prostej rzeczy. Kilka kilometrów jedziemy pod górę. Nieopacznie wjeżdżamy w szutrową drogę, która okazuje się ślepa. Krzysiu łapie flaka. W tym czasie ja jadę na poszukiwania. W najmniej niespodziewanym momencie w końcu natrafiam na widok na wspomnianą wcześniej zatoczkę. Znajduje się ona kilkaset metrów poniżej. Przed nami bardzo ostry zjazd. Jest tak stromo, że dla bezpieczeństwa sprowadzam rower. Zejście z rowerami na samo dno zatoczki okazuje się niemożliwe. Zostawiamy rowery pomiędzy skałami i przykrywamy je folią. Zabieramy tylko to co niezbędne aby przenocować na plaży. Zejście okazuje się dość trudne ale nie niemożliwe. Miejsce przeurocze i grzechem byłoby nie skorzystać z tak uroczej miejscówki. Woda krystaliczna. Jest trochę osób, jednak im później tym ta liczba maleje. Pod wieczór zostajemy sami. Rozkładamy materace blisko wody. Późnym wieczorem odwiedza nas stado kóz i owiec.

Dzień 15: Plaża Stefanou – lotnisko – 10km

Z wielkim żalem opuszczamy to miejsce. W przyszłości chcielibyśmy przyjechać tu z naszymi dziećmi. Podjazd a właściwie podprowadzanie roweru jest niezwykle trudne. Nachylenie drogi jest tak duże, że rower z trudem trzyma się nawierzchni. W drodze na lotnisko spotykamy polską parę turystów-studentów. Podobnie jak my w poszukiwaniu tej magicznej zatoczki skręcili w niewłaściwą drogę prowadzącą donikąd. W godzinach popołudniowych dojeżdżamy do lotniska. Pakowanie rowerów, przepakowywanie sakw zajmuje nam około dwóch godzin. Lot mamy opóźnione o ponad godzinę. O wrażeniach z lotu nie mogę nic napisać, gdyż podczas jego trwania śpię całą drogę po tabletce nasennej.

KOSZTY KRETA
dojazd i powrót-lotnisko we Wrocławiu- 100zł
samolot do Chanii – 2118zł
promy na Krecie – 300zł
wyżywienie+pozostałe wydatki na Krecie – ok.1200zł
ubezpieczenie – 200zł
noclegi płatne (3 x kamping-namiot) – 200zł
Razem: 4118zł/2 osoby