Korsyka – klejnot morza Śródziemnego. Gdy raz ją odwiedzisz, zawsze będziesz chciał powrócić.

Po kilkunastu godzinach jazdy samochodem w końcu dojeżdżamy do Livorno, miasta z którego odpływa nasz prom na wyspę. Pogoda jest tu zupełnie inna od tej, którą zostawiliśmy w kraju.

Trasa wyprawy

mało czytania, dużo oglądania – link do fotorelacji:

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/Korsyka2010WyprawaRowerowa 

Dzień 0:  11.09.2010r. dst. 0km    Zielona Góra – Bastia
„powrót do lata”

Po kilkunastu godzinach jazdy samochodem w końcu dojeżdżamy do Livorno, miasta z którego odpływa nasz prom na wyspę. Pogoda jest tu zupełnie inna od tej, którą zostawiliśmy w kraju. Upał. Odnosimy  wrażenie jakbyśmy znowu znaleźli się w środku lata. Do odpłynięcia promu czekamy 3 godziny. Podróż upływa dość przyjemnie. Czas spędzamy na zwiedzaniu promu, kilkukrotnym  zmienianiu miejsca siedzenia, piciu naprawdę pysznej kawy oraz słuchaniu koncertu fortepianowego live. Do Bastii dopływamy około godziny 19. Temperatura pomimo wieczorowej  pory dość wysoka, zwiastująca ciepłą noc. Po opuszczeniu promu jadąc przez Bastię wręcz nie możemy uwierzyć, że w końcu jesteśmy na wyspie i od jutra zaczyna się nasza przygoda. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem pierwszych uroków wyspy. Dojeżdżamy na pierwszy nasz Camping, Les Oranges w Miomio. Właścicielka na szczęście posługuje się językiem angielskim co znacznie ułatwia nasz kontakt z uwagi na naszą nikłą  znajomość francuskiego, która ogranicza się do kilku niezbędnych zwrotów. Cena noclegu niestety dość wysoka. Z samochodem koszt zamyka się w cenie 21 euro. Miejsca na rozbicie namiotu nie jest zbyt dużo. Camping składa się z trzech niewielkich tarasów, na których już stoi po kilka namiotów. Znajdujemy miejsce przy namiocie starszego małżeństwa z Niemiec. Rozbijamy się w cieniu dużych eukaliptusów. Gdy robi się coraz ciemniej na nasz camping przyjeżdżają rowerzyści z Czech, którzy właśnie kończą wyprawę rowerową po wyspie. Ze względu na to, że ten camping jest jedynym czynnym o tej porze roku i znajduje się najbliżej portu, traktowany jest przez turystów  jako miejsce rozpoczynania lub kończenia wyprawy po wyspie. Zasypiamy bardzo szybko po trudach długiej podróży. Noc mija spokojnie.

Dzień 1:  12.09.2010r. dst. 36km    Bastia – Saint Florent
powitanie z korsykańską plażą

Słoneczny  poranek  i błękit  nieba zachęca nas do jak najszybszego opuszczenia campingu i odstawienia samochodu na czas jego postoju w oczekiwaniu na nasz powrót z wyprawy. Pakując się do samochodu do naszych uszu dobiega głośny dialog w języku polskim z okien pobliskiego domu. Z treści tej rozmowy wynika, że nie tylko nasi rodacy przyjeżdżają tu w celach turystycznych ale po prostu za tzw.chlebem. Kończymy śniadanie i odstawiamy nasz samochód. Rozpoczynamy jazdę rowerami. W centrum Bastii na głównym placu odbywa się targ. Oprócz ręczników, starych książek, butów można obejrzeć szereg  innych drobiazgów. Wyjeżdżamy z miasta. Rozpoczynamy pierwszy poważny podjazd od poziomu  0m n.p.m. na przełęcz na wysokość 536m n.p.m. W czasie podjazdu towarzyszy nam cudowny widok na część wschodniego wybrzeża oraz jeziora de Biguglia i rezerwatu przyrody. Jest bardzo gorąco. Droga powoli pnie się do góry. Roślinność staje się coraz bardziej uboga. Robimy przerwę siadając na murku pod starymi eukaliptusami tuż przy drodze. Parzymy kawę i objadamy się rogalikami z Polski przegryzając brzoskwiniami. Zachwycamy się widokami. Zjeżdżając mijamy miejscowość Patrimonio,  w której zachwycam się architekturą kościoła zbudowanego z kamieni. Po zjechaniu z przełęczy znajdujemy się już na zachodnim wybrzeżu wyspy. Przejeżdżając tuż przy plaży korzystamy z naszej pierwszej morskiej kąpieli w turkusowej wodzie. Plaża kamienista, jednak ciepła morska woda, błękit nieba, brak ludzi  i piękne palmy rekompensują niewygodne chodzenie  po plaży. Po południu dojeżdżamy do Saint Florent. Miejscowość typowo  turystyczna. W centrum miasteczka wiele kawiarenek z wystawionymi stolikami w swoich ogródkach oraz małych restauracyjek. Postanawiamy przysiąść w jednej z nich i spróbować jak smakuje korsykańska pizza. Kelner wskazuje miejsce i karze nam czekać aż przyjdzie. Czekamy i czekamy do chwili kiedy po prostu przechodzi nam ochota na dalsze czekanie i pizzę, gdyż trwa to zbyt długo. Opuszczamy lokal w nadziei, że zjem sobie lody. Hm?.i docieramy do lodziarni.  Sprzedawczyni próbuje uczyć nas francuskiego wciąż poprawiając naszą wymowę i wymądrzając się przed innymi kupującymi doprowadzając nas niemalże do szału. Lody okazują się niedobre podobnie zresztą  jak podejście sprzedawczyni do klientów. Powoli robi się wieczór i postanawiamy zostać na campingu Kaliste,  który napotykamy po drodze. Nieprawidłowo odczytujemy cennik i w rezultacie płacimy więcej niż  przewidzieliśmy wcześniej. Cena końcowa za dwa rowery i dwie osoby wyniosła17,60 euro. Camping składa się jakby z boksów wydzielonych żywopłotem z przyciętych orchidei. Nasz namiot stawiamy pod wielkimi eukaliptusami obok dużej opuncji i juki. Z recepcji campingu wysyłam kartki do Polski. Udając się do namiotu nawiązuje rozmowę z nami Niemiec, który widząc nasze rowery i Polską flagę zauważa, że jesteśmy  Polakami. Opowiada o tym jak pracował i mieszkał w Poznaniu. Przyjechał na urlop z rodziną na Korsykę. Z uwagi na to, że w zeszłym roku był na Sardynii, szczerze poleca nam tam wyjazd ze względu na niższe ceny i bardziej przyjaznych ludzi.  Zachód słońca wyjątkowo przyjemny. Siedzimy sobie przed namiotem, cieplutko,  pijemy piwko i zachwycamy się cudnym zapachem eukaliptusa. W nocy dobiegają do nas dźwięki ptaka, które będą nam towarzyszyć prawie każdej nocy na tej wyprawie.

Dzień  2 –  13.09.2010r. dyst. 59km   Saint Florent – Marine de St-Ambroggio
” w gościnie u Korsykanina

Budzimy się o godzinie 8. Dzień piękny i słoneczny. Niebo błękitne. Po śniadaniu i powolnym spakowaniu dopiero o godzinie 10 opuszczamy camping. Od razu zaczyna nam się podjazd. Odbijamy od morza przecinając Desert des Agriates, mijając po drodze Baccialu. Pokonując  przełęcz docieramy do krzyżówki z główną drogą nr N1197. Droga bardziej uczęszczana. Dojeżdżamy do Les Jardins  gdzie w przydrożnym sklepie mieszczącym się w dużym namiocie kupujemy wino, miód korsykański, małe pizze, oraz melona. Zostajemy na chwilę aby napić się  z beczki zimnego korsykańskiego piwa Pietra. Piwo bardzo smaczne ale i nie tanie. ( 0,25l w cenie 4 euro ). Cena skutecznie odstraszyła nas od zamówienia następnego. Wiedząc o tym w jak niedalekiej odległości czeka na nas cudowna zatoczka przed plażą (fr.Plage) de Ostriconi. W Ogliastro przejeżdżamy przez teren campingu aby dotrzeć bezpośrednio na plażę. Warto było wcześniej przed wyprawą dołożyć starań aby dokładnie przejrzeć mapy, przeczytać inne wyprawy żeby dotrzeć bez problemu w miejsca do których chcieliśmy. Plaża nas oczarowała. Aby dotrzeć do brzegu morza trzeba było przejść przez rzekę. Woda w rzece (choć trudno nazwać to rzeką ,gdyż była to woda bardziej stojąca niż płynąca ) była chłodniejsza niż woda w morzu.

Rowery pozostawiliśmy pod opieką pewnego chłopaka, który okazał się Brazylijczykiem mieszkającym w Niemczech.  Jako jedyny na tej plaży mógł zaopiekować się nie tylko swoją mała córeczką Felicją ale i naszym sprzętem. Jako pierwszy podszedł do nas wypytując o cel naszej wyprawy oraz o nasz sprzęt. Okazało się ,że kiedyś dopóki się nie ożenił jeździł podobnie jak my na wyprawy. Po cudownej kąpieli morskiej i spłukaniu się w rzeczce ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw czekał nas spory podjazd. Potem na dość dużej wysokości droga się ustabilizowała i wiła się zboczem skał. Przez cały czas do miejscowości Lille Rousse (tł. Wyspa Róż ) towarzyszyły nam piękne widoki  na skaliste wybrzeże usytuowane dużo poniżej drogi. Turkusowa woda, żółto-pomarańczowe skały w popołudniowym blasku słońca po prostu zachwycały. W mieście postanawiamy w końcu spróbować korsykańskiej pizzy. Udaje nam się zjeść naprawdę smaczną pizzę o smaku trzech serów. Aby uszczęśliwić się do końca zamawiamy piwo. W mieście pytamy o sklep spożywczy, po czym robimy zakupy w markecie sieci Casino. Wjeżdżając do sklepu, murzyn sprzedający zabawki dla dzieci oferuje nam, że popilnuje naszych rowerów.

Robimy nasze pierwsze większe zakupy ( mleko,  czekolada, piwo, woda, chleb, masło, brzoskwinie ).Z trudem wyjechaliśmy z zatkanego korkiem miasta. Na szczęście mając rowery zgrabnie można wymijać kolejne samochody. Po opuszczeniu miasta znów jedziemy panoramiczną drogą z widokiem na morze. Za miejscowością Marine de St.Ambroggio nocujemy niedaleko domu Korsykanina, który nie tylko zezwala nam się rozbić ale też częstuje zimnym piwem, przynosi przedłużacz elektryczny a także proponuje korzystać z wody. W zamian za gościnę częstujemy Korsykanina małą wódką żołądkową, którą profilaktycznie zabrałam ze sobą na wyjazd. W czasie rozbijania obozowiska towarzyszą nam dwa przyjazne nam psy. Piękne zachodzące słońce odbijając się w górach powoduje, że nabierają one lekko czerwonej barwy. Dzięki temu, że mamy dostęp do prądu ładujemy nasze komórki i akumulatorki. W nocy szaleje burza w górach i pada deszcz. Jak co noc przed zaśnięciem słyszymy charakterystyczny odgłos ptaka. ( słyszalny coś w rodzaju krótkiego tio).

Dzień 3  14.09.2010r.  dyst. 59km   Marine de St. Ambroggio  – Galeria
„w poszukiwaniu rzeki Fango

Pomimo burzy noc mija spokojnie. Po wyjściu z namiotu do naszych nosów dociera piękny zapach. Próbuję umiejscowić jego źródło. Okazuje się, że tak intensywnie pachnie eukaliptus po deszczu. Po śniadaniu wyruszamy. Niebo błękitne, słońce w pełni. Dzień rozpoczynamy od podjazdu do miejscowości Lumio. Wciąż towarzyszą nam piękne widoki na zatoczki, które przy tej wysokości można oglądać z drogi w pełnej krasie i ten otaczający nas zapach wyspy. Aromat różnych ziół, anyżu pomieszanego z miętą i  mirrą, nuta limonki – to wszystko tworzyło kompozycję zapachu tak bardzo tożsamego z wyspą. Z dala podziwiamy położoną nad zatoką cytadelę w Calvi w której mieszczą się koszary Legii Cudzoziemskiej.  W markecie Casino na obrzeżach miasta robimy drobne zakupy. Zjeżdżamy na plażę w miasteczku aby zrobić zdjęcie cytadeli. W napotkanym po drodze sklepiku z gazetami kupujemy naklejki na sakwy z symbolami Korsyki. Jadąc wąskimi uliczkami Calvi podchodzą do nas Polacy. Dwóch turystów widząc naklejki z flagami Polski od razu nawiązuje rozmowę w stylu dokąd jedziecie?, skąd jedziecie? e.t.c. Okazuje się, że panowie są tutaj po raz trzeci na urlopie i nie jest to ich ostatni raz pobyt na wyspie. Opuszczamy miasto uwieczniając je na kolejnej fotce. Już po kilku kilometrach naszym oczom ukazują się cudowne widoki kolejnych turkusowych plaż i biało-żółtych skał.

Droga wije się tuż nad stromym brzegiem.  Pod nami pojawia się malutka zatoczka. Samotna para na plaży. Postanawiamy wykąpać się i zjeżdżamy na następną plażę do zatoki  Baie de Nichiareto. Korzystając z opisu wyprawy”rowerowej rodzinki” z łatwością trafiamy w miejsce gdzie znajduje się wanna ze słodką wodą ze spływającego strumyka prosto z gór. Niestety o tej porze roku (sucha pora) wanna naokoło brzegu porośnięta jest glonami jednak jest na tyle wody w innych zagłębieniach, że swobodnie możemy z niej skorzystać aby spłukać sól morskiej wody. Spędzamy tu miłe chwile. W tym miejscu brak jest turystów co umożliwia swobodne opalanie się bez strojów. Cała plaża usłana wielkimi kamieniami mocno nagrzanymi słońcem. Wokoło cisza.  Cudowna beztroska. Czas jaki tu spędzamy pozwala nam przegryźć kabanosa, wypić po piwku i dać mu czas wyparować przed dalszą jazdą.   Droga, którą następnie pokonujemy  wyraźnie odbija w kierunku lądu aby po kilku kilometrach znowu zbliżyć się do morza. Wyjeżdżając zza kolejnej góry naszym oczom w oddali ukazuje się miejscowość Galeria. Kierujemy się w kierunku miasteczka. Z przykrością widzimy, że rzeka Fango z którą wiązaliśmy nadzieję na kąpiel wyschła. Smutny to widok patrzeć na wyschnięte dno rzeki pokryte na całej powierzchni kamieniami zamiast lustrem wody. Jedynie końcowy etap rzeki przy ujściu do morza pozostał nie wyschnięty.Na rozlewisku pływają kajaki. Przystajemy przed miasteczkiem na moment aby uwiecznić na zdjęciu ciekawe urwiste nadbrzeże  a następnie udajemy się na miejską plażę. Ciemny kolor piasku na plaży nie zachęca aby posiedzieć na niej dłużej. Kierujemy się na camping. Znajdujemy miejsce wśród cienia starego gaju oliwnego w głębi campingu. Cena noclegu zamyka się kwotą 13.40 euro. Przez chwile po położeniu głowy na materac słyszę jak coś próbuje wydostać się spod mojego materaca  w okolicach mojego ucha. Nie wiem co to mogło być ale po odchyleniu materaca i kilkukrotnych przetarciu dłonią po podłodze namiotu, postukaniu przestało. Jak co noc tak i tutaj ten sam odgłos ptaków towarzyszy nam do późnych godzin nocnych. Tak na marginesie wciąż zastanawiam się jaki to ptak wydaje tak dziwny odgłos?

Dzień 4  15.09.2010r.   dst.52 km   Galeria – Porto ,
wodniku usiądź na kamyku:)

Standardowo poranek wita nas słońcem i błękitem nieba. Chce się żyć, chce się jechać by móc poczuć wiatr we włosach. Opuszczamy camping o godzinie 8.45. W miasteczku robimy zakupy w markecie Spar. Świeża bagietka, brzoskwinie, mleko i odkrycie wyprawy czyli konfitura z moreli. Ostatnie spojrzenie na Galerię i po przekroczeniu mostu jak co dzień zaczyna się podjazd do czego już przywykliśmy. Droga wbija się w głąb lądu i mozolnie pokonujemy w górę kolejne kilometry. Podjazd dłuży się ale widoki rekompensują nasz wysiłek. Przystajemy na przerwę aby wypić jeszcze zimne mleko, które na wyprawach nam szczególnie smakuje. Droga na tym odcinku wije się jak wąż, przecinając zbocze gór. Na przełęcz (fr.Col) de Palmarella, (408m n.p.m.) docieramy na pół godziny przez południem. Po drugiej stronie przełęczy ukazuje nam się piękny widok skały w odcieniu czerwieni wbijającej się gdzieś wgłąb morza. To widok na część rezerwatu przyrody na półwyspie Scandola. W dole zatoka (fr.Golfe ) de Girolata. Zatokę zamyka z lewej strony przylądek (fr.Cap) Senino. Przystajemy na punkcie widokowym aby nacieszyć nasze oczy i zrobić kilka zdjęć. Dalsza droga miejscami wręcz wyryta w zboczu skał prowadzi nas do ponoć najbardziej romantycznego miasta Porto. Widok  z góry na miasteczko i basztę wysuniętą w stronę zatoczki (fr.Anse) de Castagnaoraz błękit rzeki Porto przecinającej plażę rzeczywiście przyprawia o duże wrażenia wizualne.

Ponoć właśnie to miejsce z całej Korsyki jest najbardziej romantyczne. Czy mam się z tym zgodzić? Nie wiem,  bo na samej baszcie nie byłam. Wszystkich tych wież na Korsyce przetrwało do dnia dzisiejszego 67. W dawnych czasach służyły one do obrony przed piratami z północnej  Afryki. Zjeżdżamy w dół do miejscowości. Przystajemy w napotkanej cukierni na serniczek z budyniem  i ciastko z czekoladą. W markecie Spar kupujemy korsykańskie wino i pomidory. Ze względu na to, że chcieliśmy pozostać w Porto na noc i zaliczyć jeszcze tego dnia kąpiel w wodach rzeki Porto, postanowiliśmy wybrać camping jeden z  dwóch, które mieliśmy na oku. Pierwszy okazał się campingiem tuż obok jednak odległość do rzeki aby się wykąpać była zbyt duża. Postanowiliśmy udać się 2 km w górę rzeki aby dotrzeć do campingu Funtana Al Oro. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni. Camping oferuje możliwość skorzystania z basenu, posiada własny dostęp do rzeczki Porto i okazuje się, że popyt na nim  jest tańszy od tego w centrum miasteczka i zamknął się w cenie 15.50 euro. Zostawiamy nasze rowery przy recepcji i od razu udajemy się na kąpiel w rzece. Zejście do brzegu wije się w dół pośród lasu. Nad rzeczką jesteśmy sami. Krzysiu od razu wskakuje do wody cały szczęśliwy, że właśnie jest w tym miejscu na które do tej pory mógł tylko popatrzeć na zdjęciach. Rzeka wije się pośród większych i mniejszych kamieni tworząc po drodze jakby sadzawki do kąpieli lub pływania. Woda dość chłodna. Między kamieniami w wodzie pływają ryby łudząco przypominające nasze węgorze. Po opłukaniu, Krzysiu zasiadł na dużym kamieniu niczym wodnik szuwarek z dumą otworzył puszkę piwa i cały happy cieszył się jak dziecko. Niczym paparazzi uwieczniam jego wyczyny. Gdy wracamy na camping ja z kolei uskuteczniam pływanie w basenie. Rewelacja. Rozglądając się za dogodnym miejscem na rozbicie namiotu napotykamy na polską rodzinę. Polaków na Korsyce można spotkać praktycznie każdego dnia. Zarówno jak turystów jak i osób pracujących. Do kolacji wypijamy sobie bardzo smaczne korsykańskie różowe wino z winogron. W nocy budzą nas małe kociaki, które skacząc po naszym namiocie skutecznie nas budzą.

Dzień 5  16.09.2010r.  dst.52km   Porto – Tuccia
„tam, gdzie pomarańczowe są skały”

Rano pomimo dość silnego wiatru po wyjściu z namiotu okazuje się, że jest tak jak w dniach poprzednich słonecznie. Z każdą chwilą robi się goręcej. Z campingu do Porto drogę pokonujemy z górki. W  jednym z dwóch marketów robimy zakupy. Jak co rano zawsze świeża bagietka, masło, owoce, mleko. Podczas robienia przez nas zakupów podjeżdża grupa niemieckich sakwiarzy. Ich zakupy w przeciwieństwie do naszych ograniczyły się do nabycia wody i kilku drobiazgów typu batony. Widząc Krzysia wychodzącego z dużą torbą zakupów widzę zdziwienie w ich oczach (dodam, że z uwagą przyglądali się jak wszystko zgrabnie zostaje zapakowane do naszych sakw). Mamy od teraz całkiem niezłe zakupy,  jednocześnie dołożyliśmy sobie kilogramów. Od Porto rozpoczynamy podjazd. Miasteczko powoli zostaje za nami w blasku porannego słońca. W przydrożnym źródełku uzupełniamy nasze zapasy wody. Woda zimna i orzeźwiająca. Korsykańskie górskie źródełka podobne są do siebie jeśli chodzi o ich wykonanie. Obłożone drobnymi kamykami a niektóre kształtem na dodatek przypominają baszty podobne do tych zlokalizowanych na przylądkach.Droga wciąż pnie się do góry. Przy kolejnym postoju dostrzegam małego kotka, którego karmimy polską puszką boczku zbójnickiego i mlekiem. Na Korsyce napotykamy po drodze dużo bezdomnych kotów. Z uwagi na ich bardzo dużą ilość wyspa powinna otrzymać nazwę Kosica zamiast Korsyka. W dalszej drodze mijamy ciekawe formacje skalne, jakby powywiewane przez wiatr o dziwnych kształtach. Zatrzymujemy się na kawę w lasku gdzie rosną sosny korsykańskie. Na ziemi leżą  ogromne szyszki oraz masę bardzo długich sosnowych igieł. Siedzimy sobie przy drewnianym stoliku.

Oboknas przejeżdżają rowerzyści z sakwami. Dwóch Francuzów kilkakrotnie będzie jeszcze mijało nas na trasie. Na zakręcie dostrzegamy dość ciekawą skałę, która przypomina głowę psa. Kolejne zakręty i naszym oczom ukazują się przepiękne pomarańczowe skały Les Calanches. Wiele samochodów stoi na poboczu a turyści tylko ustawiają się aby zrobić ładną fotografię. Widok jest po prostu zachwycający. Les Calanches rzeczywiście jest tym miejscem, które nie na darmo polecane jest przez wszystkie przewodniki. Jadąc rowerem jesteśmy o tyle w lepszej sytuacji, że zdjęcie możemy robić w każdym miejscu jednocześnie nie przeszkadzając innym w przejeździe na tej wąskiej drodze. Za kolejnym zakrętem po przejechaniu przez wąski skalny przesmyk naszym oczom ukazują się kolejne postrzępione pomarańczowe skały.  Patrząc w stronę morza dostrzegam otwór w skale w kształcie serca. Wspaniały to widok  tym bardziej, że w tym miejscu jestem właśnie z moim ukochanym Krzysiem.  Dojeżdżamy do miejscowości Piana a następnie tuż na końcu miejscowości na przełęcz Col de Lava 491 m n.p.m. Dalej mamy już tylko w dół. Kilkanaście kilometrów zjazdu. Droga odbija od morza i wbija się wgłąb lądu. Zatrzymujemy się tylko na chwilę przy źródełku tuż przy drodze. Uzupełniamy zapasy wody. Jadąc widzę ciekawą metalową skrzynkę na listy, której robię pamiątkowe zdjęcie.. W oddali widzimy bardzo ładne wybrzeże i plażę de Chiuni. Szeroki pas żółtego piasku aż korci aby zajechać tam na odpoczynek.  Plaża jest dość daleko więc rezygnujemy aby tam pojechać. Postanawiamy  zjechać na plażę w momencie gdy będzie ona blisko drogi aby nie było potrzeby gubienia wysokości by potem wjeżdżać. Takie idealne miejsce znajdujemy po przejechaniu dosłownie kilkunastu kilometrów. Plaża de Stagnoli wręcz zachęca  aby właśnie w tym miejscu odpocząć i wykąpać się. Oprócz nas jest tylko jeszcze jedna para na plaży.Duże fale  wręcz zapraszają do kąpieli. Woda okazuje się ciepła i skaczemy przez fale jak małe dzieci. Po tych zabawach urządzamy sobie dobre jedzonko. Przegryzamy polskie kabanosy i jemy bagietkę. Zapas wody słodkiej używamy do spłukania soli aby nie pozostała na skórze. Za Sagone przejeżdżamy obok pięknych, kolejnie dziś mijanych plaż.

Z prawej strony morze z lewej piaskowo-gliniaste urwisko tworzące niesamowity obraz. Po przekroczeniu rzeki  Liamone po prawej stronie rozpościera się długa piaszczysta plaża. Nasz kierunek to byłby zjazd w lewo aby odnaleść camping, który wcześniej wypatrzyliśmy na mapie. Z uwagi, że piękne mamy popołudnie, słońce mocno jeszcze smaży postanawiamy ponownie zjechać na plażę i pofiglować w morskich falach.  Plaża należy do nas. Tylko do nas. Jak okiem sięgnąć niema na niej nikogo. Korzystamy z tej okazji aby wyzwolić się z ubrań. Po dwóch godzinach, zjedzeniu kolacji na plaży zbieramy się w poszukiwaniu naszego noclegu. Zjeżdżamy w boczną drogę i po przejechaniu 2 km pojawia nam się camping o którym istnieniu nie wiedzieliśmy i niema go na mapie.Camping nazywa się U Sommalu i jak na warunki, które proponuje jest niedrogi. Za noc płacimy 13,50 euro. Zamawiamy bagietki na śniadanie. Do dyspozycji mamy basen i od razu z niego korzystamy. Gdy jemy kolację na camping zajeżdżają następni rowerzyści-sakwiarze, dwie pary. Jak się okazuje są z Polski. Rozmawiamy z nimi o przejechanej trasie i dalszych planach. Jedno małżeństwo okazuje się, że jest z Międzyrzecza a drugie z Poznania. Bardzo sympatycznie młodzi ludzie. Podobnie jak i my zachwyceni wyspą.  Na tym campingu czujemy się trochę jak w Polsce a to dlatego, że zamiast typowo śródziemnomorskiej roślinności rosną tutaj topole. Noc mija spokojnie. Jedynie tylko pewien ciekawski kot odwiedza nasz namiot.

Dzień 6  17.09.2010r.    dst. 87km   Tuccia – Abbartello
„klątwa złej kobiety

Budzimy się o 7. Szykujemy sobie królewskie śniadanko przy murowanym stole tuż obok naszego namiotu. Gdy kończymy widzę jak nasi młodzi rodacy wstają i podobnie jak i my powoli zbierają obozowisko. Opuszczamy to miejsce o 8.30. Pierwsze kilometry i oczywiście znanym już nam sposobem i zaczynamy podróżowanie pod górkę. Mozolnie dłubiemy się pod górę. Wydawać się może, że podjazd niema końca. W końcu wjeżdżamy na przełęcz Col de S.Bastiano na 411m n.p.m. W nagrodę czeka nas bardzo długi zjazd i źródełka po drodze. Dojeżdżamy do krzyżówki z główną drogą Ajaccio. Przejazd tą drogą graniczy z cudem przeżycia. Ruch ogromny. Każdy pędzi nie patrząc na rowerzystów. Kierowcy francuscy nie należą do tych ostrożnych z jakich mieliśmy okazję spotkać w innych krajach europy. Niestety to nie Austria i każdy kilometr jest opłacany niemalże walką o przeżycie. Szczególnie ten odcinek drogi aż do krzyżówki z główną drogą N196. Jesteśmy bardzo zmęczeni tym tłokiem i prędkością na drodze. Jest tak gorąco, że zostajemy na plaży aby ochłodzić się w morzu na plaży de Ruppione.  Za miejscowością Verghia teren znacznie się zmienia.  Zmienia się też niebo, które przybiera ciemne niepokojące kolory. Odbijamy od morza w stronę gór, na dodatek bardzo ostro pod górę. Nachylenie jest tak duże, że po prostu miejscami prowadzimy nasze rowery. Widok na zostają z tyłu zatoki są coraz piękniejsze. Jesteśmy wciąż wyżej i wyżej. Przejeżdżający kierowca wyciąga rękę przez szybę i podnosi kciuk do góry.

Ktoś inny przejeżdżając klaszcze w dłonie  widząc jak walczymy z ostrym podjazdem. Siadamy w końcu na jednym z zakrętów aby coś przegryźć. Brzoskwinie lądują w naszym żołądku. Podjazd bardzo się dłuży.  Wciąż teren się zmienia a to w górę a to w dół. W końcu dojeżdżamy do krzyżówki z drogą numer D 757 i skręcamy w lewo w kierunku Prioprano. Robi się późno więc chcemy znaleźć  miejscówkę jak najszybciej. Na wyspie noc zapada bardzo szybko. O 20 godzinie jest tu zupełnie ciemno.  I owszem znajdujemy kierunkowskaz na camping na plaży. Kusimy się na zjazd 2 km z drogi i po kilku minutach jesteśmy już na plaży i campingu. To miejsce nie przypada nam do gustu. Dużo przyczep, jakoś tak mało przyjemnie i na dodatek pani w recepcji nie budzi naszej sympatii. Gdy po usłyszeniu ceny ( 19,90 euro ) pani zauważa, że nie jesteśmy chętni aby zostać. Jej spojrzenie niemalże prześwietla nas na wylot. Gdy zdecydowanie rezygnujemy i opuszczamy to miejsce nie wiemy, że to nie koniec naszego długiego dnia i wrażeń na dziś zarezerwowanych. Po kilku następnych kilometrach łapię gumę. Krzysiu sprawnie wymienia moją dętkę i jedziemy dalej. Widok zachodzącego słońca jest tak uroczy, że nie potrafię sobie odmówić ustrzeleniu kilku fotek.  Wjeżdżamy na kolejny camping i po raz kolejny cena nie zachęca do pozostania ( 20,50 euro ). Nie zdążamy jeszcze wyjechać z terenu campingu gdy Krzysiu łapie flaka. I znowu powtórka. Doświadczenie powoduje, że tym samym kolejna wymiana dętki idzie bardzo sprawnie. Dodam, że obydwie miały miejsce w tylnym kole co dla rowerzysty dobrze oznacza, że jest z tym więcej pracy niż z przednią szybką wymianą. Po tym drugim razie jesteśmy niemalże przekonani, że to klątwa rzucona przez złą kobietę o spojrzeniu bazyliszka. Jesteśmy niepoddani i jedziemy dalej. Na końcu miejscowości Abbartello znajdujemy w końcu nasz nocleg. Pracownik o urodzie rumuńskiego cygana wskazuje nam teren gdzie możemy rozbić nasze obozowisko i kasuje jedyne 11,90 euro. Namiot stawiamy pod rozłożystymi starymi drzewami olejnymi. Mamy i stoliczek i krzesełka aby przy nich wygodnie za kilka godzin zjeść śniadanie.

Dzień 7 – 18.09.2010r.  dst. 38 km   Abbartello – gdzieś przed Serraggią
„tajemniczy nocni goście na winnicy

Poranek po raz pierwszy nie jest słoneczny. Pada lekka mżawka. Po wyjeździe z campingu cofamy się kilkaset metrów aby w markecie Spar zrobić zakupy. Niestety  ten sklep nie należy do dobrze zaopatrzonych pomimo tego, że jest tzw. sieciówką.  Kupuję masło, świeżą jeszcze ciepła bagietkę i mleko o nazwie Bridel. Jak się potem okaże najdroższe i najgorsze smakowo mleko jakie piliśmy na tej wyprawie stąd skrzętnie zapisuję jego nazwę aby innych przestrzec przed tym wynalazkiem o smaku rozpuszczonego mleka w proszku w niewłaściwej proporcji z wodą. Po około pół godzinie pogoda znowu wraca do normy czyli zmienia się na słoneczną i upalną. Przed Propriano w przydrożnym namiotowym sklepie warzywno-owocowym kupujemy soczysty winogron i dojrzałe mięciutkie nektarynki. Do miasta nie wjeżdżamy. Na obrzeżach miasta zahaczamy o market Casino aby dokupić smaczne mleko i dodatkowo czekoladę z orzechami. Gdy Krzysiu robi zakupy na parking pod sklepem zajeżdża skuterek na którym siedzą dwaj  młodzi mężczyźni. To Polacy ze Świdnicy, którzy pracują w kuchni w jednej z tutejszych restauracji. Gdy opuszczamy Propriano droga po kilku kilometrach wyraźnie pnie się pod górę. Naszym oczom ukazuje się kamienne miasteczko Sartene. Kilka serpentyn i znajdujemy się w centrum miasteczka. Ciekawa architektura tego miejsca skłania mnie do zrobienia kilku zdjęć. Od samego centrum droga pnie się pod górę z takim nachyleniem, że wręcz ciężko nawet pchać rower obok siebie. Nagrodą ma być długi i bardzo przyjemny zjazd. Mijamy ciekawy krajobrazowo widok z dużą ilością białych skał i kamieni na tle wysokich skalistych gór. Tuż za moment zaczynają się plantacje winorośli. Zatrzymujemy się przy krzakach winogron i próbujemy smaku ciemnych owoców. Spostrzegam  znak informujący o przydomowym campingu wraz z małą restauracją. Widząc czarne, kłębiące się chmury nad naszymi głowami udaje namówić mi się Krzysia na to aby się w tym miejscu na chwilę zatrzymać. Przy jednym ze stolików siedzi kilka osób. Gdy usilnie próbujemy dogadać się z personelem w języku francuskim pada z ust jednej z kobiet pytanie  jesteście z Polski? Od razu mi ulżyło nasi. Poznajemy Polkę, która mieszka w Sartene na stałe z mężem Korsykaninem oraz jej siostrzeńca Karola pracującego w restauracji w czasie wakacji. Zamawiamy kawę i spędzamy trochę czasu na miłej pogawędce. Okazuje się, że razem z Karolem będziemy wracać do Polski tym samym promem. Kończy pracę sezonową i wraca do domu. Po chwili zrywa się krótkotrwała ulewa by już po kilku minutach na nowo zaświecić słońce. Ziemia paruje a wokół rozpościera się zapach ziół. Widząc basen obok restauracji i namowy Karola, pomimo bardzo wczesne pory popołudniowej decydujemy się zostać. Korzystamy z dobrodziejstwa samotnej kąpieli w basenie. Pijemy piwo przy basenie i gotujemy sobie zupkę a potem kisiel. Byczymy się przez dłuższy czas. Dopiero po 17 idziemy na miejsce gdzie rozbijamy nasz namiot. Jakoś na tzw. „dzień dobry” to miejsce  nie przypada mi do gustu. Do teraz nie rozumiem dlaczego miałam takie odczucia. Pomimo bliskości domu nie do końca czuliśmy się  tutaj komfortowo. Dziwny niepokój. Gdy tylko zrobiło się ciemno z pobliskich krzaków zaczęły docierać do nas dziwne szmery i dźwięki. Wyszliśmy z namiotu. Patrzymy a tam z krzaków z pomiędzy skał wypełzły ropuchy. Doliczyliśmy się pięciu dużych ropuch. W nocy nie mogliśmy spać. Zerwał się dość silny wiatr i wciąż kręciliśmy się z boku na bok.

Dzień 8 – 19.09.2010r. dst.65  winnica przed Serragią – Porto Vecchio
„pod wpływem uroku wapiennych klifów”

Nastawiamy budzik na 6.30. Od wczesnych godzin przy namiocie krząta się pies właścicieli. Wciąż łasi się prosząc o pieszczoty. Towarzyszy nam aż do momentu opuszczenia tego miejsca. Do Bonifaccio droga naprzemiennie prowadzi raz z góry raz pod górę. Przystajemy na zrobienie zakupów. Bagietka prosto z piekarni, woda mineralna. Jest słonecznie i gorąco. Do samego Bonifaccio prowadzi zjazd do centrum portowego. Przed kasami kolejka. Wielu turystów czeka na wejście na pokład małych statków wycieczkowych, z których będą mogli prosto z morza podziwiać przepiękne wapienne klify i miasto na urwisku. My decydujemy się na zwiedzanie miasta. Wjeżdżamy na górną jego część. Stąd rozpościera się zachwycający widok na urwisko i malutkie domy na jego szczycie. Odnosi się wrażenie, że już za chwilę runą do morza wraz z całym nawisem skalnym. Podchodzi do nas turysta. Okazuje się, że to Polak z Sosnowca.

 

Odważył się podejść, gdyż zobaczył naklejkę flagi Polski na naszych sakwach. Sympatyczny pan. Chwilę rozmawiamy. Po sesji fotograficznej jedziemy w dół miasteczka. Jeszcze przed wyjazdem wchodzę do sklepu po zimne mleko i croisanta z czekoladą. Od Bonifaccio do samego Porto-Vecchio prowadzi prosta, długa, płaska droga. Traktujemy ten przejazd bardziej jako tranzyt niż przyjemność z jazdy. Widokowo nie zachwyca a na dodatek duża ilość samochodów i brak pobocza powodują, że pędzimy jak najszybciej. Prawdę mówiąc cieszę się gdy dojeżdżamy do Porto-Vecchio. Kierujemy się drogą w kierunku gór. Napotykamy po drodze naprawdę świetny camping Arutola. Zachwyca nas roślinność przy recepcji i przepiękny basen. Na dodatek zupełnie pusty. Postanawiamy tu zostać. Czym prędzej meldujemy się w recepcji i kierujemy się na basen. Zajmujemy miejsca pod palmami. Cały basen jest tylko dla nas. Po 18 rozbijamy namiot w cieniu ogromnych korsykańskich sosen.

Dzień 9 – 20.09.2010r. dst. 40km   Porto Vecchio – Zonza
„Polak, Korsykanin, dwa bratanki, do pomidora i pogadanki”

Wspaniała i cicha noc. Z samego rana odwiedzają nas dwa małe kotki. Podczas śniadania obserwujemy jak ekipa sprząta teren campingu. Gdy wyrzucam śmieci zauważam napis przy śmietniku – „śmieci prosimy wrzucać w zawiązanych workach”. Jakiż ten język korsykański podobny do polskiego – śmieję się w duchu. Słysząc moją rozmowę z Krzysiem podchodzi do nas chłopak i pyta Jesteście z Polski? Chwilę rozmawiamy. Przyjechał tu do pracy z Bolesławca.Bardzo sympatyczny chłopak. Mówi nam, że na tym campingu obsługa to przede wszystkim Polacy i Czesi. I rzeczywiście przy wyjeździe dobiegały do nas z restauracyjnej kuchni strzępy rozmowy w języku polskim. Dziś czeka nas długi podjazd do miejscowości Zonza. Przed tym wjazdem postanawiamy zaopatrzyć się w wodę do picia i jakieś owoce w sklepie. Chwilę potem rozpoczynamy nasz długi wjazd. Od samego początku podjazdu towarzysz nam duży jasny pies z którym pożegnamy się dopiero L`Ospedale. Wjeżdżamy wolno równym tempem. Żar leje się z nieba. Na szczęście będąc na sporej już wysokości napotykamy na zimne źródełko. Woda lekkim strumieniem sączy się ze skały. Napełniamy butelki. Przy tej okazji moczę koszulkę i włosy.Uczucie chłodu jest bardzo przyjemne i jak nowo narodzona wstępują we mnie siły do dalszej jazdy. Po kolejnych zakrętach docieramy do malutkiej miejscowości L`Ospedale. W mijanych dwóch restauracyjkach tłum gości. Każdy z tych knajpek posiada taras z cudownym widokiem na panoramę Porto Vecchio i morze. Jesteśmy na wysokości ok 850m n.p.m. W samej miejscowości a właściwie malutkiej mieścince podjazd ma już taki nachylenie, że z trudem możemy jechać. Przerwę na odpoczynek postanawiamy zrobić nad sztucznym jeziorem Berrage. I tak też robimy. Siedzimy sobie w cieniu i obserwujemy cały teren. Jezioro o tej porze roku jest w dużej części wyschnięte. Widać setki korzeni, które po wyschnięciu wody wystają niczym kikuty. Od tego miejsca a właściwie od przekroczenia zapory wjeżdżamy w typowo górski teren. Morze zostaje już z tyłu a nas otaczają piękne wysokie skały. Wjeżdżamy na przełęcz Bocca d`Illarata na wysokość ok 990 m n.p.m.aby potem długi odcinek lekko w dół dojechać do Zonzy. Miejscowość okazuje się typowo turystyczna. Kilka sklepików z wystawami lokalnych produktów, restauracyjki i mały hotel. Wszystkie domy wykonane z kamienia. Panuje tu swoisty klimat. Ludzie siedzą przy stolikach w restauracji, jedzą i obserwują coraz to kolejnych przyjeżdżających turystów. Po dzisiejszym dniu i trudach podjazdu postanawiamy tu poszukać noclegu. Po przejechaniu kilkuset metrów natrafiamy na pierwszy camping, który wpada nam w oko i zostajemy. Wita nas miły Korsykańczyk w dużym słomianym kapeluszu. Bardzo sympatyczny.

Camping składa się z tarasów zlokalizowanych na zboczu góry. Są tak małe, że na jednym piętrze może zmieścić się tylko jeden namiot. Bardzo nam się tu podoba. Jedyne co mnie niepokoi to odgłos wyjącego psa. Ten dźwięk niepokoi mnie do tego stopnia, że idę za jego głosem. Gdy Krzysiu idzie brać prysznic ja udaję się na poszukiwania właściciela „psiego zawodzenia”.Po wyjściu za ogrodzenie campingu kieruję się w prawo. Po przejściu ok 300 metrów zauważam w krzakach budę a przy niej przywiązanego krótkim łańcuchem psa. Wokoło niego gęste krzaki a on bidulek próbuje zwrócić na siebie uwagę rozpaczliwie wyjąc. Nie pozostaje mi nic innego jak po prostu – „coś z tym zrobić”. Niewiele się zastanawiając idę prosto do domu jego właściciela, który znajdował się w odległości ok 100metrów od tego miejsca. Idąc nie mam jeszcze scenariusza co mam  powiedzieć a przede wszystkim jak to zrobić nie znając języka francuskiego. Za głosem serca idę nie zastanawiając się co będzie dalej. Wychodzi gospodarz. Pan około pięćdziesiątki. Witam się po francusku i nieudolnie przedstawiam się krótko mówiąc skąd jestem  i kim jestem. Widząc uśmiech na jego twarzy i skupienie w jego oczach, które wskazywało jak próbuje mnie zrozumieć postanawiam zaproponować mu przejście na porozumiewanie się w języku angielskim (co też nie jest dla mnie sprawą tak oczywistą). Dobierając odpowiednie słowa aby wyrazić w jakiej sprawie przyszłam a przy okazji nie urazić go niczym pytam, czy  jego pies nie jest chory ,że tak „płacze” i czy ze swojej strony mogę w czymś pomóc temu psu. Swoje zainteresowanie tą sytuacją podpieram faktem, że bardzo kocham zwierzęta i po prostu jest mi żal tego psa. Nie ukrywam, że spodziewałam się różnej reakcji ale na pewno nie takiej jaką otrzymałam w zamian. Pan uśmiechnął się do mnie ciepło i z tego co zrozumiałam po prostu wytłumaczył mi, że pies chce żeby go spuścić z łańcucha ale ze względu na dużą ilość samochodów, które teraz jeżdżą wypuści go „pobiegać” dopiero wieczorem. Chciał nie chciał – musiałam przyjąć taką wersję. Gdy chciałam się pożegnać nagle zapytał – „lubisz pomidory?”. Widząc zdziwienie w moich oczach i niezdecydowane kiwnięcie potakująco głową ,wziął mnie za rękę i zaprowadził do swojego ogrodu. Dał mi do ręki reklamówkę i zaczął zrywać dojrzałe, dorodne pomidory prosto z krzaków. Palcem wskazał abym robiła to samo. Cóż miałam robić? Kątem oka widząc w dole ( ogród znajdował się powyżej drogi, którą przyszłam) Krzysia, który wyszedł na moje poszukiwania, grzecznie schylam się i zrywam pomidory do siatki. Myślę sobie – Krzyś już mnie widzi, będzie dobrze. Jego spojrzenie i zdumienie  zdążyłam zauważyć z daleka. Zna mnie na tyle, że widząc mnie zrywającą pomidory dobrze wiedział, że nic złego się nie stało, nie zaginęłam i może spokojnie poczekać na dole aż wrócę.  Po chwili żegnając się z gospodarzem wracam na camping z pomidorami na kolację. I tak to „załatwiłam”, że pies przestał wyć a my objadamy się pachnącymi prosto z krzaka pomidorami na kolację.

Dzień 10 – 21.09.2010r  dst. 74km   Zonza – Aleria
” jeden dzień-dwie przełęcze”

Noc chłodna – jak to wysoko w górach. Poranek pochmurny – pierwszy do tej pory. Przed nami w dniu dzisiejszym pokonanie najwyższej przełęczy na tej wyprawie – Col de Bavella 1218m n.p.m. Wyruszamy w trasę o 9.15. Wracamy do centrum miasteczka. Panuje tu spokój. Kilka osób robi poranne zakupy w lokalnym sklepiku. Ogólnie senny poranek. My kierujemy się na przełęcz. Droga łagodnie ale wciąż pnie się pod górę. Jedziemy pośrodku lasu. W momencie gdy się kończy, rozpościera się przed nami cudowny widok na skaliste góry. Warto było tędy jechać. Zupełnie odmienne krajobrazy niż te,które oglądaliśmy do tej pory. Jeszcze kilka depnięć i już znajdujemy się na przełęczy. Tłum turystów. Każdy z aparatem w dłoni próbuje tak „uchwycić chwilę” aby nikt przypadkowy nie znalazł się w kadrze. Chwilę podziwiamy widoki, po czym w szaleńczym tempie zjeżdżamy w dół. Zjazd jest na tyle ostry , że co chwilę zmuszeni jesteśmy hamować przed kolejnym ostrym zakrętem. Stajemy dopiero przy stadzie dzikich świń, które nie bacząc na to, że inni obserwują je z zaciekawieniem po prostu ryją sobie w ziemi podgryzając żołędzie. Znajdujemy się w środku gór. Stąd jak okiem sięgnąć tylko skały i skały. I pomyśleć, że widoki na tej wyspie są tak odmienne. Od piaszczystych płaskich plaż na wschodnim wybrzeżu, poprzez skalne wybrzeże na zachodnim do wysokich skalistych gór a wśród nich my i nasze rowery. Po wjeździe na przełęcz Col de Larone gorące przywitanie oklaskami przygotowała nam grupa francuskich turystów. Niczym czarodzieje swoimi oklaskami rozganiają chmury i zjazd z przełęczy oraz kolejne godziny jedziemy już w pełnym słońcu. W miejscowości Solenzara na wschodnim wybrzeżu odbijamy w stronę północnej części wyspy. Krajobraz wyraźnie się zmienił. Z pięknego górzystego terenu przekształcił się w płaski, mało interesujący odcinek naszej trasy. Drogę do Alerii pokonujemy w szybkim tempie. Zatrzymujemy się na zakupy w Casino. Brzoskwinie, dżem, czekolada, mleko i piwo. Na drodze pełno samochodów. Zdecydowanie odradzam wszystkim wybranie tej wersji drogi na wycieczkę rowerową. Niebezpiecznie, brak pobocza, brak widoków a tego do atrakcji nie można zaliczyć. Jedynym miłym akcentem jest zapach wszech obecnie rosnącego na poboczu anyżu. Za każdym powiewem wiatru od morza w powietrzu rozpościera się jego delikatna woń. W Alerii kierujemy się w stronę morza gdzie ma znajdować się camping. Jedziemy ok.3 km kończąc przed bramą wjazdową na ośrodek. Camping Marina D.Aleria niczym wjazd do hotelu Mariot odgrodzony bramkami na pilota. Panie w budce przed wjazdem ,skrupulatnie sprawdzają kto wjeżdża a kto opuszcza jego teren. Po części oficjalnej i zameldowaniu – wjeżdżamy. Znajdujemy miejscówkę tuż niedaleko plaży. W przeciwieństwie do „normy” zachód słońca siedząc twarzą do morza  mamy za swoimi plecami. Postanawiam w takim razie obejrzeć jutro jego wschód.

Dzień 11 – 22.09.2010r.  dst. 55km   Aleria – Corte
„Corte – urzekająca swym klimatem dawna stolica Korsyki”

Przed nami dzień podjazdu. W Alerii robimy zakupy. Chleb, woda i 2 opakowania brzoskwini. Miasteczko jeszcze senne, powoli budzi się do życia. W mijanej kawiarni, przy stolikach na zewnątrz, pierwsi klienci sączą poranną kawę. Jej aromat delikatnie drażni nasze nozdrza. Czas na kawę będzie trochę później. Kierujemy się w stronę gór. W promieniach słońca mijane sady limonkowe i plantacje winorośli nabierają szczególnego klimatu. Kojarzy mi się to z filmem „Spacer w chmurach” z Keanu Reves. Kto oglądał, dokładnie wie o o czym piszę.  Krajobraz zmienia się diametralnie. Korsyka po raz kolejny zaskakuje mnie swoją różnorodnością. Jedziemy pomiędzy łagodnymi górami, porośniętymi drzewami. Widoki przypominają mi nasze góry Bieszczady. Wzdłuż drogi głęboki kanion wyryty przez górską rzekę Tavignano. Mijamy dwóch śmiałków w strojach wskazujących na to, że szukają miejsca w którym rozpoczną canoning. Przy dużej piaszczystej zatoczce dla samochodów robimy postój. Parzymy oczekiwaną kawę i przegryzamy „coś słodkiego” (zapasy jeszcze z Polski). Droga N200 wciąż pnie się do góry. Przekraczamy piękny genueński most aby już za 3km odbić w lewo na drogę D143. Ruch na tej drodze, praktycznie zerowy. Wciąż pod górę wzdłuż dopływu rzeki. Jest upalnie. Przy krzyżówce z drogą do Nocety zatrzymujemy się na kąpiel. Miejscówkę znajdujemy tuż obok mostu a właściwie pod nim. Miejsce wręcz idealne do kąpieli. Woda zimna i krystaliczna. Po wejściu do wysokości ud rezygnuję z kąpieli. Krzyś w przeciwieństwie do mnie tapla się i pływa, cały „happy”. Miejsce jest iście rajskie. Paprocie zwisające do wody, bujna zieleń, cisza i wyrzeźbione przez wodę skały przy brzegu. Aż żal stąd odjeżdżać. Gdy dociera tu kolejny zabłąkany turysta, opuszczamy to miejsce. W przeciwieństwie do wybrzeża, tereny w głębi wyspy są praktycznie wyludnione. Mało osób decyduje się na penetrację wnętrza wyspy. Stąd taka tu cisza i spokój wokoło. Zupełnie inny świat. Jedziemy dalej pod górę do miejscowości Venacco. Kolejne miasteczko typowo położone w górach o charakterystycznej kamiennej architekturze.

Stąd drogą nr N193 docieramy na przełęcz col de Bellagranajo 723m n.p.m. Widok z przełęczy zachwycający. Ciekawie położone na górze miasteczko Riventossa i chmury, które nad nim się znajdują tworzyły dość ciekawą kompozycję. Kuszę się na zrobienie kilku fotek. Z tego miejsca już tylko zjazd aby znaleźć się w dawnej stolicy Korsyki-Corte. I rzeczywiście zjazd imponująco długi i po dobrej nawierzchni. W mieście sporo turystów. Z oddali widoczna stara część miasta położona na wysokim wzgórzu. Słońce chyli się ku zachodowi. Do wyboru w Corte mamy 3 campingi. Zostajemy na pierwszym napotkanym. Dość dziwna wydaje nam się obsługa. Ich zachowanie przy pierwszym kontakcie wzbudza uczucie niechęci. Zachowują się niczym żandarmi lub nadzór więzienny. Pan z obsługi niczym  nadzorca kontroluje każdy wjazd i wyjazd z campingu. W tym czasie „jego pani” napada na kolejnych turystów, którzy wchodzą na teren wyrywając paszporty. Nie dziwi mnie już potem sytuacja, gdy dowiaduję się, że ten „żandarm” sprzedaje na metry papier toaletowy. Znajdujemy miejscówkę i gdy Krzysiu rozkłada nasz domek ja przygotowuję kolację. Przechodzący obok chłopak widząc naszą flagę na sakwach rozpoczyna rozmowę. Robert przyjechał na Korsykę wraz ze swoim kumplem Darkiem z Wrocławia. Wspólnie pokonują na pieszo wyspę a właściwie główny szlak górski R20. Fajne chłopaki. Spotykamy ich później w centrum starego miasta skąd wspólnie zwiedzamy klimatyczne zakątki tego miejsca. Noc zimna.

Dzień 12 – 23.09.2010r.  dst. 80km  Corte-okolice lotniska Bastia-Poretto ,niedaleko plaży Pineto
„sielanka, spokój…to cechy małych górskich mieścinek”

Wyjeżdżając z campingu podjeżdża do nas rowerzysta, który podobnie jak my spał w tym samym miejscu. Jedziecie do sklepu?- pyta po polsku. Okazuje się, że jest to chłopak ze Słowenii, który 3 lata studiował w Krakowie i stąd jego znajomość naszego języka. Na Korsykę przyjechał dokładnie w tym samym celu co my z tą różnicą, że objeżdża ją samotnie. Jura – bo tak ma na imię- jedzie z nami do marketu „Casino” na zakupy. Nasze drogi rozchodzą się, gdy ginie nam w gąszczu sklepowych półek. Robimy zakupy na drogę. Brzoskwinie, mleko, czekolada, świeża bagietka i lokalny „śmierdzący” ser. Kupujemy też dżem figowy dla bliskich jako „supreis” z podróży. Droga do Ponte Leccia prowadzi ruchliwą drogą N197. Miejscami udaje nam się odbić  w góry,  dzięki czemu udaje nam się ominąć tunel i tłok na drodze. W Ponte Leccia zjeżdżamy z głównej drogi wybierając drogę nr D105. Drzewo figowe obok  którego jedziemy było tak obsypane dorodnymi figami, że postanawiam trochę się poczęstować. Za ostatnimi domami skręcamy w górską drogę. Rozpoczął się długi podjazd w kierunku przełęczy Col de Bigorno. Droga wije się długo pod górę aby po wielu zakrętach osiągnąć w miarę równomierne nachylenie i przecinać zbocze gór.  Widok na dolinę na dnie której płynie rzeka Golo jest imponujący. Panuje tu spokój i cisza. Jedziemy w upale. Miejscami w powietrzu wyraźnie czuć zapach mirry i  mięty. Tak bardzo charakterystyczny dla tej wyspy. W maleńkiej osadzie Costa Roda w przydrożnym źródełku uzupełniamy wodę. Odpoczywamy na ławce, tuż nad urwiskiem.

Mieścinka jakby wymarła, cisza i spokój.  Domy wykonane z kamienia, dające chłód i schronienie w upalne dni. Wszystko tworzy harmonię i jedność. Po pokonaniu kolejnych kilometrów zza kolejnego zakrętu wyłonił się widok na Lento. Kamienne miasteczko w zachodzących promieniach słońca nabrało niezwykłego charakteru. Idealnie współgrało z ciemnymi ciężkimi chmurami, które wisiały nad przełęczą w tle.Te chmury nie wróżyły niczego dobrego a na dodatek wieczór zbliżał się coraz szybciej. W Lento postanawiamy zjechać do głównej drogi w dół aby jeszcze dziś zdążyć przed nocą dojechać do wybrzeża. Zjazd szaleńczo szybki, podobnie jak pokonanie odcinka drogi nr N193 do krzyżówki w kierunku Bastii. Zjeżdżamy w stronę lotniska aby przy wybrzeżu znaleźć miejscówkę na nocleg. Niemalże o zmroku znajdujemy camping Esperanza niedaleko samego wybrzeża. Samo miejsce campingu jako plac namiotowy bardzo ładny bo podłoże trawiaste w przeciwieństwie do otoczenia znajdującego się za ogrodzeniem. Cena również przystępna – 10euro. Warunki bardzo kiepskie. Brak ciepłej wody – duży minus. Kolację jemy już praktycznie o zmroku. Na polu tylko 3 namioty razem z naszym. Noc mija spokojnie przy dźwiękach znanego nam już ptaka.

Dzień 13 – 24.09.2010r.   dst.30km   plage de Pineto – Bastia
„pożegnanie z korsykańską plażą”

Poranek pochmurny ale ciepły (w cieniu 23 stopnie). Jedziemy rano na plaże aby tam usiąść na plaży, napić się kawy,pożegnać się z korsykańską plażą. Wąską drogą dojeżdżamy do samego wybrzeża. Plaża szeroka i piaszczysta. Rosną na niej piękne białe kwiaty, podobne do żonkili. Stąd drogą wzdłuż morza i jeziora Biguglia, jedyną napotkaną do tej pory ścieżką rowerową jedziemy do Bastii. Zatrzymujemy się przed samym wjazdem do miasta. Dokładnie na końcu ścieżki łapię dwie gumy. Mija nas po drodze po raz 6 sznur starych samochodów. Od dwóch tygodni nasze drogi wciąż gdzieś się na trasie krzyżowały. Pozdrawiają nas klaksonami, wyraźnie zaznaczając,że nas poznają.To miłe.W przydrożnym sklepie kupujemy dojrzałe soczyste brzoskwinie i śliwki. Jadąc wzdłuż wybrzeża spotykamy wcześnie poznanych Polaków rowerzystów. Jedziemy na ten sam camping Les Oranges, na którym spaliśmy pierwszą noc. Namiot rozbijamy obok Polaków. Gdy jemy kolację na camping przychodzą Robert i Darek (poznani piechurzy w Corte). Wieczorem długo rozmawiamy z naszymi sąsiadami, którzy „na do widzenia” zdążyli jeszcze dziś wieczorem zwiedzić Bastię. W nocy bardzo silna wichura. Mamy obawy czy nasz namiot przetrwa w całości tak porywiste podmuchy.

Dzień wyjazdu

Wstajemy niewyspani z obawą czy przy takiej wichurze będą pływać promy. W oddali widzę, jak prom którym mieli płynąć nasi poznani polscy rowerzyści właśnie wypływa na szerokie morze. Obawy zniknęły. Krzysiu „na pusto” jedzie rowerem po samochód, który stał sobie spokojnie przez 2 tygodnie i czekał na nasz powrót.W tym czasie ja spokojnie pakuję nasz dobytek. O 13 godzinie nasz prom odbija od brzegów wyspy. Z głośników słychać dźwięki Marsylianki. Wyprawa była tak cudowna, że łza kręci mi się w oku.

KOSZTY KORSYKA

dojazd samochodem do portu i z powrotem ok. 3000km – ok.750zł (gaz), autostrady płatne – 350zł
prom w dwie strony – 270zł
kampingi x13 – ok.800zł
dodatkowe ubezpieczenie (oprócz kart NFZ) – 100zł
jedzenie kupowane w marketach – około 700zł
Koszt całej wyprawy wyniósł 2970zł/2 osoby w 14 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – Zapraszamy do obejrzenia