Zielono mi, gdy wiosna i towarzystwo w podróży

Mapa wyprawy

Dzień 1  Kamieniec Ząbkowicki – Bolesławów  44,0 km:

Do Kamieńca Ząbkowickiego dojeżdżamy samochodem. Mijając tablicę miasta rozglądam się za miejscem postoju dla naszych samochodów. Zostawiamy je tuż obok prywatnych poniemieckich domów jednorodzinnych, na podwórku.W miarę sprawnie przygotowujemy nasze rowery do wyjazdu. Po chwili dołączają do naszej czwórki – znajomi (małżeństwo Ewa i Artura),których  poznaliśmy przez Internet ( zapaleni rowerzyści z Kędzierzyna – Koźla). Wspólnie w szóstkę rozpoczynamy naszą przygodę kierując się najpierw do Złotego Stoku. Pogoda wyśmienicie dopisuje. Słońce mocno grzeje. Jedzie się bardzo przyjemnie. W Złotym Stoku robimy małą przerwę. Od tej chwili praktycznie do samego Lądka Zdroju droga wije się pod górkę przez cudnie zalesione góry. Przyjemny chłód towarzyszy nam przez całą drogę

Nasza trasa niczym serpentyna wciąż pnie się coraz wyżej i wyżej. Napotkane po drodze źródełko czystej górskiej wody przynosi trochę ulgi, jednak nie na długo. Wciąż  pokonujemy dość trudne i długie wzniesienie. Gosia za pomocą hollu zostaje wwieziona przez Tomka na szczyt. Trzeba przyznać, że może to i śmiesznie wygląda ale najważniejsze, że ta metoda odnosi sukces i Gosia dzięki niej dociera na samą górę. Zjazd z góry do samego Lądka Zdroju okazuje się nagrodą za nasze wysiłki. Ostre zakręty i spore nachylenie uniemożliwia nam swobodny zjazd. W centrum Lądka udajemy się na lody i piwo. Po krótkiej przerwie wsiadamy na rowerki i jedziemy dalej w kierunku Stronia Śląskiego. Powoli rozglądam się za ewentualnym miejscem na nocleg. W miejscowości Bolesławów przy ostatniej posesji napotykamy na dużą ładną łąkę nad samym potokiem. Dodatkową atrakcją jest mała kaskada. W tym miejscu za zgodą gospodarza rozbijamy nasz biwak. Przygotowujemy wspólną kolację a dla rozgrzewki pijemy po kieliszku nalewki, tym bardziej  że dziś są moje urodziny.

Dzień 2  Bolesławów – Międzygórze  45,0 km:

Noc chłodna. Na szczęście w naszych śpiworach nie marzniemy. Ewa z Arturem troszkę zmarzła, ale generalnie wszystko było ok. Słońce od rana ostro przygrzewa. W oddali na szczycie Śnieżnika dostrzegamy mieniącą się w słońcu resztkę śniegu. Poranna toaleta w zimnym potoku budzi nas do życia. Po zapakowaniu się na rowery  jedziemy do pobliskiego sklepu na zakupy. Dalsza droga mija bardzo przyjemnie. Widoki są naprawdę bardzo ładne. Przez pomyłkę wjeżdżamy zbyt szybko do lasu i tu czeka nas po chwili niemiła niespodzianka. Zaczęło się błocko po kostki. Po uporaniu się z trudami tej przeprawy okazuje się, że nie to dobry zjazd z drogi i musimy nawrócić. Z tego wszystkiego Ewa niefortunnie kaleczy sobie nogę. Na szczęście czysta woda w potoku i niezbędna podręczna apteczka ratuje sytuację i nogę. Wracamy na główną drogę i  po około dosłownie 100 metrach skręcamy do lasu na właściwy szlak.

Droga ostro pnie się pod górkę. Na dodatek jest zwykłym leśnym duktem z wystającymi kamieniami. Słońce przygrzewa coraz mocniej. Rozpoczynają się górskie szlaki  i piękne widoki. Majowa świeża zieleń dopełnia resztę. Co chwilę robimy zdjęcia aby niczego nie pominąć.  Na szczycie roztaczają się przed nami cudne widoki i piękna panorama gór. Teraz czeka nas tylko super długi zjazd do samego Kletna. Droga pokryta żwirem uniemożliwia uzyskanie dużych prędkości. Na dole długo  z Krzysiem czekamy na pozostała czwórkę. Okazuje się, że Artur miał awarię roweru ( pękła szprycha ) a Gosia awarię oka ( coś jej się wbiło ). W ośrodku kolonijnym przy którym stoimy robimy przymusową przerwę na obiad oraz naprawę roweru i oka. Przy tej okazji korzystamy z porządnych łazienek. Tomek leczy oko Małgosi a Artur leczy rower. Od tej pory Ewa z uwagi na mniejszą wagę ciała poruszała się na rowerze Artura co i tak nie wróży dłuższej jazdy i rozwijania większych prędkości na rozcentrowanym kole. Dojeżdżamy do parkingu przy jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Parking cały pozastawiany samochodami. Od tej chwili zaczyna  się morderczy podjazd pod górę. Na szczęście las chroni nas przed palącym słońcem.

Widoki po dojechaniu na szczyt rekompensują trud podjazdu. Jest po prostu cudnie. Błękit nieba poraża swoim kolorem. Zjazd do Siennej jest czystą przyjemnością. A po zjeździe jak to w górach  przeważnie zaczyna się podjazd. Powoli zaczynamy  wdłubywać się na przełęcz Puchaczówka. Jest to miejsce w którym umówiłam się z kolegą z Bystrzycy Kłodzkiej ( również poznany w sieci). Tomek z Bystrzycy okazuje się miłym młodym człowiekiem. Przedstawia nam propozycję trasy którędy najlepiej jechać aby dostać się do Międzygórza. Zjazd z przełęczy to odcinek na którym można pobijać  rekordy prędkości. Gdyby nie te zakręty ….ech. Ewa z uwagi na uszkodzony rower nie może pozwolić sobie na rozwinięcie takich jak my prędkości ale najważniejsze, że awaria pozwala jej w ogóle jakoś jechać. W Idzikowie nasze drogi się rozjeżdżają. Ewa z Arturem muszą wracać do domu. Postanawiają dojechać do Kłodzka rowerem i stamtąd już pociągiem dalej udać się do domu. My jedziemy w stronę Międzygórza. W następnej miejscowości odłącza od nas Tomek z Bystrzycy. Teraz nasza podróż odbywa się w czwórkę. W Międzygórzu po znalezieniu miejsca na nocleg jedziemy na zakupy. Z Krzysiem idziemy w miasteczku na pizzę, która okazuje się niewypałem. Niespełna pół roku wcześniej pizza w tym samym miejscu była znakomita a teraz wręcz nie do zjedzenia. Wieczór na biwaku jest bardzo przyjemny. Korzystamy z gorącego natrysku, potem jemy pyszną kolację i podziwiamy fioletowo-czerwony zachód słońca w Międzygórzu.

Dzień 3  Międzygórze – Karłów 62,2 km:

Słońce leniwie wyciąga nas z namiotów. Poranna rosa rozpościera się na całej  łące, aby już po chwili w porannych promieniach wyparować. Dość późno jak na nas wyruszamy w drogę. Gosia z Tomkiem powoli pakują swoje bagaże. W końcu ruszamy w drogę. Tereny w większości są bardzo rozległe i niezalesione aż do miejscowości Gniewoszów. Pokonujemy wyjątkowo długi podjazd. Nasza trasa wije się wzdłuż czeskiej granicy. Podjazdy z każdym depnięciem robią się coraz częstsze. Widoki również coraz ciekawsze. Słońce porządnie przypieka. Gosia z obawy przed spaleniem przedramion nakłada cienką kurtkę z długim rękawem. Gdy dojeżdżamy do Lasówki zapada decyzja ze strony Tomka i Gosi, że zjeżdżają do domu. Towarzyszymy im do Dusznik

Jedziemy do centrum na rynek miejski. Gosia z Tomkiem robią małe zakupy na drogę. Siedzimy na ławce. Po chwili  podjeżdża do nas para rowerzystów. Pytają o nasze sakwy tzn gdzie je kupiliśmy. Rozmawiamy z nimi chwilę o tym gdzie jeździmy i dokąd się wybieramy. Aby nie tracić więcej czasu jedziemy na dworzec pkp. Zegnamy się z Gosią i Tomkiem Gosię i jedziemy w kierunku Karłowa pod górę Strzeliniec. Po chwili spotykamy zapoznaną wcześniej parę rowerzystów. Od słowa do słowa i umawiamy się, że wskażą nam miejsce na ewentualny dzisiejszy nocleg, gdyż sami nocują w starym walącym się domu w Karłowie. Na miejscu okazuje się, że wskazane przez nich miejsce na nocleg to kawałek czarnej ziemi u pijaczka.W rezultacie śpimy na uroczej łące tuż przy walącym się domu, w którym tymczasowo oni wypoczywali. Dom jest w takim stanie, że nawet nie ma zamka w drzwiach. Wieczór mija nam bardzo przyjemnie. Wspólnie pijemy winko i rozmawiamy do nocy.

Dzień 4  Karłów – Kamieniec Ząbkowicki  54,5 km:

I znowu piękne słońce budzi nas rano do życia. Widok z namiotu na Strzeliniec nastawia nas bardzo pozytywnie. Postrzępione szczyty góry mieni się w porannych promieniach słońca. Wstajemy na tyle wcześnie, że Marek i Mira jeszcze śpią. Po śniadaniu i porannej toalecie w trakcie szykowania się do drogi z domu wychodzi Marek. Zdziwiony, że tak wcześnie wstaliśmy pije z nami kawę. Po chwili żegnamy się życząc im wszystkiego najlepszego. Ruszamy w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego ustaloną wcześniej trasą przez Batorówek i Bardo.

Od wczesnego ranka nasze oczy cieszą się pięknymi widokami. Jedziemy starą wąską drogą przez las. Za Batorówkiem po długim zjeździe dojeżdżamy do krzyżówki z drogą prowadzącą z Karłowa do Dusznik Zdroju. Od tego miejsca kończą się zalesione tereny. Krajobraz zmienia się w rozległe pola, pokryte kwitnącym na żółto rzepakiem. W powietrzu unosi się jego słodki zapach. Gdy stajemy wśród żółtych łąk wyraźnie słyszymy szum pracujących pszczół. Taki widok, dźwięk i zapach towarzyszy nam do końca jazdy to jest do Kamieńca Ząbkowickiego.
Maj 2005r

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.