Moja babiczka pohazi z Chrzanowa! – czyli w gościnie u czeskiej rodziny.

Wyjeżdżamy samochodem do Forst z samego rana aby na godzinę 7 rano być na dworcu w niemieckim Forst. Podwozi nas córka. Z Forst do Selb czeka nas kilka przesiadek. Połączenia są na tyle korzystne, że w między czasie postanawiamy zwiedzić Lipsk.

Trasa wyprawy

Dzień 1   Zielona Góra – Forst (samochód), Forst – Selb (pociąg)  Selb – staw za miejscowością Velky Luh   dst.34km

Wyjeżdżamy samochodem do Forst z samego rana aby na godzinę 7 rano być na dworcu w niemieckim Forst. Podwozi nas córka. Z Forst do Selb czeka nas kilka przesiadek. Połączenia są na tyle korzystne, że w między czasie postanawiamy zwiedzić Lipsk. Mając 2 godziny czasu dokonujemy rekonesansu po mieście. Lipsk okazuje się naprawdę pięknym miastem. Stajemy przy cukierni na pyszne ciepłe ciastko i smaczną kawę. Mamy też na tyle czasu, aby podziwiać zabytki Lipska oraz piękny dworzec kolejowy. Gdy wysiadamy z pociągu w Rehau – leje deszcz. Planowaliśmy zacząć wyprawę od tej miejscowości jednak jazda podczas ulewy skutecznie nas zniechęca. Decydujemy, że podjedziemy pociągiem dalej do Selb. Teraz mniej pada ale wciąż kropi. Kierujemy się do granicy i miejscowości Aś, potem przez Hazlov, Skalna aż do miejscowości Velki Luh. W Czechach fantastycznie prowadzone są ścieżki rowerowe. Są bardzo dobrze oznakowane i łatwo trafić do celu. Za mieścinką po lewej stronie widząc ładny staw, postanawiamy tu zostać na nocleg. Deszcz cały czas mży. Namiot rozbijamy tuż przy stawie.

Dzień 2   staw za miejscowością Velky Luh – Horni Blatna  dst.65 km

Pobudka o godzinie 8. Po śniadaniu o godzinie 9.30 opuszczamy to ładne miejsce. Mijamy po drodze ogromne wyrobisko żwiru. Pogoda słoneczna jednak nie za ciepło. Mijamy miejscowość Plesna, Luby, Kraslice. Jedziemy tzw. „Kruśnohorską magistralą” (tak nazywa się ścieżka rowerowa) przez piękne krajobrazowo tereny. Wszędzie aż kipi od zieleni. Czeskie ścieżki mają to do siebie, że nawet gdy prowadzone są przez góry często są ścieżkami o nawierzchni asfaltowej bądź bardzo dobrze ubitej. Za Kraslicami w miejscowości Bublava wstępujemy do restauracji na obiad. Dużo w tym miejscu niemieckich turystów. Z uwagi na bliskość granicy, piękne tereny górskie i niskie ceny wielu Niemców korzysta z tej okazji i smakuje w czeskiej kuchni. Za Bublavą zaczynają się ostre podjazdy przez szczyty i tym samym zjazdy. Pogoda zaczyna się psuć. Popaduje deszcz i robi się chłodno. Mijamy  Nove Hamry.  W miejscowości Horni Blatna widząc napis „pension” postanawiamy pozostać na noc. W pensjonacie a raczej bardziej agroturystyce jesteśmy tylko my. Do dyspozycji oprócz pokoju mamy ogromną kuchnię i kominek, w którym właściciel jak tylko weszliśmy napalił. Zrobiło się cieplutko i przyjemnie. Za nocleg płacimy 600koron (ok 90zł)

Dzień 3   Horni Blatna – Kliny  94km

Pensjonat opuszczamy o godzinie 8. Jest zimno. Na początek trasa rozpoczyna się od ostrego podjazdu pod górę. Dzięki temu rozgrzewamy się już na początku dnia. Mijamy Bożi Dar. Od tego miejsca znów mamy do pokonania kolejne wzniesienie. Obok nas farma elektrowni wiatrowej. Wskazuje to na to, że faktycznie pokonaliśmy dość dużą wysokość.  Ponadto po prawej i lewej stronie wyciągi narciarskie. Bardzo wieje na górze i opatulamy się jak najszczelniej. Nakładam wełniane rękawiczki, które zawsze awaryjnie wożę ze sobą. Mijając kolejne wioski rozglądamy się za sklepem spożywczym. Przez chwilę jedziemy główną drogą, zahaczając o jezioro Prisećnice. W miejscowości Vysluni siadamy w parku w centrum mieściny i gotujemy wodę na zupkę z torebki. Podziwiamy przepięknie kwitnące rododendrony. Następną przerwę mamy przy ścieżce rowerowej gdzie znajduje się dziwny camping. Składa się z maleńkich domków w których osobiście ja nie chciałabym odpoczywać. Pijemy tutaj smaczne piwo z beczki. Stąd do Becov mamy bardzo pod górę. Prowadzimy przez chwilę rowery. Wciąż rozglądamy się za sklepem. Nie mamy już chleba. Dopiero w miejscowości Radenov napotykamy na maleńki wiejski sklepik. Niewiele towaru jest tu na półkach. Kupujemy ostatnie parówki, słodką chałkę (bo tylko to z pieczywa zostało), ostatni jogurt. Jedziemy dalej ścieżką nr 3079 przez Bolebor, Nova Ves w Horach, aby drogą nr23 jechać w kierunku Mniśka. Droga wiedzie wzdłuż granicy z Niemcami. Co chwilę mijamy samochód straży granicznej. Gdy wjeżdżamy do miejscowości Mniśek w końcu możemy udać się na większe zakupy. Jest tu wiele sklepików i punktów handlowych prowadzonych przez Wietnamczyków. W końcu kupujemy chleb, masło, pomidory. Miejscowość z uwagi na swoją przygraniczną lokalizację skupiła wokół siebie dużą ilość „skośnookich” handlowców. Jest coraz później więc z uwagą rozglądamy się za miejscem do spania. Gdy mijamy miejscowość Kliny widzę ładną łąkę tuż za płotem domu. Postanawiam iść zapytać się o możliwość rozbicia na niej namiotu. Drzwi otwiera mi bardzo sympatyczny Czech. Mówi trochę po polsku a to znacznie ułatwia nasz kontakt. Wita nas jak najlepszą swoją rodzinę. Zaprasza do siebie na posesję. Nie widzi problemu abyśmy mogli tu przenocować. Zaprasza do domu na herbatę. Gdy kończymy stawianie namiotu przychodzi jego żona i zaprasza nas do domu. Gdy wchodzimy czeka na nas suto nakryty stół. Z uwagi na to, że Czeszka nie wiedziała co będziemy pić, przygotowała i kawę i herbatę, do tego kiełbasa na gorąco, jajka na twardo, sery, chleb, bułki, i wszelakie dodatki jak: ketchup, musztarda, chrzan. Na dodatek postawiła piwo dla każdego z nas, kieliszek i butelkę własnoręcznie zrobionej śliwowicy. Potem na stół „wjechały” ciepłe małe pączuszki. Byliśmy w totalnym szoku. Na dodatek pilnowali abyśmy wszystko jedli. Towarzyszył nam dość ciekawy pies właścicieli. Jamnik, który bardzo lubił piwo. Wieczór upłynął nam na miłej rozmowie. Niesamowici ludzie i jacy gościnni. Okazało się, że Czech posiada polskie korzenie. Od słowa do słowa i spać poszliśmy dopiero po godzinie 1 w nocy. Po tej ilości alkoholu nie do końca pamiętam jak do niego dotarliśmy. Spaliśmy niczym kamienie.

Dzień 4   Kliny – Cihlarsky Ryb. koło Tisy  62km

Budzimy się z bólem głowy. Koło namiotu w misce przykrytej czystą ściereczką stoi gorąca woda. Możemy się umyć w ciepłej wodzie. Godzina 8. Gospodarzy już niema w domu. Uprzedzali o wczesnym wyjeździe.Po śniadaniu wyruszamy. Drogą wśród lasów dojeżdżamy na tamę na jeziorze Flafe.Jest to duży zbiornik wodny z wodą do picia. Stąd droga pnie się pod górę. Gdy jesteśmy już bardzo wysoko ,na wysokości szczytu Tri Pana 874m n.p.m dopada nas burza. Zaczyna grzmieć. Mam stracha i czym mocniej naciskam na pedały aby zjechać jak najszybciej w dół. Gdy docieramy do stacji benzynowej w mieścince Nove Mesto koło Mikolova – następuje totalna ulewa. Chowamy się na przystanku, pod drewnianym dachem. Tuż obok nas jest restauracja. Nie zapowiada się koniec deszczu więc idziemy na obiad. Gdy przestaje padać, po obiedzie, ruszamy dalej. Trasą rowerowa nr 23 przejeżdżamy przez Prirodni park Vychodni Kruśne Hory. Przed miejscowością Tisa widząc na mapie staw, skręcamy w prawo w polną bitą drogę. Po przejechaniu ok 2-3 km docieramy nad staw. Znajdujemy w tym miejscu ładną miejscówkę pod starą jabłonią na nocleg.

Gdy widzę dwóch żołnierzy przyglądających się jak rozbijamy obozowisko, postanawiam z nimi nawiązać rozmowę. Wychodzę z założenia, że nikt nielubi obcych nieproszonych gości na swoim terenie. Nie wiem czyje to tereny więc idę zapytać o zgodę na biwak. Młodzi mężczyźni po moim przedstawieniu się i wytłumaczeniu skąd i dokąd jedziemy, po co tu jesteśmy-są usatysfakcjonowani i uspokojeni. Odchodzą w spokoju. Prawdę powiedziawszy nie lubię, gdy ktoś widzi nasze obozowisko przed nastaniem nocy. Nigdy nie wiadomo z jakimi ludźmi ma się do czynienia i jakie są ich intencje. Przez całą noc spać nie daje nam ropucha.

Dzień 5   staw koło Tisy – Rumburk 68km

Poranek bardzo słoneczny i ciepły. Urządzamy sobie prawdziwie królewskie śniadanie na trawie. Przed odjazdem karmimy resztkami chleba kaczki i sumy w stawie. Wjeżdżamy na rowerówkę nr23. Piękną drogą wśród lasów mijamy Decinsky Sneżnik. Teraz pięknym długim zjazdem o zawrotnej prędkości Kraśnohorską Magistralą zjeżdżamy do samego Decina. Zjazd kończy się na brzegu rzeki Łaby. Przejeżdżamy przez most i tu zauważam ciastkarnię. Mnie nie trzeba namawiać więc natychmiast się tam udajemy. Zamawiamy pyszną gorącą czekoladę z bitą śmietaną a do tego ciastko z dziurką i różową polewą. Siedzimy sobie przy oknie wystawowym pijemy czekoladę i przyglądamy się zamkowi wysoko na skale po drugiej stronie rzeki. Milutko. Dalej nasza droga wiedzie wzdłuż brzegu Łaby. W Hrensko skręcamy w prawo. Podziwiamy wodę spływającą po skałach. Teren przerodził się w miejsce bardzo atrakcyjnie turystycznie. Zaczynają się skały. W powietrzu czuć zapach pieczonego mięsa z pobliskich knajpek zlokalizowanych tuż przy samej drodze. W tym miejscu znajduje się Pravicka Brama.Odbijamy na ścieżkę Ceska silnice. Piękne tereny.  Polecam przejazd tą ścieżką. Dobra bita nawierzchnia. Przepiękne lasy i skały mijane po drodze. – to Narodowy Park Czeska Szwajcaria. Wśród tak pięknej zieleni pedałujemy sobie kilka dobrych kilometrów. Po drodze mijamy i nas mija kilkoro rowerzystów. Gdy wyjeżdżamy z lasu zauważamy bardzo ciekawą restaurację. Na zewnątrz galeria drewnianych figur. Są tu dinozaury, Rumcajs i Cypisek i inne. Postanawiamy zjeść w tym miejscu obiadokolację. Maleńka miejscowość Doubice jak zauważamy jest miejscem startu wielu rowerzystów, którzy pozostawiają tu samochody aby udać się w kierunku parku na przejażdżkę. Stąd udajemy się do Rumburka. Patrząc w niebo przyspieszamy. Przed campingiem łapie nas ulewa. Na szczęście chowamy się pod małym daszkiem. Przyklejeni do ściany czekamy aż przestanie lać. Gdy się rozpogadza wchodzimy na teren campingu i otrzymujemy klucze do małego drewnianego domku.

Dzień 6  Rumburk – Żagań 126 km

Poranek ponury. Niebo zasłane chmurami. Postanawiamy jechać w lini prostej do Polski kierując się przez Niemcy. Jedziemy szybko i równo. Czuję wiatr we włosach. „Siadam” na koło Krzysia i w odległości kilkudziesięciu centymetrów jadę tuż za nim. Powietrze niemalże zasysa mnie i pędzi do przodu. Gdzieś na trasie w Niemczech zatrzymujemy się w przydrożnej malutkiej cukierence. Wewnątrz w powietrzu unosi się aromat świeżo mielonej kawy. Zamawiamy sernik i kawę. Jest pysznie. Po tak przyjemnej chwili wskakujemy na nasze rumaki i dalej przed siebie. Gdy dojeżdżamy do Żagania jest przed godziną 20. Postanawiamy odwiedzić naszego znajomego. Leszek wita nas bardzo miło i tym razem śpimy już pod dachem domu.

Dzień 7    Żagań – Krzywczyce 30km

Budzi nas słońce. Po śniadaniu i porannej kawie zebraliśmy się w drogę. Droga w kierunku Szprotawy bardzo ruchliwa i nieźle dała się we znaki. W Szprotawie odwiedzamy koleżankę – i znowu kawa ale tym razem do niej truskawki. Stąd już tylko 12km i jesteśmy w Krzywczycach. Naszym ulubionym miejscu.Oazie spokoju.

Dzień 8  Krzywczyce – Zielona Góra  60km

Noc minęła spokojnie i w łóżeczku. Po śniadaniu i kawie wypitej na dworze w blasku porannego słońca zbieramy się do drogi. Do Zielonej Góry mamy ok 3,5 godziny jazdy rowerem. Trasa, którą już niejednokrotnie jedziemy traktujemy jako tranzyt do domu.

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – Zapraszamy do obejrzenia