Lawendowy zawrót głowy

W dniach od 27 lipca do 7 sierpnia 2015 objechaliśmy dookoła Kanion Verdon oraz przejechaliśmy kawałek Wybrzeża Lazurowego, oczywiście na rowerach. Teren był górzysty a nad morzem pagórkowaty. Temperatury dobrze powyżej 30 stopni w dzień, powyżej 20 stopni w nocy, w górach około 10 stopni mniej. Spaliśmy w namiocie na dziko, na gospodarza, bez namiotu na plażach, a trzykrotnie na kempingu. Woda ciepła około 28 stopni. Idealny czas na wakacje. Przejechaliśmy niewiele kilometrów zaczynając i kończąc podróż w Nicei. Z planów podróży nie zrealizowaliśmy tylko wypadu do Monako z czystego lenistwa.

link do fotorelacji – czyli mało czytania, dużo oglądania

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/Francja2015WyprawaRowerowa

Mapa wyprawy

Nicea 24km

Po wyjściu z terminala w Nicei uderza nas w twarz gorące powietrze. Pomimo, że jest już późne popołudnie upał nie odpuszcza. Przed budynkiem skręcamy rowery i „skompresowane” pudła chowamy (we wcześniej upatrzonych z maps.google w wersji satelitarnej) krzakach na brzegu rzeki Var. Kolejny ważny cel to zakup kartuszy gazowych do kuchenki. Udaje nam się zrobić zakupy spożywcze w Lidlu a kilkaset metrów dalej naboje gazowe w Leclerc. Przy okazji nabieramy w sąsiednim barze wodę na wieczorną kąpiel. Teraz możemy już spokojnie jechać we właściwym kierunku i rozglądać się za miejscem na nocleg. Robi się już ciemno, a my wciąż bez perspektywy noclegu. Wokół nas tylko po lewej i prawej stronie domy, zagrodzone ogrody i żadnych ludzi. Wszędzie ciemno. Po 22.00 przejeżdżając obok domu znajdującego się za gęstymi zaroślami słyszę jakieś głosy. Od razu tam się kierujemy. Pytam o możliwość rozbicia namiotu w ogrodzie. Młode małżeństwo nas przyjmuje do siebie, przynoszą stojącą lampę a nawet oferują kąpiel w basenie przy którym rozstawiamy nasz namiot. Jesteśmy tak zmęczeni, że marzy nam się tylko sen. Po szybkiej kolacji kładziemy się spać.

Nicea – Le Brec 58km

O godzinie 7 rano opuszczamy ogród. Droga wije się cały czas wzdłuż rzeki Var. Jest bardzo gorąco i cały czas lekko pod górę. W pięknie położonej miejscowości Touët sur Var robimy dłuższą przerwę na obiad. Jest tu też źródełko z orzeźwiającą wodą. Nasza dalsza droga jest bardzo malownicza. Nawisy skalne z jednej strony a z drugiej rzeka. Kolejny przystanek robimy dopiero w Entrevaux z widokiem na stare miasto. Sporo turystów więc i przerwa krótka. Późnym popołudniem dojeżdżamy na pole namiotowe w Le Brec nad rozlewiskiem wodnym bo trudno nazwać to jeziorem. Ludzi pełno, miejsc brak, jednak recepcjonistka widząc zmęczenie na naszych twarzach wskazuje nam jedno małe miejsce. Jest nam wszystko jedno. Po drodze żadnej fajnej miejscówki nie widzieliśmy więc zostajemy. Dzisiaj luksusowo bierzemy natrysk.

Le Brec – Castellane – nad rzeką Verdon 58km

Przed nami wjazd na przełęcz 1124m. Może nie jest to aż tak wysoko ale upał daje nam nieźle popalić i po prostu jest mi bardzo ciężko jechać. Często się zatrzymujemy. Każdy cień przynosi ulgę i ciężko się zebrać do dalszej jazdy. Rekompensatą za trudny wjazd są widoki i klimatyczne mieścinki, które mijamy po drodze. Prawdziwą perełką okazuje się zjazd do jeziora Lac de Castillon. Turkusowa woda i cudowna lokalizacja motywuje nas do dłuższej przerwy i ugotowania obiadu. Uwielbiamy takie miejsca. Zatrzymujemy się w lasku z panoramicznym widokiem na miasteczko Saint-Julien-du-Verdon. Jest drewniany stół i ława. Rewelacja. Po obiedzie pogoda lekko się zmienia. Przychodzi zachmurzenie.

Jedziemy wzdłuż jeziora aż do wielkiej tamy. Zaczyna kropić deszcz. Skręcamy w polną drogę z wbitym na poboczu drogowskazem do campingu la ferme czytaj tani camping u gospodarza. Miejsce bardzo fajne, duży trawnik przy polu. Jest tylko jedno ale, jest za wcześnie i postanawiamy jechać dalej. I jest to bardzo dobra decyzja. Jedziemy wzdłuż rzeki Verdon. Widoki bardzo ładne. Można powiedzieć, że taki kanion. Zatrzymujemy się nad rzeką z możliwym miejscem do biwakowania i pozostania tu na noc. Nad rzeką grupka dzieciaków z dwójką dorosłych więc odczekujemy aż sobie pójdą. W międzyczasie udajemy się na drugą stronę brzegu. Tuż za mostem zagrodzony teren prywatny z dwoma kamperami. Pytam o możliwość rozbicia namiotu przy ich przyczepach. Pan przecząco kiwa głową. Powoli się wycofujemy jednak pan nas woła i palcem wskazuje dużą łąkę tuż obok. Sugeruje, że możemy tu postawić namiot i że ta łąka jest jego własnością. Cieszy nas ta informacja, gdyż miejsce jest bardzo ładne a poza tym mamy oficjalne pozwolenie więc spokojnie możemy się rozbijać. Mamy miejscówkę. Jemy kolację, jednak po chwili zaczyna lekko kropić i się chmurzy więc udajemy się do namiotu. Noc cicha i spokojna.

Nad rzeką Verdon – La Palud sur Verdon – pętla Kanion Verdon – 47km

Poranek wita nas cudownym błękitem nieba. Piękny i słoneczny dzień. Jedziemy pod górę. Piękne tereny. Dojeżdżamy do kolejnego miejsca, które idealnie nadaje się na przerwę kawową. Kilka zdjęć na pamiątkę i można znowu pomęczyć się jadąc pod górę. Nie jest lekko. Odliczam kolejne zakręty. W upale każdy kilometr pod górę to spore wyzwanie. Jednak każda droga w końcu się kończy. Dojeżdżamy do mieściny o nazwie La Palud-sur-Verdon. Mijamy camping po lewej stronie ale dalej jedziemy do sklepu niedaleko kościoła. Zimne mleko, świeże pieczywo, owoce, cud miód. Pałaszujemy te pyszności pod sklepem w cieniu drzewa na parkingu. Jest dość wcześnie więc decydujemy się na pozostawienie bagaży w rozbitym namiocie i objazd wokół kanionu Verdon. Kierujemy się na camping la ferme. Trafny wybór. Tanio, pusto i spokojnie. Zostawiamy bagaże i jedziemy zrobić 20km pętelkę. Oj łatwo nie jest. Spore nachylenie pod górę a do tego potworny upał. Na kolejnych zakrętach coraz piękniejsze widoki i miejsca widokowe. Im wyżej tym trudniej jechać. W większości trasy po prostu prowadzę rower a każdy możliwy cień wykorzystuję na chwilę odpoczynku. Każdy punkt widokowy zachwyca widokami.

W najwyższym miejscu pojawia się spora ilość orłów na wysokości naszych oczu a nawet poniżej. Robi to na nas ogromne wrażenie. W dole kanionu niczym wąska wstążeczka wije się turkusowa rzeka. Robimy zdjęcia, kręcimy krótkie ujęcia. Teraz jeszcze tylko trochę pod górę i czeka nas rewelacyjny długi zjazd. Od tego momentu droga jest już tylko jednokierunkowa. Strome urwisko i droga o wielu niebezpiecznych zakrętach. Pędzimy w dół. Musimy robić przerwy gdyż szprychy od przegrzanych obręczy zaczynają pękać. Dojeżdżamy do kolejnego kanionu. Cóż za widoki. Droga w dół raptem zamienia się w drogę pod górę. Nie mam już siły i marzę tylko aby już dojechać na camping i się położyć, odpocząć. Na szczęście resztą sił dojeżdżamy do miasteczka. Chwila na szybkie zakupy w sklepie i wracamy na camp. Kolacja smakuje wyśmienicie.

La Palud sur Verdon – Lac de Sainte Croix – Aiguines – 35km

Ale fajnie nam się spało. Jeden tylko mamy problem, rano pada deszcz. Siedzimy w namiocie i przeczekujemy aż przestanie. Na szczęście nie trwa to długo i znowu możemy cieszyć się ładnym słonecznym dniem. Dziś jedziemy bardzo malowniczą drogą. W większości oczywiście pod górę. Jednak cóż za widoki po naszej lewej stronie. Turkusowa rzeka a przed nami wielkie jezioro Sainte-Croix w dole. I znowu zjazd. Zaczyna padać. Gdy dojeżdżamy do jeziora pogoda zmienia się i jest coraz ładniej. Zatrzymujemy się w miejscu gdzie większość turystów również to robi, czyli na moście, gdzie można podziwiać ujście rzeki Verdon do jeziora. Chwila przerwy i znowu zaczyna się jazda pod górę. Przeprawiamy się na drugą stronę kanionu. Pod górę i wyżej i wyżej i cieplej. Nadciągają ciemne chmury a ja zaczynam się coraz bardziej bać nadciągającej burzy. Czarne chmury i pomruki burzy działają na mnie i adrenalina powoduje, że nie czuję zmęczenia ani potrzeby odpoczynku. Jadę do przodu jak rakieta. Byleby zjechać z gór. Krzysiu zawsze śmieje się ze mnie gdy tak jadę bez opamiętania. Dzięki tej szybkiej jeździe często pokonujemy nasz rekord dzienny na wyprawie. Jeszcze jeden ciężki i długi podjazd do miasteczka Aiguines. W samą porę. Dosłownie dopada nas burza i ulewa. Stajemy pod zadaszeniem nieczynnej restauracji. Czekamy aż przestanie lać. Po 19 ruszamy. Jeszcze grzmi ale już nie pada. A tu nadal pod górę. Niebo ponownie ciemnieje. Napotykamy camping i postanawiamy tu zostać co okazuje się fatalną decyzją. Nie dość, że jest bardzo drogi to jeszcze w nocy nie można spać. Albo ktoś obok się rozbija albo motorem prawie po głowie jeżdżą. Masakra.

Aiguines – Pont de I’Artuby – Bargemon – Le Muy – Roquebrune sur Argens 91km

Z ulgą wcześnie rano opuszczamy to miejsce. Gdyby nie fakt, że trafiła nam się wczoraj burza to nawet za darmo bym tu nie chciała zostać na noc. Niestety często się tak właśnie zdarza na campingach. Drogo i głośno. Dzisiejszego dnia jedziemy drugą stroną kanionu. Oczywiście jest sporo pod górę, ale jakie widoki. Rzeka Verdon w dole niczym wąską turkusowa wstążeczka wije się na dnie kanionu. Upał bardzo nam doskwiera. Widoki rekompensują wysiłek jednak każdy kawałek cienia wykorzystuję aby chwilę przystanąć i odpocząć. Przy napotkanym zimnym źródle najchętniej zostałabym na dłużej. Mniej więcej około pory obiadowej docieramy do ogromnie wysokiego mostu Aruby. Odbywają się tutaj skoki na bungi. Słychać głośną muzykę. Kolejka ludzi aby skoczyć. Chwilę się im przyglądamy jak skaczą aby znowu pojechać dalej. Niebo ponownie zaczyna brzydko się chmurzyć. Lekko pogrzmiewa a to powoduje, że ja szybciej jadę ze strachu. Adrenalina dodaje mi tyle sił, że nie czuję zmęczenia. W dniu dzisiejszym udaje nam się naprawdę sporo kilometrów zrobić. Po drodze zajeżdżamy do bardzo klimatycznego miasteczka Bargemon. W samym centrum muzyka na żywo, stoliki w cieniu wokoło. My jednak jedziemy dalej. Zależy nam aby dotrzeć do miejscówki, którą Krzysiu wypatrzył na mapie. Docieramy do niej pod wieczór. Rozbijamy namiot za gęstymy krzakami tuż przed ścianą lasu. Od drogi jesteśmy zupełnie niewidoczni. Gdy kończymy jeść kolację jest już zupełnie ciemno. Zaniepokoiły mnie dziwne szmery w pobliskich krzakach. Coś dużego idąc łamało gałęzie pod swoim ciężarem. Po chwili to coś przystanęło. Było na tyle ciemno, że nic nie widzieliśmy. Gdy się poruszyliśmy to coś się wypłoszyło i uciekło w głąb lasu. Rano obok naszego namiotu zobaczyliśmy niespodziankę, odchody jakiegoś dużego zwierza, który w nocy chodził obok naszego namiotu.

Roquebrune sur Argens – Frejus – Le Dramont 42km

Poranek jest już tak gorący, że trudno wytrzymać. Śniadanie jemy na stoliku drewnianym na parkingu niedaleko naszego miejsca noclegu. Pomimo, że jest 7 rano nie możemy długo sobie posiedzieć, gdyż niema tu ani kawałka cienia. Naszym dzisiejszym celem jest dojazd do morza. Im jesteśmy bliżej tym więcej samochodów, tłoczno i głośno. W końcu dojeżdżamy. Na szczęście na plaży rosną palmy i znajdujemy miejsce w cieniu. Teraz to tylko odpoczynek i kąpanie. Uf jak wspaniale. Po południu udajemy się do miasta Frejus. Bardzo ładna miejscowość. Miejscami przypomina taką małą Wenecję. Budynki tuż nad kanałami, mostki. Bardzo tu ładnie. Rozpoczynamy jazdę wzdłuż lazurowego wybrzeża. Sporo ludzi a wybrzeże bardzo zagospodarowane. Liczyć na dzikie miejsce nie ma co. Około 19 docieramy do pewnego miejsca i tu postanawiamy zostać na noc. W zasadzie miejsce nie wskazywało na tak super miejscówkę, gdyż z drogi jest zupełnie nie widoczne. Jadąc drogą główną jesteśmy w miejscowości ściśle zabudowanej. Od strony morza znajdują się bogate wille odgrodzone wysokimi murami. Pomiędzy nimi znajdujemy wąską ścieżkę ostro prowadzącą w dół nad samo wybrzeże. Docieramy do małej zatoczki, która okazuje się kamienistą niewielką plażą dostępną dla wszystkich. Jest tu natrysk ze słodką wodą. Miejsce fajne ale zbyt wyeksponowane. Idę zwiedzić wybrzeże i sprawdzić co znajduje się za dużymi głazami. Moja wycieczka i ciekawość owocuje znalezieniem idealnej miejscówki na nocleg. Noc mija nam rewelacyjnie. Śpimy bez namiotu, bezpośrednio nad samym morzem, dosłownie ze 3- 4 metry od wody. Przed snem próbujemy prawdziwego francuskiego wina i zagryzamy serem. Idealny wieczór. Dodatkową atrakcją są widoczne fajerwerki po drugiej stronie zatoki. Miły ciepły wietrzyk utula nas do snu.

Le Dramont – Calanque d’Antheor – Le Trayas Superieur 20km

Poranek podobnie jak wieczór jest bardzo przyjemny. Przy szumie fal i wschodzącym słońcu jemy śniadanie. Pojawiają się pierwsi bardzo nieliczni plażowicze. Przechodząc obok nas patrzą ze zdziwieniem, że w takim miejscu i w taki sposób można spędzić noc. Nie każdy decyduje się tu dotrzeć nawet w dzień z uwagi na trudne dojście po niekształtnych kamieniach. Takie niedostępne miejsca najbardziej nam odpowiadają. Mamy wtedy więcej pewności, że nikt tu w nocy nie dotrze a my spędzimy ją spokojnie. Po przetransportowaniu rowerów zatrzymujemy się przy natrysku plażowym. Poranna toaleta, pranie i w drogę. Dzień podobnie jak poprzednie jest upalny. Mijamy ściśle zabudowane wybrzeże. Jednak czeka nas miła niespodzianka. W końcu zaczynamy jechać odcinkiem pięknego skalistego wybrzeża. Nasza droga znajduje się dużo wyżej od lustra wody. Widoki zapierają dech w piersiach. W dole małe zatoki z turkusową wodą. Zatrzymuje się w Calanque d’Antheor przy imponująco wysokim moście kolejowym. Znajduje się tutaj idealna zatoka z małą plażą. Korzystamy z kąpieli a w cieniu mostu tuż obok przyrządzamy obiad. Dziś „wykwintny” bigos z puszki. Smaczna kwaśna kapusta z kawałkami parówki za jedyne 1 euro. Dzień dzisiejszy obfituje w miejsca, które idealnie nadają się zarówno do kąpieli jak i na nocleg. Aż szkoda, że jest tak wcześnie i tak wiele okazji z dobrą miejscówką przechodzi nam koło nosa. Zapas wody mam niewielki, więc przy pierwszej okazji zatrzymujemy się przy jedynym napotkanym po drodze budynku. Okazuje się małym pensjonatem. Drzwi są zamknięte jednak z kuchni wyraźnie słyszę odgłosy przygotowywania posiłków. Pukam. Po dłuższej chwili otwiera mi pani, którą uprzejmie proszę o nalanie mi do butelki wody z kranu. Pani kręci przecząco głową coś wykrzykując. Pytam w takim razie czy mogę u niej kupić wodę. Pani bardzo niegrzeczna pokazuje palcem, że mam się po prostu stąd zabierać. Po raz pierwszy spotykam się z taką reakcją. Od 12 lat, od czasu kiedy jeździmy na wyprawy odmówiono nam butelki zwykłej wody. Biorąc pod uwagę żar lejący się z nieba jest to dla mnie trochę niezrozumiałe jednak cóż i tacy ludzie żyją na tym świecie. Na szczęście mamy jeszcze na tyle wystarczająco wody aby sobie poradzić. Dość późnym popołudniem docieramy do przepięknego miejsca. Małej zatoczki do której trzeba przedrzeć się przez ściśle zarośnięte krzaki. Nie zniechęca nas jej utrudnione dojście. Zatoka znajduje się kilkanaście metrów poniżej. Nim do niej zejdziemy przeczesuję teren dokoła. Taki trud zostaje nagrodzony. Docieram do skalnej półki, która jest idealnym miejsce na rozłożenie materacy a tym samym nocleg. Czym prędzej lokujemy się w tym miejscu. Kilka metrów pod nami znajduje się morze, z drugiej strony urwisko.

Le Trayas Superieur – Cannes – Antibes – 32km

W nocy pobudka, po drugiej strony zatoki przy urwisku ktoś łazi z latarką i czegoś szuka. W oddali stoi samochód i co chwilę ktoś przychodzi w poszukiwaniu … czego. Przypuszczamy, że turyści zgubili klucze np. do swoich pokoi w hotelu. Nad ranem, kiedy już jest jasno znowu przychodzą i szukają. My wstajemy, mała kąpiel w morzu i dalej w drogę. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, Lazurowego Wybrzeża. Wjeżdżamy do m. Cannes, znanego z międzynarodowego festiwalu filmowego. Robimy sobie fotki w miejscu, gdzie aktorzy odbili swoje dłonie oraz takie tam duperele. Mijamy złote palmy w Cannes. Dojeżdżamy do Antibes, miejscowości w której dokładnie teraz wypoczywa król Arabii Saudyjskiej. W czasie pobytu króla miały być zamknięte plaże miejskie, ale po protestach miejscowych plaże prawdopodobnie są otwarte dla wszystkich. My nie mieliśmy problemu i skorzystaliśmy z plaży w Antibes, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na obiadek. Dalej jadąc wzdłuż wybrzeża dotarliśmy na półwysep Antibes, gdzie postanowiliśmy przenocować. Wieczorem w małych grupkach zebrała się młodzież, popijając piwko przy rozpalonym ognisku spędzała wolny czas. Trochę nas to zaniepokoiło, do czasu kiedy zjawiła się policja. Dwóch panów obeszło półwysep, sprawdzili co się dzieje i w końcu dotarli do nas. Poinformowaliśmy ich, że chcemy spać tutaj w nocy, ale nie chcemy rozbijać namiotu. Panowie powiedzieli, że nie ma problemu, zwrócili tylko uwagę, aby pilnować rowery. W ten sposób mamy kolejną miejscówkę na nocleg

Antibes – Nicea 40 km

Kolejny piękny, pogodny dzień, temperatura około 35 stopni. Leniuchujemy na kolejnych napotkanych po drodze plażach. Na jednej z nich poznajemy Ukrainkę mieszkającą w Nicei, która spędza wolny czas wraz ze swoim kotem, ale jakim kotem? Ukrainka użala się, jak to ciężko się żyje we Francji będąc obywatelem II kategorii. Proponuje nam, aby zostać na plaży a ona będzie spać w samochodzie. Jednak rezygnujemy, ponieważ na najbliższą noc mamy upatrzoną pierwszego dnia miejscówkę w Nicei, prawie w korycie rzeki Var, obok ścieżki rowerowej. Po drodze sprawdzamy, czy kartony na rowery są w krzakach. Schowane w dniu przylotu do Nicei, posłużą nam ponownie do spakowania rowerów. Miejscówka super, noc spokojna, gorąca i sucha (niespełna 2 miesiące po powrocie do Polski, dokładnie w tym rejonie w przeciągu kilku godzin spadło tyle deszczu co przeciętnie w dwa miesiące. W wyniku powodzi, a wylała również rzeka w której korycie spaliśmy zginęło 19 osób).

Nicea – ostatni dzień

Dzisiaj obijamy się, jeżdżąc po wybrzeżu Nicei. Odwiedzamy tutejszą plażę, która nie zachwyca. Pełno kamieni, brak cienia. Na samym końcu plaży kilka palm, pod którymi znajdujemy odrobinę cienia. Kąpiemy się, leżymy i znowu kąpiemy. W końcu jedziemy na lotnisko i żegnamy Prowansję – krainę historyczną południowej Francji.

KOSZTY VERDON:

dojazd i powrót-lotnisko Schonefeld+parking – 300zł
samolot do Nicei/2 osoby+2 rowery – 1750zł
zakupy jedzenia na miejscu – 1000zł
noclegi płatne (3xkamping-namiot) – 250zł
Razem: 3300zł/2 osoby