Od Pieskowej Skały do Jozina z Basin

W Częstochowie wysiadamy z pociągu o 3.07 w nocy. Jak sama nazwa miasta wskazuje, przychodzi nam się często chować, tyle że przed deszczem. Leje i ciemno..

Mapa wyprawy

Dzień 1: Częstochowa- Karlin – 73,5km

W Częstochowie wysiadamy z pociągu o 3.07 w nocy. Jak sama nazwa miasta wskazuje, przychodzi nam się często chować, tyle że przed deszczem. Leje i ciemno. W budynku dworca tylko my i nasza ławka. Na dworze ponuro i niezachęcająco aby wyruszyć w podróż. Gdy deszcz zmniejsza swoją częstotliwość a noc ma się ku końcowi ruszamy. Ulice puste. Miasto jeszcze śpi. Na drodze wyjazdowej  mały ruch przy targowisku miejskim. I pomyśleć, że ci ludzie tak codziennie  zarywają noc by żyć. Tuż za miastem dojeżdżamy do rezerwatu Zielona Góra. Jak to miło widzieć napis naszego miasta w zupełnie innym miejscu Polski. Na skraju lasu robimy mały postój ze śniadaniem i kawą. Poranek ponury. Ciężkie chmury wiszą nad naszymi głowami. Po ujechaniu kilkuset metrów zmuszeni jesteśmy zatrzymać się na przystanku autobusowym w Kusiętach. Leje niemiłosiernie. Po nieprzespanej nocy z łatwością w sposób niekontrolowany zasypiam. Warkot silnika autobusu skutecznie wybudza mnie ze snu. Gdy deszcz przechodzi w fazę umiarkowaną jedziemy. Zwiedzamy zamek w Olsztynie a następnie nieciekawą i bardzo piaszczystą leśną ścieżką rowerową udajemy się do Zrębic. Mijamy pustynię Siedlecką i górkę o wdzięcznej nazwie Dupka. Co śmieszniejsze na jej zboczu znajduje się jaskinia. Hm…jaskinia na Dupce…trochę śmiesznie, prawda? Pogoda nie odpuszcza. Wciąż ponuro, jednak nie pada ? sukces! Strasznie chce nam się spać. Na przydrożnym parkingu przy źródełku Zygmunta parzymy mocną kawę. Podchodzi do nas chłopak ze wsi i mówi nam o dzisiejszym święcie pstrąga w Złotym Potoku. Podobno odbędzie się konkurs pieczenia pstrąga i potraw z ryb. Konkurs polega na odgadnięciu w jaki sposób zostały przyrządzone  (12 rodzajów). Ten kto to odgadnie zdobędzie nagrodę w postaci pobytu weekendowy w hotelu Kmicic. Nasz plan nie przewiduje tak wcześnie noclegu więc jedziemy dalej. Z pobliskiego źródełka bierzemy zapas wody do picia.

Odwiedzamy jaskinię Ostrężnicką. Dalej droga przez las. Odcinkami jest tak głęboki piach, że prowadzimy rowery. Szlaki rowerowe jury z uwagi, że są to drogi leśne lub polne częściowo nie są przejezdne rowerem trekkingowym. Mijamy zamek Mirów i Bobolice. Z Podlesic dłubiemy się  leśną ścieżką  pod górę do zamku Morsko. Na szczycie okazuje się, że to nie ruiny robią wrażenie a ośrodek wypoczynkowy w którym obok zadbanych kortów tenisowych, basen. Piękne duże drzewa wokół całego miejsca dodatkowo uatrakcyjniają to miejsce. We wsi Skarżycie tak nas z głodu ściska w żołądku, że robimy małą przerwę przed sklepem. Kawał kiełbasy, ogórek kiszony, buła i kefir- oto menu naszej kolacji. Do sklepu na zakupy przychodzi para turystów. Okazuje się, że oni też jeżdżą rowerami ale śpią w schroniskach i agroturystyce. Podpowiadają, że fajnym miejscem na rozbicie namiotu jest teren przy obecnie nieczynnym schronisku młodzieżowym w Karlinie. Jedziemy tam. Rzeczywiście, po schronisku zostało tylko wspomnienie. Obecnie w budynku mieszkają dwie rodziny. Młoda pani domu pozwala nam się rozbić na trawie tuż niedaleko domu. Wybieramy miejsce na płycie boiska piłkarskiego, przy drzewkach. Po szybkim natrysku w namiocie (do wykonania natrysku potrzeba: 1,5 lita ciepłej wody w plastikowej butelce z nakrętką w dziurki). O 18.15 wsuwam się do mojego śpiwora i niczym dotknięta czarodziejską różdżką zasypiam na 15 godzin!!!!!Ale jazz….

 

Dzień 2: Karlin – Modlniczka  – 80 km

Budzimy się o 8.40. Niebo zachmurzone, popaduje sobie deszczyk. Śniadanie robimy w namiocie. Ech! Jak dobrze mieć duży namiot bo to i ugotować i umyć się można. Przybiega do nas córka gospodarzy 4 letnia Ania. Pomaga nam przy składaniu namiotu. O 10.30 wyjeżdżamy. Kierujemy się do Ogrodzieńca. Przy wjeździe do zamku widzimy długi korowód poprzebieranych ludzi. Okazuje się, że na zamku trwa turniej rycerski. Cały pochód udaje się na dziedziniec a my razem z nimi. Kilka fotek zamku,  przerwa na piwko i jedziemy dalej. Krzyś łapie gumę. Szybka wymiana dętki i w trasę. Jedziemy leśną strasznie piaszczystą ścieżką. Porażka, toniemy w piachu.

Na dodatek gubię moją ulubioną skarpetkę, która sobie spokojnie schła przypięta do kierownicy. W między czasie rozmawiam z kuzynem u którego dziś będziemy spać w Modlniczce pod Krakowem. Jestem bardzo ciekawa naszego spotkania, gdyż tak naprawdę to się nie znamy. Życie przeleciało i nie było okazji lepiej się poznać. Bardzo się cieszę, że  poznamy rodzinę. Pod zamkiem w Rabsztynie gotujemy zupkę chińską na obiad i przy okazji postoju Krzyś zmienia w swoim rowerze klocki hamulcowe. Niebo zachmurzone ale najważniejsze, że nie pada deszcz. Za Olkuszem jedziemy przez chyba najdłuższą miejscowość jaką do tej pory jechaliśmy o nazwie Sułoszowa. Wioska ciągnie się kilkanaście kilometrów, aby w końcu zakończyć się przy wjeździe do Ojcowskiego Parku Narodowego. Park jest naprawdę śliczny. I zamek Pieskowa Skała i maczuga Herkulesa i wszystkie inne skalne twory robią na nas wrażenie. Piękna okolica i kto nie był powinien to zobaczyć. Wieczorem dojeżdżamy do Modlniczki.

 

Dzień 3: Modlniczka – Kraków 11,6 km
Śmiejemy się, że to nasz życiowy rekord te 11 km. Gdy pożegnaliśmy się z rodziną w Modlniczce, pojechaliśmy do mojej kuzynki Kasi do Krakowa i stąd te kilometry. Przejazd był przyjemny. Wieczór upłynął nam bardzo miło na rozmowie przy  smacznej kolacji.

 

Dzień 4: Kraków – Stryszów  50,8 km 

Z Krakowa wyjeżdżamy dopiero o godz 12. Pogoda piękna. Słońce grzeje i jazda jest bardzo przyjemna. Jedziemy przez Skawinę do Kalwarii Zebrzydowskiej. Podczas podjazdu w kierunku klasztoru spotykamy niemiecką wycieczkę rowerową. Kilkunastoosobowa grupa ostro zmierzała się z podjazdem na szczyt. Na samym szczycie góry pogoda się załamuje. Czarne chmury ciężkie od deszczu wisiały nisko nad drogą. Zaczynało błyskać i grzmieć. Postanawiamy jak najszybciej opuścić szczyt i zjechać w dół do miejscowości Zakrzów. Stąd pod górę do Stryszowa. Grzmiało coraz mocniej i zaczęło padać. Na szczycie góry w Stryszowie w ostatnim domu pytam gospodarzy czy można schować się w drzwiach ich otwartego garażu.  To właśnie był ten ostatni moment.

Nagle lunęło. Padało bez końca. Nie było wyjścia tylko zostać tu na noc. Gospodarze okazują się bardzo mili. Zapraszają nas do stolarni ( przy budynku w którym mieszkali). Częstują herbatą. Jemy kolację. Ich firma rodzinna zajmuje się produkcją mebli łazienkowych i drewnianych desek sedesowych. Aby nie rozkładać namiotu najpierw proponują  spanie w domu. Z uwagi na to, że planujemy wczesny odjazd korzystamy z namiotu, który stał rozbity  w ich ogrodzie. Wewnątrz namiotu istna kraina bajek. Namiot został rozłożony dla kilkuletniej córki i stąd te wózeczki, laleczki i misie. Śpimy w namiocie wspólnie z tymi laleczkami i misiami.

 

Dzień  5 – Stryszów – Sopotnia Mała  64,5 km

Dzień zaczął się dla nas o 6.00. O 7.30 po śniadaniu i kawie jesteśmy gotowi do drogi. Niebo  zachmurzone ale nie pada i jest dość ciepło. Droga wiedzie nas pięknymi terenami. Raz ciemnym borem a raz z widokiem na panoramę Beskidów. W lasku przy strumyku po przejechaniu kilkunastu kilometrów robimy mały postój na dobudzenie się mocną kawą. Czeka nas dość stromy podjazd do wioski Marcówka. W rezultacie okazuje się nie taki wielki jak zakładała mapa a widoki rekompensują nasze wysiłki. W Makowie Podhalańskim kierujemy się na Grzechynię. Przypadkowa pani z domku letniskowego widząc nas takich strudzonych, pchających rowery pod kolejną górkę, zaprasza nas na kawę. To miłe, że ludzie są tak gościnni. Zaczęły się podjazdy i zjazdy aż do krzyżówki z drogą w Zawoji. Pogoda robi się coraz piękniejsza. Słońce w pełni. Widoki bardzo ładne. W Zawoji robimy zakupy – owoce i coś słodkiego (pyszny sernik z prywatnej cukierni). Gdy tylko znajdujemy się na bocznej zjazdowej drodze prowadzącej już tylko na przełęcz Klekociny na przystanku autobusowym robimy obiad. Wjazd a właściwie wprowadzanie rowerów na samą przełęcz jest dość utrudnione. Szlak pomimo, że na mapie zaznaczony jest jako rowerowy nie nadaje się nawet do prowadzenia rowerów. W górnej części, ścieżka pokryta jest dużymi kamolami.

Na szlakach pustki.  Na szczycie przełęczy przy zamkniętym schronisku zero ludzi. Aż dziwne, że tak piękne rejony a nie ma tu żadnych turystów. Dzięki tej dziczy możemy w źródełku się wykąpać. Wodę podgrzewam i funduję sobie ciepły natrysk. Podczas zjazdu następuje załamanie pogody. Z pięknego tonącego w słońcu popołudnia robi się ponura i deszczowa aura. Jak to w górach bywa. W Koszarawie siedzimy pod wiatą na przystanku autobusowym. Czekamy aż przestanie padać deszcz. Rozpogadza się dopiero jak już jedziemy rowerem. W miejscowości Sopotnia Mała słyszymy strzał. Okazuje się, że Krzyś złapał kolejną gumę. Siedząc pod sklepem on zmienia dętkę a ja wcinam loda. Po zmianie dętki nie zdążyliśmy ujechać nawet 100 metrów jak z hukiem kolejna dętka pęka. Okazuje się, że opona ma dziurę (przetarła się) i nie można dalej jechać. Do Żywca zostało ok.15km gdzie można znaleźć sklep rowerowy. Całe to zajście obserwuje jeden jedyny na tej drodze człowiek, który okazuje się rowerzystą. Jak się okazało potem – jedynym w tym rejonie. Zaprosił nas do siebie. Otrzymujemy od niego stara oponę zużytą oponę (przygotowaną do spalenia w piecu), która na nasze szczęście pasuje do Krzysia roweru. Na jego podwórku rozbijamy namiot i zostajemy.

 

Dzień 6: Sopotnia Mała – Ustroń Goje  76,9 km

Noc deszczowa i poranek też mokry. Śniadanie jemy w namiocie. Pakujemy się też w namiocie. Na szczęście gdy decydujemy się na jazdę, przestaje padać. Do Żywca w większości same podjazdy. Piękny widok na pasmo Baraniej Góry. W Żywcu kupujemy nową oponę i jeszcze 2 dętki (na wszelki wypadek). W rynku spotykamy 3 osoby z Zielonej Góry. Przyjechali na wakacje i nie bardzo wiedzą co dalej robić gdyż brak tu atrakcji (tak twierdzą). Przed Szczyrkiem w ładnym miejscu nad potokiem Krzysiu zmienia oponę. Pogoda bardzo ładna.  Za Szczyrkiem zaczął się długi kilkukilometrowy podjazd aż na przełęcz Salmopolską. Podjazd ciężki ale jakie widoki na górze! A jaki zjazd! Aż do samej Wisły. Zatrzymujemy się dopiero przy budowie skoczni narciarskiej. Uwagę naszą przykuwa oryginalny sposób w jaki będą lądować skoczkowie po wylądowaniu. W miejscu, w którym skoczek narciarski będzie wyhamowywał po skoku,  pod nim będą przejeżdżały w tunelu samochody na drodze łączącej Wisłę ze Szczyrkiem. Od tego miejsca mamy już tylko kilometrów do naszego noclegu, który na ten dzień przypadł w Ustroniu Goje u pewnej starszej pani w sadzie.

 

Dzień 7: Ustroń Goje –  leśniczówka  Hubleska za Bilov  87,3 km

Noc była spokojna i świetnie nam się spało w tym miejscu. Dzięki starszej pani, która pozwoliła nam rozbić namiot w swoim sadzie mogliśmy się porządnie wyspać i umyć. Poranek jest naprawdę piękny. Słonecznie i ciepło. Około godz.9.00 po śniadaniu zbieramy się aby jak najszybciej dojechać do granicy z Czechami. W Cieszynie na rynku zatrzymujemy się na soczek ze świeżej marchewki i dalej w drogę. Morawy witają nas pięknymi ścieżkami rowerowymi. Równe asfaltowe ścieżki prowadzą przez las i pola omijając wszystkie lokalne drogi. W Sobesovicach nad zbiornikiem Żermanovice jemy obiad w restauracji. Tego było nam trzeba. Pysznie i niedrogo..Następny postój na piwko robimy w małej knajpce w Jistebniku, po przejechaniu dość ciekawą drogą przecinającą duży staw rybny. W tym miejscu spotykamy dużo rowerzystów. Co chwilę nowi rowerzyści pojawiają się w barze. W Studence troszkę się pogubiliśmy. Wszystko przez te nazwy : Bilov. Bilovec, Bilovicka, Bilovka ? można zgłupieć! W końcu udaje  nam się wjechać na prawidłową ścieżkę. Za Bilovem po wjeździe na dość duże wzniesienie szukamy miejsca na nocleg. Na mapie znalazłam zaznaczoną leśniczówkę i tam właśnie postanawiamy pojechać. Jadąc lasem o zmroku nic nie wskazywało na to, że tam w ogóle jest jakaś leśniczówka. Gdy nadzieja nas opuszcza, przed naszymi oczami ukazuje się jeden jedyny w lesie budynek. Niczym mały zameczek z wieżyczką. Nasza leśniczówka. Panowie leśnicy wyrazili zgodę i mogliśmy rozbić namiot na terenie leśniczówki. A trzeba przyznać, że bardzo ładny obiekt z kortami tenisowymi i basem a wokół obiektu zupełna dzicz, niesamowite.

 

Dzień  8: leśniczówka Hubleska – jezioro Slezska Harta   68,6 km

Piękny poranek i spokojna cicha noc. Cudny dzień, słońce świeci już od rana. Po śniadaniu ok. 8 godz. wyruszamy w drogę.  Droga spokojna i pusta. Widoki aż miło przystanąć aby się nimi nacieszyć. Trasa leśna dość kamienista i lekko pod górę. W Brezovej robimy zakupy i siadamy na drugie śniadanie.Od Vitkova krajobraz totalnie się zmienia. Piękny zjazd. Wjeżdżamy jakby w zupełnie inny swiat. Robi się cieniście, górzyście. Niby w kanionie zjeżdżamy wciąż w dół. W lesie przed Lhotką w  czystym strumieniu kąpiemy się kompleksowo z myciem głowy i praniem. Ten obszar Moraw należy do bardzo ładnych widokowo. Jedziemy wzdłuż rzeki Moravicy. Przed Kruzberkiem przepiękne widoki z urwiska tuz przy drodze. W miasteczku jedziemy na pyszny obiad i piwko. Miejscowość turystyczna. Jadąc ścieżką rowerową tuż przed tamą na zbiorniku Kruzberk kilku alpinistów pokonuje skalną ściankę. Zwiedzamy jaskinię tuż przy ścieżce. Przed miejscowością Dlouha Stan nad jeziorem zostajemy na nocleg. Szukając miejsca na rozbicie namiotu poznaję dwóch Czechów, którzy częstują mnie pyszną rybą (sandacz) wprost z grilla. Zbiornik wodny ?okupują? wędkarze siedząc całą noc przy wędkach.

 

Dzień 9 – jezioro Slezska Harta  – Jesenik   68,8 km

Super noc. Cisza na maksa. Spaliśmy jak smoki do 9.00. Poranek słoneczny. Wczoraj wieczorem przyniosłam czystej jak kryształ wody ze źródełka, które tuż obok wypływało ze zbocza góry. Toaleta w takiej wodzie to sama przyjemność. Jemy śniadanie nad brzegiem jeziora. Aż żal odjeżdżać z tak ładnego miejsca. Jedyne co troszkę mi przeszkadza to ból głowy po wieczornym spożyciu „Vajecnego likeru”.  Jadąc, po drodze spotykamy wycieczkę czeskich rowerzystów z trudem wjeżdżających na kolejne wzniesienia. W Bruntalu robimy zakupy w Lidlu a w przydrożnym kiosku kupujemy „Vajecny liker” z myślą o prezencie dla babci. Na podobny pomysł wpadła też para rowerzystów z Gliwic, która własnie w tym kiosku kupowała alkohol. Przyjechali do Bruntala na urlop i każdego dnia organizowali sobie wycieczki po okolicznym terenie na rowerach. Przestrzegli nas, że przed nami długi wjazd ale za to w nagrodę czeka nas rewelacyjny  kilkunastokilometrowy zjazd aż do samego Vrna pod Pradziadem. Mieli rację. Zjazd był rewelacyjny. Aż dłonie bolały od asekuracyjnego trzymania ich na hamulcach. Piękny równiutki asfalt  prowadzi nas do samej piwiarni w Vrbnie. I znowu spotykamy następnych polskich turystów. Z Vrbna piękną ścieżką rowerową prowadzącą przez  górzysty las dojeżdżamy do miejsca naszego postoju. Nad brzegiem rzeki Cerna Opava gotujemy na obiad chińskie zupki z Radomia, aby w pełni sił dojechac do Rejviz. Następuje załamanie pogody. Z pięknego słonecznego dnia pozostało wspomnienie. Siąpi a potem  już tylko leje bez końca. Zjazd do Jeseników  fajny bo bardzo podobny jak do Vrbna, jednak deszcz utrudnia czerpanie z niego radości. W Jesenikach czym prędzej znajdujemy camping . Leje na dobre. Idziemy na ciepłą kolację do knajpy na campingu Tu znowu polscy turyści – rowerzyści. Para starszych facetów z Pruszkowa przyjechało na urlop pojeździć sobie po czeskich górkach. Na zmianę pogody nie ma co liczyć. Niebo ciemne od ciężkich chmur deszczowych. Rozbijamy  namiot i czym prędzej wtulamy się w nasze ciepłe śpiwory. A deszcz… nie przestaje padać.

 

Dzień 10: Jeseniki – Nowa Wieś Kłodzka  81,4 km

Całą noc lało. Podłoga w namiocie przemokła. Pływamy. Okazało się, że nasz namiot rozbiliśmy dokładnie w miejscu gdzie nazbierało się najwięcej wody. Na szczęście śpiwory są suche. I tu chwała dmuchanym materacom. Na karimacie wszystko byłoby zupełnie mokre. Namiotowi sąsiedzi rowerzyści odjechali o 8.00. Czekamy chwilę w nadziei, że przestanie lać. Niestety na tych marzeniach skończyliśmy. W ulewnym deszczu pakujemy sakwy i wsiadamy na rowery. Prawie do samej granicy wciąż albo pada albo siąpi. Przed granicą z kolei jak już się rozpogodziło to dla atrakcji rozsypał się wielotryb w rowerze Krzysia. Do Lisich Kątów zostało jakieś 2-3km a potem Paczków. Na szczęście droga ma tendencję lekko z górki więc jakimś cudem docieramy do miasta, na basen w Paczkowie. Perspektywa nie jest ciekawa. Czeka nas przymusowy postój do jutra czyli poniedziałku. Jednak – cuda się zdarzają. Przypadkowo zaczepiony człowiek jadący na starym rowerze pomaga w potrzebie. Prowadzi nas do człowieka, który zajmuje się naprawą rowerów (jedyny gostek w tym mieście). „Serwisantem” okazuje się starszy pan – kościelny. Z uwagi na niedzielę nie jest skory do naprawy. Jednak jakoś udaje się. Wymienia wielotryb i możemy jechać dalej. Pogoda wypogadza się z minuty na minutę, aż robi się gorąco i słonecznie. Morderczy podjazd w Srebrnej Górze wpływa zdecydowanie na podjęcie decyzji o jak najszybszym znalezieniu miejsca na nocleg. Godzina  też jest  już odpowiednia . W Nowej Wsi Kłodzkiej po rozmowie z leśniczym udaje nam się rozbić namiot w bardzo ładnym miejscu obok wapiennika na ślicznej polance. Obok przepływa potok.

 

Dzień 11: Nowa Wieś Kłodzka – Kuźnice Świdnickie – leśniczówka – 57,1 km

Noc jest niesamowita. Najpierw budzi mnie Krzyś pytaniem – wołałaś mnie?. Okazuje się, że coś mu się przyśniło. W namiocie jest  jasno. Myślałam , że czas już wstawać. Wychodzę z namiotu a tu pełnia księżyca. Jasno jak w dzień. Nasz namiot cały srebrzył się w blasku księżyca. Okazuje się, że to dopiero 1.30 w nocy. Widok wręcz bajkowy a jednocześnie wzbudzający grozę, szczególnie patrząc w kierunku ruin wapiennika. Na dodatek przyleciała sowa. Gdy zaczęła pohukiwać  wystraszyłam się na dobre. Wrażenie niesamowite. Poranek odmiennie, chyba w nagrodę jest cudowny. Słońce od rana mocno przygrzewa. Poranna toaleta i pranie w strumieniu , śniadanie, kawka i w drogę. Jedziemy wzdłuż granic Gór Sowich. Tuż za Jugowem podziwiamy piękne góry. W Sokolcu czeka nas mały podjazd na przełęcz Sokolą aby później długo zjeżdżać w dół  mijając miejscowość Rzeczkę i górę – Wielką Sowę. Za Walimiem znów trochę pod górkę aby znów cieszyć się długim zjazdem do jeziora Bystrzyckiego. Piękne ścieżki rowerowe.  Wałbrzych pokonujemy jak najszybciej. Ulice szare i smutne, za to rynek bardzo ładny. W Kuźnicach Świdnickich kierując się mapą znajdujemy  ciekawie zlokalizowaną w lesie leśniczówkę, przy której rozbijamy namiot na noc. Pan leśniczy – bardzo serdeczny i miły człowiek częstuje nas kolacją (kotlety z dzika) i oprowadza po swoim gospodarstwie. Podziwiamy oswojone dziki, staw pełen pstrągów i inne atrakcje.

 

Dzień 12- Kuźnice  Świdnickie – Modrzewie – 80,9 km

Pochmurny poranek. W drodze zaczyna lać i nie przestaje. Gdy bardzo mocno leje stajemy pod drzewami. Pokonujemy bardzo długi kilkunasto kilometrowy podjazd do krzyżówki na drogę na przełęcz Okraj. Stąd już długi zjazd do Kowar. W połowie drogi zatrzymujemy się na jedzonko przy źródełku. Przed Jelenią Górą robi się tak gorąco,że stajemy na postój i przebranie się w lekkie ubranie. Do samej Jeleniej Góry prowadzi nas bardzo ładna ścieżka rowerowa. Praktycznie kończy się dopiero przy Schronisku „Perła Zachodu” w Siedlęcinie. Wieczorem dojeżdżamy do Modrzewia. Do późnych godzin siedzimy w kuchni u  naszych znajomych opowiadając o naszych przygodach. Dziś śpimy jak królowie na mięciutkich materacach na dodatek w domu a nie pod namiotem.

 

Dzień  13:  Modrzewie – Krzywczyce – 86,3 km

Budzi nas piękne słonko. Przez cały dzień towarzyszy nam śliczna pogoda. Od Pławnej do samego Lwówka Śląskiego prowadzi  super ścieżka rowerowa. Jedziemy równolegle do głównej drogi, w kierunku Szprotawy. W Bolesławcu zatrzymujemy się na zakupy i obiad. Siedzimy nad wodą i odpoczywamy. Do Krzywczyc zajeżdżamy przed 7 wieczór. Z całej naszej wyprawy odcinek od Leszna Dolnego do Krzywczyc przez las okazuje się najgorszy do pokonania. Przez kilka kilometrów prowadzimy rowery brnąc  po kostki w piachu. Dodam, że na mapie ktoś zaznaczył tu szlak rowerowy !!! Optymista.

 

Dzień 14: Krzywczyce – Zielona Góra – 59,0 km
Ostatni dzień. Wracamy pełni wrażeń. Umawiamy się w stadninie na termin kiedy przyjedziemy uczyć się jazdy konnej. W tym miejscu jest tak pięknie, że aż żal nam odjeżdżać. W końcu o 15 wyruszamy. Pędzimy do domu jak szaleni. Trasę pokonujemy w 3,5 godziny z jednym postojem. Cali i szczęśliwi dojeżdżamy do domu.

Sierpień 2006r

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.