Tam, gdzie zaczyna się Azja

Wróciliśmy z wyprawy po Gruzji.Chcielibyśmy podzielić się wrażeniami. Przepiękne widoki, góry, trudne drogi (w większości szutry, kamienie, błoto), duża ilość podjazdów. Ten kraj zaskoczył nas przede wszystkim serdecznością i gościnnością jego mieszkańców.

Mapa wyprawy

Wróciliśmy z wyprawy po Gruzji.Chcielibyśmy podzielić się wrażeniami. Przepiękne widoki, góry, trudne drogi (w większości szutry, kamienie, błoto), duża ilość podjazdów. Ten kraj zaskoczył nas przede wszystkim serdecznością i gościnnością jego mieszkańców. Ludzie (Gruzini, Azerowie, Ormianie) pomimo tego, że żyją bardzo skromnie, starali się nas ugościć jak tylko można najlepiej. Wiele osób wręcz zabiegało o to abyśmy skorzystali z ich gościny. Nasza znajomość języka rosyjskiego okazała się na tyle wystarczająca, że dzięki niej mogliśmy czynnie uczestniczyć w czasie rozmów przy stole, bliżej poznać ich historię, obyczaje i sytuację w jakiej obecnie się znajdują.W tym kraju czuliśmy się wyjątkowo bezpiecznie.Ostrzegano nas przed wilkami i niedźwiedziami (tylko raz widzieliśmy wilka na trasie). Zarówno policja (która np.potrafiła nas eskortować cały dzień przez góry) jak i sami Gruzini dbali o to, abyśmy czuli się dobrze. W przeciwieństwie do innych wypraw  na których do tej pory byliśmy ta okazała się wyjątkową. Dzięki wielkiej serdeczności oraz poznania bliżej mieszkańców i tego jak żyją towarzyszyły nam przeróżne emocje, od śmiechu po łzy. Podróżując po Gruzji czuliśmy się tak jak byśmy pojechali w odwiedziny po rodzinie (od jednej do drugiej). Mamy nadzieję, że galeria (choć w niewielki sposób) przybliży klimat tej przygody. Pogoda piękna choć ciągle wysokie temperatury (nawet do 40stopni), deszcz w nocy. Przez 16 dni ogółem zrobiliśmy tylko 750km. Po każdym kolejnym spotkaniu z ludźmi ilość ich  przejechania przestawała mieć priorytetowe znaczenie. Ogólnie jesteśmy pod ogromnym wrażeniem.

link do fotorelacji – czyli mało czytania, dużo oglądania

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/GruzjaRowerem2012

 

Wyjazd do Gruzji jest pierwszą naszą wyprawą poza granice Europy. Pierwszy lot samolotem z rowerami, pierwszy raz tak daleko na rowerach od domu. Pełni obaw i ciekawości wyruszamy z domu. Do Warszawy (miasto wylotu) dojeżdżamy naszym samochodem. Zatrzymujemy się u mojego kuzyna. Jutro wylot.

Dzień 1: Warszawa ? Tbilisi – (dst. 40km. – po Tbilisi)

Odprawa rowerów okazuje się niezmiernie prostą czynnością. Pomimo że nie mieszczą się w urządzeniu prześwietlającym, pan celnik jest na tyle miły, że przyprowadza psa, który obwąchuje  szczelnie zapakowane pojazdy. Nasza rola w tym momencie zawęża się tylko do wejścia na pokład  samolotu. W Rydze (mamy przesiadkę) w hali tranzytowej oczekujemy na kolejny lot kilka godzin. Aby częściowo rozwiać obawy przed lotem uśmierzam strach maleńką buteleczką whisky. Lądowanie na nierównej powierzchni pasa lotniska w Tbilisi okazuje się najtrudniejszą częścią całej podróży. Pasażerowie niczym ziemniaki w worku podskakują na swoich miejscach. Gdy samolot w końcu staje w miejscu, błogi spokój spływa na moją duszę. Razem z nami w samolocie lecą też inni (4) rowerzyści z Polski. W hali przylotów (po odebraniu rowerów) szacujemy straty w sprzęcie. U nas: jedno koło lekko rozcentrowane i przebita dętka, u kolegów: rozcentrowane koła. Gdy opuszczamy halę jest już zupełnie jasno. Jedziemy w stronę Tbilisi. Pod mostem kolejowym, który mijamy po drodze, chowamy w krzakach nasze folie i kawałki gąbki i kartonu, które posłużą nam do opakowania rowerów w drodze powrotnej. Aby dojechać do miasta przyjdzie nam pokonać kilka kilometrów ruchliwą główną drogą. Widząc sklep spożywczy zatrzymujemy się na chwilę. Pomimo wczesnego poranka żar  leje się z nieba strumieniami. Gdy chłodzimy się wodą, pani ze sklepu proponuje nam poczęstowanie kawą. Gdy my sączymy gorącą mocną kawę, dwie panie sprzedawczynie bacznie spoglądają na nas i nasz środek transportu. Dzięki znajomości języka rosyjskiego udaje nam się nawiązać krótką rozmowę. Oj, gdybym tak 25 lat temu wiedziała, że kiedyś ten język będzie mi tak przydatny to z pewnością przyłożyłabym się lepiej do jego nauki. W podziękowaniu za tak miłe powitanie, wyciągam z sakwy zawieszkę na klucze z napisem Euro2012. Na twarzy kobiety pojawia się uśmiech i stwierdzenie, że syn ogląda mecze to mu przekaże. Do miasta wjeżdżamy wprost na ulicę Lecha Kaczyńskiego. W miejscu, w którym sprawdzamy na mapie jak dojechać do sklepu sportowego w którym czekają na nas zamówione kartusze gazowe do kuchenki turystycznej, podjeżdża do nas rowerzysta. -W czym mogę pomóc? – z uśmiechem kieruje do nas pytanie. Gdy objaśniamy mu jakiego adresu szukamy, bez zwlekania mówi, abyśmy jechali za nim. Gudzia okazuje się właściwą osobą w e właściwym czasie. Sklep, którego szukamy znajduje się po drugiej stronie miasta i odnalezienie adresu zajęłoby sporo czasu. Nasz rowerowy przewodnik odprowadza nas na dworzec kolejowy, z którego pojedziemy do Bordżomi. Na do widzenia wręcza nam swój numer telefonu zapraszając nas do siebie na kilka dni w drodze powrotnej, oferując swoje mieszkanie. Do odjazdu pociągu pozostały trzy godziny. Jedziemy zwiedzić okolice. Gruzini na każdym kroku bacznie nas lustrują.  Z zaciekawieniem obserwują mało im znaną formę transportu. Wystarczy, że na chwilę stajemy przy straganie, by po chwili otoczył nas wianuszek wypytujących nas osób. Nasza przygoda dopiero się zaczyna a już udzielanie tych samych odpowiedzi zaczyna nas męczyć. Tłok, hałas, pył, upał i unoszący się smród spalin tworzy mieszankę przyprawiającą o ból głowy. Większość samochodów nie posiada katalizatorów. Stare łady, wołgi czy też łazy należą do codzienności. Czym prędzej   kierujemy się do spokojnej części bazaru z zamiarem zjedzenia czegoś na ciepło. Przeciskając  się wąskimi uliczkami docieramy do lokalnego małego baru. Otoczenie lokalu nie zachęca do wejścia jednak pomruki z naszych brzuchów wyraźnie kierują nas do środka. Wewnątrz mała lada, brudne ściany, na szklanej wystawce kilka propozycji menu. Zamawiamy czakapuri, dwa piwa w kuflu oraz porcję chinkali. Czakapuri okazuje się bardzo ostrą zupą z estragonu z kawałkami nie najlepszej jakości mięsa. Jedno piwo skisłe (zbyt długo zalegało w przewodach doprowadzających z beczki do dystrybutora). Dojadamy chinkali (tradycyjne danie gruzińskie, są to pierogi w formie sakiewek z luźnym mięsnym nadzieniem) i kierujemy się na dworzec. W oczekiwaniu na pociąg co chwilę kolejna babuszka z tacą pełną domowego wyrobu a to placków a to innych wypieków pokonuje cały peron wykrzykując co ma do zaoferowania. W pociągu sytuacja powtarza się, zmieniają się tylko kobiety i oferowane przez nie produkty. W asortymencie: baloniki, chusteczki higieniczne i drobne słodycze. Obserwuję jedną z nich. Drobna, przygarbiona starowinka z ulgą siada tuż naprzeciwko mnie. Nadgryzionymi wiekiem palcami układa swoje skarby w starym kartoniku, po czym odwijając jednego z cukierków wkłada go sobie do ust. Jej wzrok błądzi gdzieś daleko w poszukiwaniu stałego punktu za uciekającym za oknem krajobrazem. Emocje biorą górę. Dyskretnie odwracam wzrok ukrywając napływającą do oka łzę. Jak widać nie jest tu lekkie życie o czym przekonamy się znacznie później. Do Bordżomi dojeżdżamy wieczorem. Po wyjściu z pociągu od razu zatrzymuje się obok nas taksówka.- Nada wam czewo? (Potrzebujecie czegoś?)- słyszymy. Gdy mówimy, że szukamy miejsca na nocleg, wskazuje ręką aby jechać za nim. Jest wieczór, więc bez namysłu przyjmujemy jego propozycję. Pokój, który nam wskazuje jest schludny i mamy dostęp do łazienki. Gospodarz przynosi nam świeżą miętę aby zaparzyć sobie przed snem. Po długiej podróży śpimy tej nocy jak kamienie.

Dzień 2: Bordżomi – Bakuriani –  w górach przed Tabatskuri –  dst.30km.

Słoneczny poranek i błękitne niebo motywują nas do szybkiego wyruszenia w drogę. Dojeżdżamy do dworca kolejowego, z którego koleją wąskotorową dojedziemy do miejscowości Bakuriani, miejsca z którego zacznie się prawdziwe rowerowanie. Z wnętrza budynku dworca kolejowego dochodzą do nas głośne rozmowy. Okazuje się, że jest to miejsce bazarowe miejscowych rolników. Wewnątrz sporo stoisk handlowych. Można kupić wiele wyrobów domowej produkcji takich jak: serysłoiki z przetworami a także warzywa, owoce i mięso tzw.rąbanka. Nasza obecność wzbudza duże zainteresowanie. Niektórzy chcą zrobić sobie z nami zdjęcie, inni wypytują skąd i dokąd jedziemy. Pochłonięci rozmową o mało nie przegapiamy odjazdu pociągu. Kolejka wąskotorowa to dwa wagoniki tak niewielkie, że nasze rowery ledwo mieszczą się na zewnątrz. Jazda tą kolejką kojarzy mi się z filmami z westernów. Podczas jazdy można stać na zewnątrz i podziwiać coraz to piękniejsze widoki. Ciuchcia powoli pnie się do góry. Koła piszczą przy kolejnym ostrym zakręcie. Gruzińskie turystki z Kutaisi nawiązują z nami rozmowę. Jedna z nich dobrze włada językiem rosyjskim co umożliwia prowadzenie dialogu. Dwie młode kobiety jadą w góry ze swoimi 3 letnimi córkami aby trochę „wozducha”(powietrza) złapać. Za oknem przepiękne kwieciste łąki i gdzie okiem sięgnąć coraz wyższe góry. Bakuriani okazuje się małą miejscowością. Gdy tylko opuszczamy „dworzec” zatrzymuje się przy nas policyjny samochód z pytaniem: czy czegoś nam nie potrzeba? To pytanie przewijać się będzie jeszcze kilkanaście razy podczas naszej wyprawy. Przez wioskę jedziemy bitą drogą dziurawą jak ser szwajcarski. Tuż za nią rozpoczynamy podjazd na przełęcz. Z początku łagodny. Droga wije się wśród wysokich liściastych drzew. Łapię tu pierwszego flaka. Gdy Krzysiu wymienia zatrzymuje się obok nas samochód. Mężczyzna, który do nas podchodzi, ku naszemu zaskoczeniu zwraca się do nas w języku polskim. – Stało się coś? może wam pomóc? To Polak pracujący w Gruzji.Poznajemy też jego współpracownicę z Norwegii. Jest parno, chmury kłębią się niepokojąco tuż nad naszymi głowami. Gdy jesteśmy już dość wysoko zaczyna grzmieć. Niebo zdaje się być podzielone. Z jednej strony soczysty błękit a z drugiej kołujące ciemne chmury.Jesteśmy na tyle wysoko, że wokół nas nie ma miejsca na bezpieczne schronienie. Jedziemy dalej obserwując jak trochę dalej grzmi i leje deszcz. Na szczęście nas omija łaskawie. Podziwiam przepiękną paletę barw kwiatów, które obrastają skały. Niejeden ogrodnik chciałby mieć w swoim ogrodzie takie przeróżne gatunki. Droga na przełęcz o nierównej szutrowej nawierzchni. Momentami zmuszona jestem prowadzić rower. Co pewien czas mijają nas marszrutki kursujące na trasie Bakuriani – Achalkalaki. Przed przełęczą pojawiają się resztki śniegu. Na samej górze napotykamy posterunek wojskowy. Panowie sprawdzają nasze paszporty, pytając jednocześnie o naszą planowaną trasę. Tłumaczymy im, że chcemy zjechać jeszcze 5km do miejsca gdzie znajduje się kontener w którym mieszka Pasza (mamy do przekazania dla niego zdjęcia i list od ekipy rowerowej, która była tu rok temu), aby wrócić w to miejsce i skierować się w innym kierunku (przez góry nad jezioro). Panowie informują nas, że nie zdążymy wrócić przed nocą. Proponują, że przekażą zdjęcia i list dla Paszy a my powinniśmy nie zwlekając jechać dalej by nas noc nie zastałą na tej wysokości. Kręcą głowami, że są wilki, żeby uważać na „bolsze”(duże) psy pasterskie. Ich uwagi przyjmujemy z pokorą i skręcamy na drogę w kierunku Tabatskuri. Od tej pory czeka nas kilkunastu kilometrowy odcinek po płaskowyżu na wysokości ponad 2tys. metrów. Łagodne wierzchołki gór w całości pokryte są soczysto-zieloną trawą. W oddali widzimy pierwsze osady pasterskie. Duże stado owiec przypominające rozsypany ryż przemieszcza się po hali. W pewnej chwili słyszę coraz głośniejsze ujadanie psów. W oddali zauważamy biegnące w naszym kierunku duże psy.

Czym prędzej (zgodnie z wcześniej ustalonym naszym planem) przyjmujemy pozycję obronną. Z dwóch stron zastawiamy się rowerami, sami stajemy wewnątrz. Pełni obaw czekamy na atak. Po chwili, rozwścieczone psy zaczynają nas otaczać z każdej strony. Szczerzą zęby, piana idzie im z pysków. Na ich szyjach pozakładane metalowe obroże z przyspawanymi długimi bolcami (później dowiemy się, że takie obroże skutecznie chronią tętnice szyjne psów podczas ataku wilków ? uniemożliwiają im chwytania za gardło). Gdy psy ujadają, w międzyczasie podbiegają do nas pasterze i długimi kijami i okrzykami odpędzają je od nas. Uf… możemy jechać dalej. Następna napaść ma miejsce kilka kilometrów dalej. Robi się powoli coraz późniejszy wieczór a my nadal nie zjeżdżamy z wysokości 2tys.m. Powoli zaczyna nas to niepokoić. Przy kolejnej osadzie pasterskiej postanawiamy zapytać o możliwość rozbicia namiotu przy osadzie. Wszyscy pasterze to Azerowie. Jeden z pasterzy bardzo dobrze mówi po rosyjsku więc kontakt z nim jest ułatwiony. Z otwartymi ramionami pasterze biorą nas pod swoją opiekę. Aby przełamać pierwsze lody wyciągam pudełko czekoladowych polskich cukierków i częstuję wszystkich. Gromadka dzieci natychmiast zacieśnia wokół mnie krąg. Nasz pasterz zaprasza nas do swojego namiotu.Wewnątrz schludnie i czysto a przede wszystkim ciepło. Żona pasterza o imieniu Hapipa wskazuje rękę aby usiąść przy piecu i się ogrzać (temperatura na tej wysokości wieczorami i w nocy spada do zera). Przyglądam jak sprawnie układa świeżo upieczone puri (domowego wypieku duża płaska bułka). W tym czasie Krzysiu rozkłada namiot. Pasterze otoczyli go wianuszkiem i z dużą ciekawością obserwują każdy jego ruch. Dotykają rurek, szpilek, macają materiał, machają głowami i wymieniają między sobą uwagi. Gdy wszystko jest już wypakowane, otrzymujemy zaproszenie na kolację. Siadamy przy stole. Obok nas  jego synowie: Muras i Nindziak. Hapipa stawia na stół talerze, jeden z kremową konsystencją a drugi z białą. Podaje nam dwie łyżki i świeże puri. Pokazuje, że mamy jeść. To białe to kefir, natomiast to koloru kremowego słodka śmietanka. Na stół dodatkowo podane zostają ziemniaki usmażone na maśle oraz ogórek i pomidory. Gdy po kolacji wychodzimy na zewnątrz namiotu pasterzy,naszym oczom ukazuje się rozgwieżdżone niebo. Chyba nigdy do tej pory nie widziałam tylu gwiazd. Przepięknie. Azer odprowadza nas do samego namiotu, ostrzegając aby w nocy nie wychodzić z namiotu, gdyż wilki podchodzą i o nieszczęście nietrudno. Noc wyjątkowo cicha i zimna.

Dzień 3: w górach przed Tabatskuri –  Akhalkalaki – dst.45km

Wstajemy tuż po godz.7.00. W oczekiwaniu na odparowanie rosy na hali (dopiero wtedy można zacząć wypasanie owiec), mężczyźni przyszli poobserwować jak zwijamy nasze manatki. Hapipa poszła wydoić krowy. Dzieci od rana biegają za piłką. Aby nie wstrzymywać wypuszczenia owiec na wypas a tym samym uwolnienia psów morderców czym prędzej po pożegnaniu się z Azerami odjeżdżamy. Jedziemy cały czas szczytami gór. Rozległe zielone hale poprzecinane miejscami resztkami śniegu i dużą ilością strumieni. Docieramy do wioski Tabatskuri. Osada wygląda jak opuszczona. Walące się domy, zapadnięta od spływającej wody bita droga wiejska. Żałosny widok. Postanawiamy zrobić śniadanie nad brzegiem jeziora. Jedynym możliwym zjazdem podjeżdżamy ad sam jego brzeg. Między sosnami przygotowujemy posiłek. Kawa smakuje wyśmienicie. Dzień zapowiada się bardzo gorący. Przez następne kilka kilometrów jedziemy w pełnym słońcu. W pewnym miejscu naszym oczom ukazuje ogromna płaska dolina z rozsianymi widocznymi w oddali małymi osadami. Zjeżdżamy w dół do pierwszej z nich. Nabieramy wody ze studni. Wioska, podobnie jak inne biedna i zaniedbana. Stajemy na chwilę przed małym wiejskim sklepikiem mieszczącym się w starym metalowym baraku. Krzysiu kupuje piwo. Nie mija chwila jak tuz obok nas gromadzi się kilku miejscowych. Każdy chce zamienić choć słowo. Miła pani zaprasza nas do siebie na kawę .Przyjmujemy zaproszenie i po chwili siedzimy już w cieniu werandy sącząc czarny , dość lepki napar. Gospodyni opowiada o życiu i biedzie z którą muszą się uporać. Szczególnie trudne są tu zimy. W tym okresie bywa, że osada odcięta jest od świata i nikt tu nie dojeżdża. Gospodyni jest miejscową felczerką. Pokazuje nam swoje obejście. Tłumaczy, jak radzą sobie aby przetrwać. Palcem wskazuje na wiszące warkocze, uplecione z zielonych liści. Tłumaczy nam, że są to liście zioła, z którego zimą przyrządza zupę do jedzenia. Na pożegnanie zostawiamy mały drobiazg i ruszamy w dalszą drogę. Dzień jest bardzo upalny. Jedziemy szeroką doliną. Z jednej i drugiej strony pola uprawne. Do nas docierają tylko odgłosy rozmów ludzi na nich pracujących. Jedziemy dziurawą szutrówką. Mijam kolejne wioski, kolejnych zaciekawionych ludzi. Przed jedną z wiosek na powitanie wyjeżdża policjant na rowerze.

Razem dojeżdżamy do jego posterunku tuż przy drodze. Sympatyczny młody człowiek. W tym miejscu poznajemy też Gruzina, który kilka lat temu był w Polsce w Krakowie i bardzo miło wspomina ten okres. Do miasteczka Akhalkalaki wjeżdżamy w godzinach popołudniowych. Jest taki żar, że postanawiamy zatrzymać się na chwilę w przydrożnym barze. Wnętrze nie zachęca do dłuższego przesiadywania, jednak chłód i cień motywuje nas do odpoczynku. Zamawiamy zimne piwo i napój. Po chwili wchodzi do baru trzech Gruzinów. Widząc nas, podejmują rozmowę. Typowe pytania skąd i dokąd jedziemy, skąd jesteśmy itp. W ramach gruzińskiej gościnności zamawiają chaczapuri, jakieś frytki, sałatkę i ichniejszy a’la bigos. Wszystko bardzo smaczne. Przy piwie nasza rozmowa nabiera głębszego sensu. Jeden z nich o imieniu Tariel (znający trochę historii) opowiada o Gruzji i jej korzeniach. Gdy biesiada dobiega końca, proponuje gościnę u siebie w domu. Z początku wahamy się, jednak po jego usilnych namowach, ulegamy. Panowie zapraszają nas do swojego starego busa, oferując podwiezienie pod dom Tariela. Jego mieszkanie mieści się w niskim parterowym starym domu, w zabudowie szeregowej, przy samej ulicy. Zarówno ulica, otoczenie jak i wnętrze mieszkania Tariela nie jest zachęcające. W mieszkaniu totalny bałagan. Jakieś pudła ze starymi ciuchami, resztki jedzenia w starych zaschniętych talerzach, folia w oknach zamiast szyby, totalny bałagan i nieład. Ściany od grzyba czarne. Zamiast pomieszczenia toalety, miejsce po zawalonej części domu gdzie chodzi i załatwia się bezpośrednio na gruzie. Jesteśmy w szoku, że w takich warunkach można mieszkać z rodziną i małymi dziećmi. Próbujemy wykręcić się z noclegu. Niestety bezskutecznie. Tariel kategorycznie odmawia. Trochę podchmielony, oprowadza nas po ulicy i przedstawia mieszkańcom. Wzbudzamy zainteresowanie sąsiadów. Podchodzą do nas, rozmawiają, pytają. Dzieci chętnie pozują do zdjęć. Wieczór spędzamy przed domem. Dopiero gdy robi się naprawdę późno, wchodzimy do (niestety bardzo śmierdzącego grzybem i pleśnią) mieszkania. Tariel jest na tyle piany, że zasypia w fotelu (spędzi w nim cała noc, odpalając papierosa od papierosa). Jego żona Irma, po odgarnięciu bałaganu na podłogę, kładzie dzieci (w tym w czym były ubrane, bez mycia) do łóżka. Ustalam z Irmą, że my podgrzejemy sobie wodę i w misce się umyjemy. Cieszę się, że w ogóle mam okazję aby się jakoś umyć. Zakręcamy się w swoje śpiwory i próbujemy zasnąć. Smród dymu i pleśni nie daje mi zasnąć. Brak możliwości otworzenia okna i wypalania przez Tariela kolejnego papierosa, po prostu dusi. Nie daję rady, wychodzę na zewnątrz. Noc rześka i gwiaździsta. Po chwili Tariel do mnie dołącza z pytaniem Dlaczego wyszłaś? Aby nie obrazić naszego gospodarza, tłumaczę mu swoje wyjście bólem głowy. Noc mija bardzo niespokojnie w nadziei i oczekiwaniu rychłego poranka.

Dzień 4: Akhalkalaki – Wardzia -nad rzeką przed Aspindza – dst.64km

Wystarczyło, że ledwo się przejaśniło, od razu wyskoczyliśmy z łóżka i zaczęliśmy się pakować, aby jak najszybciej opuścić to straszne miejsce. Tariel wręcz nakazał abyśmy coś przekąsili przed wyjazdem. Aby go nie zdenerwować, wkładamy do ust po plasterku ogórka i kawałku chleba. Po pożegnaniu czym prędzej opuszczamy miasteczko.Po wypatrzeniu stosownego miejsca na śniadanie, zatrzymujemy się na łące obok starego sadu jabłkowego. Dopiero tutaj w spokoju i bezstresowo jemy śniadanie i pijemy poranną kawę. Dzisiaj jedziemy zwiedzać skalne miasto Wardzię. Od rana słońce smali. Jadąc płaskowyżem mijamy wyludnione wioski. Przed wjazdem do jednej z nich w oddali widzimy dwóch rowerzystów. Okazuje się, że to sakwiarze z Polski. Na dodatek z jednym z nich korespondowaliśmy e-mailowo i jesteśmy też na tym samym forum rowerowym.Podobnie jak my, Robert podróżuje z sakwami od lat(warto odwiedzić jego stronę o wyprawach rowerowych /www.sakwiarz.pl/. Tym razem podróżuje wspólnie z Romanem. Po chwili rozmowy, rozstajemy się. Droga przez płaskowyż jest długa. Po przejechaniu płaskowyżu dojeżdżamy do głębokiego kanionu. Po drugiej stronie w oddali widzimy Skalne Miasto Wardzia. Z daleka wygląda jak kawałek dobrze dojrzałego sera z dziurami. Zjazd po szutrowej drodze przypłacam rozerwaniem opony. Na szczęście mamy przy sobie nową składaną. Krzysiu sprawnie wymienia. Trzeba przyznać, że zjazd był długi i dłonie aż bolą od trzymania ich na klamkach hamulców. Pokonaliśmy 500 metrów wysokości w końcu to nie byle co. Gdy Krzysiu zwiedza skalne miasto, ja w cieniu zadaszenia restauracji rozmawiam z małżeństwem Polaków.Upał niemiłosierny. Droga asfaltowa, którą jedziemy wynagradza nasze poprzednie mordęgi na szutrówce.

Tym razem nawierzchnia gładka jest jak stół (tą drogą dojeżdżają autokary i turyści do Wardzi). Jedziemy pomiędzy wysokimi skałami. Bardzo malownicze widoki. W przydrożnym sklepiku kupuję chleb, kawałek chałwy i pomidory. Powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg. Siedzimy przy drodze gdy zatrzymuje się przy nas traktorzysta. Z propozycją podwiezienia. Grzecznie odmawiamy. Jedziemy dalej. W pewnym momencie widzimy bardzo ładne miejsce na nocleg. Ławeczka tuż nad brzegiem rzeki, ładna trawa. Zjeżdżamy z głównej drogi. Ku naszemu zdziwieniu z daleka wita nas traktorzysta, którego wcześniej spotkaliśmy. Zaprasza nas do siebie. Pijemy wspólnie piwo. Gosia (bo tak ma na imię) oferuje nam ciekawe miejsce pod namiot i zaprasza nas na naszą pierwszą gruzińską suprę. Aby mieć nas czym ugościć Gosia łowi ryby w rzece. Wspólnie z Krzysiem czyszczą je a następnie gotuje je w wodzie z solą. Jeden z dwóch przyjaciół Gosi zbiera na łące jakieś liście, kładzie na talerz i soli. Jesteśmy zaproszeni na kolację. Siedzimy w małym jednopokojowym domku rybaka. Pijemy wino, jemy gotowane ryby i zagryzamy liśćmi z łąki. Staram się za wiele nie myśleć jedząc te liście pokryte warstwą nie tylko soli ale i mszyc. Przeżyję. Nasi kompanii uczą nas wznoszenia toastów po gruzińsku. Supra kończy się późnym wieczorem. Noc mija spokojnie.

Dzień 5: Przed Aspindza – Achalkalaki – Abastumani – dst.68km

Rano Gruzini zapraszają nas na kawę, herbatę oraz śniadanie. Żegnamy się i wyruszamy w dalszą podróż. Jedziemy cały czas wzdłuż rzeki Mtkwari, w kierunku miasta Achalciche. Przed miejscowością zatrzymują się obok nas motocykliści, jak się okazuje Polacy z Warszawy. Rozpoznali w nas rodaków po biało czerwonych nalepkach, które mamy na sakwach. Po wymianie wrażeń ruszamy dalej. W 18,5 tysięcznym Achalciche krótka przerwa na kawę w centrum miasta. Jest to ponoć miasto z dość liczną Polonią, my polaków nie spotkaliśmy. Wyjeżdżając z miasta podziwiamy widok na twierdzę mieszczącą się na wzgórzu, lecz z lenistwa nie zajeżdżamy. Kierujemy się do Abastumani, znanego w Gruzji ośrodka turystyczno – wypoczynkowego. Przed Abastumani zatrzymujemy się na przystanku autobusowym aby coś przekąsić. Przy okazji karmimy wygłodniałego psa. Niestety w Gruzji widok bezpańskich, biednych piesków to codzienność. Kiedy futrujemy kolejnego kromala chleba zatrzymuje się furmanka ciągnięta przez osiołka z dziadkiem jako woźnicą. Dziadzio pyta się skąd jesteśmy i proponuje aby najbliższą noc spędzić u niego. Odmawiamy i ruszamy dalej. W Abastumani zaskakuje nas przelotny deszcz ale jeszcze większym zaskoczeniem jest widok miasteczka. Szczyt świetności tego uzdrowiska minął chyba w czasie gdy Gruzini podziękowali Rosjanom za ich „opiekę. Większość kuracjuszy stanowili Rosjanie, dzisiaj niszczejące pensjonaty i domy wypoczynkowe świecą pustkami. W ostatnich zabudowaniach miasteczka znajdujemy nocleg w pensjonacie za 40 lari. Jest czysty pokoik a co najważniejsze łazienka, gdzie można się wykąpać. Jest tylko zimna woda, ale od czego mamy kuchenkę. W ten wieczór obalamy jeszcze butelkę wina, którą otrzymaliśmy od Gruzinów z poprzedniego dnia. Jest miło …..

Dzień 6: Abastumani – przełęcz Zekari – Sairme – dst.47km

Noc minęła bardzo spokojnie i przede wszystkim wygodnie. Jak się potem okaże to był nasz najlepszy nocleg na całej wyprawie. Po śniadaniu bez pośpiechu szykujemy się w dalszą drogę. Na początku droga wiedzie zupełnie po płaskim aby po niedługim czasie zacząć się piąć pod górę. Miejscami jest na tyle stromo i kamieniście, że zmuszeni jesteśmy prowadzić rowery. Droga wydaje się, że nie ma końca. Jedziemy wśród pięknej soczystej zieleni i coraz piękniejszych widoków. Im jesteśmy wyżej tym bardziej imponujące czekają nas krajobrazy. Jedziemy drogą szutrową,w wyglądzie przypominającą nasze szlaki w polskich górach. Podziwiamy pięknie ukwiecone łąki.

Jestbardzo gorąco. Wokoło otacza nas tylko cisza i spokój.Na kilka kilometrów przed przełęczą kończy się pas lasu i zaczynają już tylko szczyty porośnięte trawą i kwiatami. Mijamy osadę pasterską. Pomimo pięknej jak dotąd pogody, na tej wysokości powoli zaczynają towarzyszyć nam chmury. Poruszamy się w nich jak we mgle. Spotykamy jedyną i zarazem ostatnią chatę łącznie z siedzącym przed nią pasterzem. Chwilę siadamy tuż obok niego i wymieniamy kilka zdań. Radzi nam uważać w tej okolicy, gdyż zdarzają się tutaj wilki. Prawdę mówiąc napędza mi tym niezłego stracha. Następny odcinek pokonujemy otuleni chmurami. Obrazki jak z horroru. Na dodatek drogi rozchodzą się co chwilę, a my na mapie mamy tylko jedną nitkę. Jedziemy trochę na wyczucie. Na szczęście w końcu pojawia się przełęcz Zekari, czyli brama do słońca- 2.280m.n.p.m. (na naszym wysokościomierzu 2.214m.n.p.m.). Z ulgą oddycham. Teraz będzie już tylko z góry i bez mgły.

Po zjechaniu kilkudziesięciu metrów w dół mgła i chmury zostają za nami. Zaskakuje nas bogata roślinność występująca na tej wysokości(ok.2.200m.n.p.m.),ale z drugiej strony nie ma co się dziwić, ponieważ jesteśmy w największym parku narodowym Gruzji Park Narodowy Bordżomi-Charagauli. Przed nami rozpościera się cudowny widok już po drugiej stronie gór. Skaliste szczyty gór i jednocześnie ogromne połacie łąk, gdzie wypasają się mijane przez nas krowy. Z mleka krowiego górale wyrabiają sery góralskie, które mieliśmy okazję spróbować, właśnie gdy zjeżdżaliśmy z przełęczy.Pasterze zapraszają nas do chaty z desek, chcą pokazać nam jak wyrabia się ser w połączeniu z degustacją. Oczywiście degustacja to wymówka, ponieważ zaraz na stole oprócz sera pojawia się cza-cza (samogon) i wino. Panowie szybko się rozkręcili i już proponują nam nocleg w chacie, a jest dopiero ok.16.00. Do wieczora pewnie upiliby nas doszczętnie, więc po degustacji sera, wina i czaczy dziękujemy i odjeżdżamy w dół do m. Sairme. W Sairme pytamy się o nocleg w hotelu (ok.200zł za pokój) i od razu dziękujemy. Nocleg znajdujemy w pensjonacie marnej jakości ale za to płacimy tylko 40zł.

Dzień 7: Sairme – Baghdati – Dimi – Obcha – dst.37km

Z Sairme jedziemy cały czas w dół asfaltową drogą. Droga bardzo dobrej jakości, ale przecież Sairme to miejscowość wypoczynkowa, coś jak nasza Szklarska Poręba, tylko mniejsza. Po drodze kupujemy miód od miejscowych pszczelarzy. Szybciutko dojeżdżamy do Baghdati (nazwa pochodzi od Bagdadu – stolicy Iraku, w tłumaczeniu znaczy: Dar Boży), małe miasteczko z piękną cerkwią na głównej krzyżówce. W miasteczku urodził się poeta rosyjski Władimir Majakowski. My robimy sobie przerwę na mały posiłek w barze na przeciwko komendy policji. Zamawiamy jakieś różności w cieście, nawet nie znamy nazwy, ale wygląda to tak. Po posiłku jedziemy w kierunku Zestaponi z myślą dojechania tam. Mamy do pokonania niewiele ponad 20km. Jednak nie było to nam dane, ponieważ już po kilku kilometrach jesteśmy zaproszeni na kawę przez gruzińskiego winiarza.

Jest ok. 15.00 więc zgadzamy się i z góry zaznaczamy, że tylko na 20 min. Oczywiście – zapewnia nas gospodarz, na 20 min. Częstuje nas kawą – później winem własnej produkcji i jeszcze, co by na pewno nie pomyśleć o dalszej jeździe gospodarz podaje czaczę, czyli ichny bimber ok.60-70%, do tego czym chata bogata. Jest coraz weselej, Grigorij pokazuje jak wygląda cały proces produkcji wina, kilkuset litrowe zbiorniki w domku winiarza, akcesoria winiarskie, obchodzimy też winnicę. Degustujemy również wina z zeszłego roku. Wiemy, że dzisiaj już nigdzie nie pojedziemy. Grigorij odmawia nam postawienia namiotu koło domku winiarza, w zamian oferuje pokój z łożem małżeńskim. Nie ma innej możliwości, propozycję przyjmujemy…

 

Dzień 8: Obcha – Zestaponi – Kitskhi – dst.30km

Rano dziwne, nie ma kaca. A przecież wypiliśmy dużą ilość alkoholu. Właściciel zaprasza nas na kawę i śniadanie. Dziękujemy i po śniadaniu żegnamy się. Dzisiaj mamy zamiar nadrobić troszkę kilometrów. Jedziemy drogą szutrową, która po nocnym deszczu jest pełna błota i kałuż. W dodatku droga przygotowywana jest utwardzania i posypano ją jakąś mieszanką z cementem. Jazda w takich warunkach to męka, ponieważ błoto zbiera się pomiędzy oponami a błotnikiem i w pewnym momencie koło przestaje się kręcić. Cholera nas bierze, nie idzie jechać. W pobliskiej rzeczce myjemy rowery, ale po pokonaniu kilku kilometrów znowu to samo, a rzeczki już nie ma. Co jakiś czas czyścimy błotniki z błota śrubokrętem, przez co poruszamy się żółwim tempem. W końcu dojeżdżamy do Zestaponi. Miasteczko w środkowej Imeretii, regionu słynącego z uprawy morw i winorośli, gdzie panuje klimat wilgotny subtropikalny. Rosną tutaj nawet palmy. Robimy małe zakupy i jedziemy w kierunku Kharagauli. W dalszym ciągu jazdę utrudnia nam błocko. W połowie drogi pomiędzy Zestaponi a Kharagauli zatrzymuje nas kolejny gościnny Gruzin – winiarz i zaprasza na kawę, tylko pól godziny. I tym razem dajemy się zaprosić, podkreślając, że tylko na pół godziny, ponieważ musimy jechać dalej. Jak myślicie co się stało później? Powtórka z rozrywki z dnia wczorajszego. Degustacja win, domek winiarza, zbiorniki na wino w ziemi, inwentarz, winnica … Gorami, tak na imię ma nasz gospodarz, częstuje nas sytą kolacją (supra), zapijaną winem i czaczą. Poznajemy jego rodzinę: matkę, siostrę i chyba siostrzeńca. Siostra gospodarza pokazuje nam cały dom, wszystkie pokoje. Następnie jesteśmy świadkami produkcji własnego chleba (puri). Podczas wieczornej supry Gorami opowiada nam historię Gruzji, jej tradycje i obyczaje. Gospodarz był nauczycielem historii. Otrzymujemy na noc pokój z czyściutką pościelą i nie ma dyskusji o możliwości rozbicia namiotu. Zasypiając zastanawiamy się: czy takim tempem zrealizujemy nasze plany? Kolejne pytanie: czy nie wpadniemy w nałóg? Tutaj wszyscy piją czaczę!!!

Dzień 9: Kitskhi – Kharagauli – Surami – dst.54km

Budzimy się ponownie bez kaca, wypoczęci, gotowi do dalszej podróży. Przy łożu nacinamy się na starą flintę. Robimy zdjęcie. Ciekawe czy sprawna? Nie sprawdzamy, chowamy ją za łóżkiem. Po wspólnym śniadaniu dosiadamy nasze rumaki i kierujemy się do Kharagauli. Droga w dalszym ciągu szutrowa, błotnista, zaklejająca błotniki. Męczymy się z tym błotkiem cały dzień. Przed  miastem na drogę wchodzi policjant, wyraźnie macha ręką abyśmy się zatrzymali. Przez chwilę myślę: czy coś przeskrobaliśmy, a może za dużo wypiliśmy wczoraj czaczy? ale skąd o tym może wiedzieć?… Na szczęście policjanta interesuje cel naszej podróży a przede wszystkim gdzie dzisiaj jedziemy. Po krótkiej rozmowie jedziemy dalej. Na centralnym placu w Kharagauli podziwiamy pomnik … właściwie to nie wiemy czego. Przy wylocie z miasteczka nabieramy świeżej wody ze źródełka. Widzimy, że przyglądają nam się jacyś ludzie z granatowego auta.

Jedziemy, cel to Surami około 40km drogi szutrowej, głównie pod górę. Przełęcz jest na 1000m.n.p.m. a jesteśmy na 300 więc nie powinno być problemów. Niestety błoto w dalszym ciągu uprzykrza nam jazdę. Na dodatek granatowy samochód wyprzedził nas, a za dwoma zakrętami stoi. Chyba nie czekają na nas? Przez lekko zaciemnione szyby nie możemy dojrzeć któż to tak interesuje się nami. A może tylko tak nam się wydaje. Za kilka minut sytuacja powtarza się, wyprzedzają nas. Zaczynamy mieć stracha. W najbliższej miejscowości stoją. Obok ich auta spora grupa mężczyzn. Przez otwarte okno zauważamy, że w środku siedzą dwaj panowie policjanci. Dlaczego jadą za nami? Przy skrzyżowaniu szutrowych dróg nie bardzo wiemy jak jechać, na mapie jest tylko jedna droga. Policjanci nas mijają i na moście kolejowym zatrzymują się. Jeden wysiada i macha aby jechać w tym kierunku. Zaraz znikają. W tym momencie zrozumieliśmy że otrzymaliśmy eskortę. Czytaliśmy już wcześniej, że turyści w Gruzji czasami dostają taką opiekę na terenach niebezpiecznych. Panów policjantów mijamy jeszcze kilkakrotnie, chcemy nawet ich zaczepić na pogawędkę, ale za każdym razem umykają nam. W osadzie górskiej o nazwie Tsipa robimy krótki odpoczynek przy jednym z domostw. Gdy siadamy w cieniu, dosłownie za minutkę robi się gwar wokół nas. Przychodzą kobiety i przynoszą gorące puri, ser i wodę. Zaraz jakiś mężczyzna przynosi czaczę i chce koniecznie napić się z nami. Ludzie chcą zaprosić nas do domów. Wręczają nam prowiant na dalszą drogę nie pytając nawet czy czegoś potrzebujemy. Patrzymy na siebie i wiemy co chcemy sobie powiedzieć. Po prostu tak już jest gdzie jest biednie tam jest dobre serce. Gruzja to biedny kraj, ale ludzie otwarci i gościnni, chętni podzielić się tym co mają. W wiosce mijamy jeszcze dużego warchlaka, który na środku drogi mości sobie posłanie. Jedziemy dalej, aż w końcu po minięciu placu budowy trasy kolejowej, gdzie pracowali Wietnamczycy wpadamy wprost na samochód naszych policjantów. Panowie cierpliwie czekają na nas. Nie mają jak wyjechać, ponieważ musieliby staranować nasze „rumaki”. No to mamy ich. Chcemy porozmawiać, ale chłopaki „nie gawarit pa ruski jazyk”. Proponujemy na migi napić się razem kawy. Niechętnie, ale dają się w końcu namówić. Sprawiają wrażenie jakby się bali wypić razem kawę. Może dlatego, że kiedyś policja w Gruzji była skorumpowana, na każdym kroku przekupna. Odkąd rządzi prezydent Saakaszwili zwolniono 80% z nich. Zatrudniono nowych ludzi, dając im 10 krotnie wyższą pensję. W ten sposób wyeliminowano korupcję, a społeczeństwo bardzo dobrze ocenia ich pracę. Niejednokrotnie słyszeliśmy od ludzi taką właśnie opinię. Po całym dniu dłubania się pod górę, w końcu ostry zjazd do m. Surami. Tam przy głównej drodze miejscowi sprzedają lokalny specjał o nazwie Nazuki, smaczne, słodkie cynamonowe ciasto z rodzynkami, pychotka. Pytamy o nocleg i od razu dostajemy propozycję. Pokój z dwoma łóżkami za 20 lari (40zł).

Dzień 10: Surami – Chaszuri – Kareli – Gori – Tbilisi – dst.70km

Żegnamy naszych gospodarzy, którzy wręczają nam na podróż słodkie „Nazuki”. Dzisiaj  powinniśmy dojechać do Tbilisi. Ale już wiemy, że 150km które nas dzieli do Tbilisi nie przejedziemy w jeden dzień. Zmieniamy plany, jedziemy na dworzec kolejowy w Chaszuri. Pociąg jest, ale dopiero za 6 godzin. Postanawiamy dojechać na rowerach do Gori, a stamtąd pociągiem do Tbilisi. W ten sposób pozostało nam jeszcze dzisiaj do zrobienia około 60km w 6 godzin. Początkowo droga jest asfaltowa i jazda sprawia przyjemność, ale już po kilku kilometrach od zjazdu z głównej drogi zaczyna się się szuter. I właśnie po przejechaniu dłuższego odcinka po kamolach Krzysztofa rower tzn. tylne koło „dostaje bicia”. Przetarła się opona. Na szczęście mamy w zapasie jeszcze jedną starą oponę „kolarzówkę”, która już ma swoją historię (patrz wyprawa po Jurze, dzień 5). Zostało nam niewiele czasu na dojechanie do Gori. Na szczęście ostatni odcinek pokonujemy po asfalcie. Na dworcu kolejowym kupujemy 2 bilety do Tbilisi za okazaniem paszportu. Podjeżdża pociąg i chcąc wejść do wagonu ponownie musimy okazać paszporty obsłudze. Dlaczego? Nie wiemy. W trakcie podróży z telefonu użyczonego przez młodego Gruzina dzwonimy do Gudzi, tego spotkanego pierwszego dnia w Tbilisi (kupione gruzińskie karty w naszych telefonach nie działały). Na dworcu w Tbilisi spotykamy się z Gudzią. Jedziemy za nim do jego mieszkanka, gdzie zaproszeni zostaliśmy na nocleg. Nasz kompan „prowadzi nas” to pod prąd, to lewą stroną drogi, to na skrzyżowaniu na czerwonym świetle. Łamie przepisy ruchu drogowego na każdym kroku. W pewnym momencie jadąc pod prąd mijamy policjanta, który nic z tego sobie nie robi. Gudzia tłumaczy nam, że w Tbilisi tak trzeba jeździć, ponieważ brak jest ścieżek rowerowych, a na drogach jest zbyt duży ruch. No dobra niech tak będzie. Ufff dojeżdżamy na miejsce. Robimy kolację. Oczywiście gospodarz stawia czaczę. Długo rozmawiamy o Polsce, Gruzji, również o Moskwie, ponieważ Gudzia tam mieszkał i pracował. W międzyczasie do Gudzi dzwoni młody człowiek z pociągu, który użyczył nam telefonu z pytaniem czy dojechaliśmy. Bardzo mile nas to zaskoczyło. Noc spędzamy na wygodnym łóżku. Jutro zwiedzamy Tbilisi.

Dzień 11: Tbilisi – dst.35km

Wyruszamy razem z Gudzią, kierunek dworzec Didube. Jest to takie miejsce skąd odjeżdżają marszrutki w różnych kierunkach Gruzji. Chcemy zaklepać sobie wyjazd na jutrzejszy dzień do Stepantsminda, dawniej Kazbegi w Kaukazie Wielkim. Ponadto w tym miejscu odbywa się handel, głównie żywnością, jakby targowisko. Również tutaj jest sklep rowerowy z częściami. Musimy przecież kupić „pakryszkę” czyli oponę. Po drodze mijamy Plac Avlabari z fontanną, Katedrę Sameba, pomnik poświęcony bohaterom jednego z najpopularniejszych filmów komediowych Kaukazu „Mimino”, most BarataszwiliParlament Gruzji, Akademię Nauki. W drodze powrotnej już bez Gudzi, który musiał jechać do pracy jedziemy reprezentacyjną aleją Tbilisi – David Aghmashenebeli. Mijamy Kościół Św. MikołajaPałac Prezydencki. Z mostu robimy fotkę Matce Gruzji, 20m posągowi usytuowanemu na szczycie grzbietu górskiego Sololaki oraz pomnikowi gruzińskiego króla Kartlii, założycielowi Tbilisi Wachtangowi Gorgasali. Jeszcze stare miasto i już jesteśmy z powrotem. Gudzia zabiera nas do restauracji swojego brata na pyszne „chinkali”, zapijane piwem i czaczą. Późnym wieczorem wracamy do domu na gazie, od razu zalegamy w łóżku.

Dzień 12: Tbilisi – Stepantsminda (Kazbegi)

Dzisiaj rozpoczynamy jakby drugą część podróży po Gruzji. W najbliższe dni będziemy poruszać się po Kaukazie Wielkim. Rano jedziemy z naszym gruzińskim bratem na dworzec Didube. Tutaj czeka na nas umówiona dzień wcześniej marszrutka. Za 120lari jest wyłącznie dla nas. Ładujemy na busa rowery i już wygodnie jedziemy. Kierowca chwali się że już przewoził Polaków i pokazuje proporzec z herbem Polski. Robimy przerwę w Ananuri, a następną przed Przełęczą Krzyżową. Pniemy się do góry, widoki wokoło coraz jakby groźniejsze. Dojeżdżamy do Stepantsminda (dawniej Kazbegi), kierowca pyta się nas czy chcemy pojechać z nim na granicę z Rosją. Mamy czas, czemu nie. Na granicy szofer wyraźnie na kogoś czeka by po chwili stwierdzić że mamy wrócić do Stepantsmindy rowerami. Protestujemy, to niby tylko 10km pod górę, ale nam się nie chce, a poza tym nie tak ustalaliśmy. Całe szczęście odwozi nas na umówione miejsce i wraca na granicę. My jedziemy poszukać miejsca noclegu u Pani nauczycielki Mai, który zdobyliśmy z forum. Trafiamy szybko. Koszt noclegu z kolacją i śniadaniem 70lari (ok.140zł). Jest około 16.00 postanawiamy coś z czasem zrobić. Idziemy do miasta. Przeszliśmy niespełna 100m może 200m a tu podjeżdża z piskiem opon stary UAZ. Pan przedstawia się: „Ja Wasyl, kak wy chotitie ja odwiezu was k Csminda Sameba. Ciena dla wsiech 60lari a dla Paliaków tolko 40lari”. Nooo taka promocja, jak byśmy mogli nie zgodzić się. Już jedziemy w górę. Wasyl nie oszczędza swojej terenówki przy tym cały czas nawija. Gaduła niesamowita. Csminda Sameba – Klasztor Świętej Trójcy robi wrażenie, na pewno bardziej jego położenie. Wasyl namawia nas jeszcze na podróż do wodospadów za 20 lari, które nie robią na nas wrażenia. I jeszcze woziłby nas po okolicach oczywiście nie za darmo, ale powiedzieliśmy „dość, do domu”. A w domu Pani szykuje kolację. Wygląda pysznie. Po kolacji próbujemy jeszcze zrobić foty Kazbegowi, drugiemu szczytowi Gruzji pod względem wysokości 5033m.n.p.m. Niestety całe popołudnie zakryty jest chmurami.Tej nocy śpimy w wygodnym małżeńskim łożu.

Dzień 13: Stepantsminda – Przełęcz Krzyżowa (2379m.n.p.m.) – Gudauri – Tsivtskaro 82,5km

Rano wychodzimy na taras i zaskoczenie. Kazbeg uchyla przed nami rąbek tajemnicy. Robimy foty. Po kilkunastu minutach znowu pokrywa się chmurami. Po śniadaniu dosiadamy swoje rumaki. W dniu dzisiejszym jedziemy w dół Gruzińską Drogą Wojenną, pokonaną wczoraj marszrutką pod górę. Chociaż nie do końca w dół, ponieważ aby zjechać trzeba też podjechać, konkretnie na Przełęcz Krzyżową. Podjazd (droga) nieciekawa, szutrowa. Gdy wymijamy się z ciężarówką lub autobusem zaraz jesteśmy w chmurze kurzu. W nagrodę wokoło śliczne widoki. Przed przełęczą zatrzymujemy się przy źródle wody mineralnej. Płynąca z gór woda zabarwiła skały na dziwnie pomarańczowy kolor. Woda ma smak słono-gorzko-kwaśny, trudny do określenia. Jest prawie jak gazowana, ale niesmaczna. Jeszcze trochę i już jest przełęcz. Za przełęczą zaczyna się mocno chmurzyć. W kurorcie narciarskim Gudauri dopada nas deszcz i grzmoty. Przeczekujemy dość mocny deszcz w restauracji, fundując sobie kawę i lody. Teraz na dobre zaczynamy nasz zjazd, już asfaltem wzdłuż rzeki Aragwi. Wieczorem rozbijamy namiot na działce u małżeństwa, które prowadzi mały sklep i stację benzynową (hmm, stacja benzynowa to za duże słowo, ale stary dystrybutor stoi). Suriko i Ekieri goszczą nas tym czym mają i oczywiście czaczą. Pani domu nie może przeboleć, że rozbiliśmy namiot i nie chcemy pokoju. W nocy burza i ogromna ulewa, która nie wyrządza nam strat.

Dzień 14: Tsivtskaro – Ananuri – Tianeti  41km

Celem na dzisiaj jest dojechanie do Tianeti i odnalezienie Tamura, mieszkańca miasteczka, który w zeszłym roku pomógł naszej znajomej naprawić rower. Ona również podróżowała po Gruzji tak jak my. Tamurowi chcemy dostarczyć zdjęcia od znajomej. W Ananuri robimy pierwszą dzisiaj przerwę. Znajduje się tutaj twierdza z przełomu XVI i XVII wieku, leżąca nad rzeką Aragwi. W tym miejscu rzeka wpada do sztucznego jeziora Żinwalskiego. Woda z jeziora służy mieszkańcom Tbilisi jako woda pitna. Jest turkusowa i dodaje uroku okolicy. Mijamy jezioro i zaczyna się mozolny, stromy podjazd w kierunku bezimiennej przełęczy przed m. Zaridzeebi. Jedziemy wzdłuż skalnych ścian. Na przełęczy dokarmiamy bezdomnego psiaka. Nie zauważamy jak psiak pochłania wyrzucone przez nas foliowe opakowanie po maśle. Mamy nadzieje, że nic mu nie będzie. Mijamy dwie lub trzy wioski i jesteśmy w Tianeti. W sklepie robimy małe zakupy i pytamy o Tamura. Trochę błądzimy po uliczkach, ale w końcu jeden z miejscowych dokładnie wskazuje nam poszukiwany adres. Tamur bardzo zaskoczył się zdjęciami. Jest wyraźnie zadowolony, że znajomi pamiętali o nim. My wykorzystujemy sytuację i pytamy o możliwość rozbicia namiotu. Gospodyni, żona Tamura przygotowała nam pokój i nie ma mowy o rozbiciu namiotu. Długo rozmawiamy z gospodarzami, aby w końcu iść spać.

Dzień 15: Tianeti – Tbilisi 85km

Droga z Tianeti do Tbilisi miała być „lajtowa”, taka poprostu wycieczkowa. Niestety jak to w Gruzji, pełno ostrych podjazdów na szutrowych drogach, gdzie dodatkowo duże kamienie uniemożliwiają podjazd. Niejednokrotnie trzeba rowery podprowadzać i robić częste przerwy. Rekompensatą za trudy jazdy jest piękna pogoda, która rozpieszcza nas przez dwa tygodnie. W wiosce Ghulelebi objadamy się gruzińskimi batonikami, które nie smakują tak dobrze jak nasze polskie. Dalej jedziemy dłuuugą prostą z dwóch stron porośniętą drzewami. Następnie wjeżdżamy do Parku Narodowego Tbilisi, ale do Tbilisi to stąd jeszcze kawał drogi. Wokół las bukowy, jedziemy całkowicie w cieniu, za to pod górę. Mijamy m. Tskhvarichamia. Widać że była to miejscowość wypoczynkowa dla gości z Rosji. Pozostałości po domach kultury lub podobnych. Od tego momentu rozpoczynamy około 20km zjazd do samego Tbilisi. Jazda fajowa. Aby dojechać do Gudzi, naszego gruzińskiego kolegi przejeżdżamy niemalże wzdłuż miasto. Dokładniej wzdłuż rzeki Mtkvari. Śpimy ponownie u Gudzi.

Dzień 16: Tbilisi

Dzisiaj totalne lenistwo. Zostajemy u Gudzi w domu i obijamy się w oczekiwaniu na wieczór, kiedy pojedziemy na lotnisko. W nocy lecimy do Warszawy via Ryga.

Koszty Gruzja:
lot -2311zł
pociągi,marszrutka,wycieczka uazem – 470zł
noclegi płatne – 350zł
wyżywienie w Gruzji + inne wydatki – 1200zł
ubezpieczenie – 230zł
paliwo – gaz do auta (dojazd z Z.G.na lotnisko w Warszawie i powrót) – 230zł
Razem: 4791zł/2 osoby  

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY