Śladami Winnetou

W dniach od 8 do 22 września zwiedziliśmy na rowerach Chorwację. Podczas 2 tygodniowej podróży zobaczyliśmy m.in.:

– Park Narodowy Krka (wodospady, kąpiel w rzece,podróż wzdłuż rzeki Krka, kanion Cikoli – dopływu Krka)
– kanion rzeki Zrmanja (tam powstawał film „Winetou”)
– przełęcz Mali Alan 1044m.n.p.m.w górach Velebit
– Plitvickie jezera
– wyspy Krk, Rab, Pag, miasta Śibenik, Zadar

link do fotorelacji – czyli mało czytania, dużo oglądania

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/Chorwacja2012

Mapa wyprawy

Dzień 1: Biograd na Moru – jez.Vransko – Vodice – Skradin – Gradina dst.70km

Po bardzo długiej podróży autokarem w końcu o godzinie 4 rano wysiadamy w Biogradzie na Moru. Jest tak wcześnie, że jeszcze zupełnie ciemno. Kierowca wysadził nas w samym centrum miasta. Złożenie rowerów, właściwe przepakowanie i skromna przekąska zajmuje nam godzinę. Przed wyruszeniem odwiedzamy jeszcze otwieraną właśnie po drugiej stronie piekarnię i dokonujemy wypłaty z bankomatu. W pełni gotowi – ruszamy. Jest jeszcze ciemno więc miasto opuszczamy z włączonymi lampkami. Pierwszy delikatny podjazd i po chwili jedziemy szutrową drogą w kierunku jeziora Vransko. Droga wije się pomiędzy niskimi krzakami, typową śródziemnomorską roślinnością. W powietrzu czuć zapach kurzu, pyłu i jakby gorączki, która już za niedługo zacznie się jak wstanie słońce. Otuleni ciszą poranka obserwujemy przepiękną ferię kolorów nieba. Na wzgórzu stajemy aby obejrzeć wschód słońca i panoramę miejscowości Pakostane. Przepiękne widoki i kolory. To jest ten moment kiedy warto chwycić aparat do rąk i pstrykać zdjęcia. Nad samym jeziorem witają nas pierwsze promienie słońca. Wraz z nimi budzą się miliony muszek, które niemalże nie pozwalają nam jechać. Pchają się do ust, oczu i uszu. Bez okularów nie sposób jechać dalej. Zatrzymujemy się na chwilę przy starej winnicy. Dojrzałe winogrona są bardzo słodkie. Po ich smaku można wnioskować jak bardzo słoneczne i gorące było lato tego roku.Droga po chwili zmienia się o nawierzchni asfaltowej. Zaczyna wiać lekki wiatr. Jedziemy wzdłuż nabrzeża.W mijanej miejscowości zjeżdżamy na plażę i kąpiemy się. Wracamy do dalszej jazdy. Kierujemy się do miejscowości Vodice. Jazda wzdłuż wybrzeża aż kusi aby znowu gdzieś usiąść i odpocząć. W południe postanawiamy odpocząć w miejscu gdzie najmniej ludzi, tuż nad samym brzegiem pomiędzy krzakami. Miejsce, które wybraliśmy okazuje się małą plażą naturystów. Jestem tak śpiąca, że wcale nie przeszkadza mi wizyta jednego z nich. Twardo zasypiam na około godzinę. Z uwagi, że już wrzesień ilość turystów jest znikoma.W międzyczasie Krzysiu przyrządza śniadanie i pyszną poranną kawę. Po odpoczynku jedziemy asfaltówką do Szybenika. Mijane miejscowości turystyczne świecą pustkami. Przed nami ogromny pożar. Obserwujemy akcję gaśniczą prowadzoną z samolotów. Nie chciałabym znaleść się w pobliżu takiego pożaru. Jego szybkość rozprzestrzeniania się jest błyskawiczna. Czasem trzeba zobaczyć na właśne oczy aby mieć pojęcie jak to wygląda naprawdę. Dopiero na moście przed Szybenikiem czuję się bezpiecznie, od pożaru dzieli mnie szeroki kanał z wodą. Miejscowość Szybenik nas zachwyca. Przepiękna starówka i zabytki. Dodatkową atrakcją są występy artystów przedstawiające starodawne walki na miecze oraz tańce.Schodzimy na promenadę. Na jarmarku kupujemy regionalny ser, kiełbasę i miód z kasztanowca. Jest upalnie. Wyjazd z miasta niestety jest sporo pod górę.Obieramy kierunek na prywatny kemping do m. Gradina a właściwie tuż za nią,do małżeństwa polsko-chorwackiego o którym czytaliśmy w necie. Informacje się potwierdzają. Przemili ludzie i bardzo spokojne miejsce. Jesteśmy jedyni pod namiotem. Gospodarze produkują własne wino więc kupujemy na spróbowanie jedną butelkę. Wszytskim polecam ten przydomowy kemping, tani i bardzo spokojny.Dla ułatwienia wszyscy mówią tu w jężyku polskim. Wieczorem przyjeżdża autokar z Polski z turystami z okolic Piły. Czujemy się jak w Polsce, wokoło słychać wyłącznie polską mowę.

Dzień 2: Gradina – Wodospady Krka – Kanion Cikola – Roski Slap – Laskovica dst,67km

Poranek słoneczny i wskazuje, że dzień czeka nas upalny. Pierwszą atrakcją dnia dzisiejszego są wodospady Krka oddalone od naszego noclegu o kilka kilometrów.Postanawiamy podjechać do głównej bramy co okazuje się błędem. Nie można wjechać do parku rowerami. Rezygnujemy i jedziemy dłuższą drogą od drugiej strony. Rewelacyjny zjazd do miejscowości Skradin a następnie cudowna ścieżka nad samą rzeką Krka, którą dojeżdżamy niemalże pod sam wodospad. Jesteśmy zachwyceni tą drogą. Idealny dojazd dla rowerzystów. Wejście do parku płatne 50zł/os (naszym zdaniem za drogo). Nad wodospadem dużo turystów. Co chwilę napotykamy na punkty handlowe. Widać tu komercję i nastawienie na zyski. Podobnie jak pozostali, robimy sesję zdjęciową, zaliczamy kąpiel przy wodospadzie i jedziemy do m.Skradin na zakupy. Właściwie dopiero tutaj na spokojnej plaży możemy odpocząć i zjeść obiad. Przy okazji kąpiemy się. Czeka nas teraz spory podjazd. W oddali widzimy serpentyny, które wiją się coraz wyżej. I rzeczywiście dają nam nieźle popalić. Jednak – było warto. Kierujemy się na Rośki Slap. Jest to rezerwat przyrody z dużym rozlewiskiem wodnym i małymi kaskadami. Najpierw jednak po drodze zahaczamy o kanion rzeki Cikola, niestety wyschniętej oraz punkt widokowy na wyspę Visovac na jeziorze o tej samej nazwie. Piękny widok, tym bardzie, że na wyspie znajduje się klasztor franciszkański oraz kościół wybudowany jeszcze w siedemnastym wieku. Szkoda tylko, że słońce uniemożliwia zrobienie pięknych zdjęć. Do rezerwatu Roski Slap zajeżdżamy już późnym popołudniem. Stąd czeka nas długi podjazd z samego dna kanionu na szczyt gór. W miejscowości Laskovica natrafiamy na kemping. Koniec sezonu, brak turystów. Na kempie jesteśmy – sami. Dmuchany duży basen zachęca do kąpieli ale na zbyt późną porę jakoś nie chce mi się pływać. Urządzamy mega kolację z winem i idziemy spać.

Dzień 3: Laskovica – Kastel Zegarski – nad rzeką Zrmanja, dst.58km

Upał od rana. Im dalej od wybrzeża tym mniej spotykamy na drodze samochodów. Mijamy opuszczone, zniszczone wojną budynki. Wiele takich widzimy po drodze. Krótką przerwę robimy w przydrożnym małym barze. Jesteśmy jedynymi klientami. Kawa bardzo dobra, do tego zimne chorwackie piwo. Po takiej błogiej przerwie aż nie chce się jechać dalej. Mam ochotę na coś słodkiego. Ten deficyt uzupełniam napotkanymi po drodze dojrzałymi soczystymi i bardzo słodkimi dzikimi figami. Są tak słodkie i dojrzałe, że aż same proszą się o ich zjedzenie. Pycha. Dzisiaj w większości jedziemy drogami szutrowymi. Kierujemy się do m.Zegar. Niby to miejscowość zaznaczona na mapie a w rzeczywistości budynków brak. Dojeżdżamy do rzeki Zrmanja. Koryto zupełnie puste. Prawdę mówiąc miałam nadzieję na ochładzającą kąpiel. W duchu aż mi się nie chce wierzyć, że w dalszym jej biegu pojawi się woda. Jadąc dalej szutrówką wśród niskiej wyschniętej roślinności, dojeżdżamy do…asfaltu. Raptownie kończy się szuter i zaczyna płaski nowiutki asfalt. Po chwili kilka zabudowań i tablica – Kastel Zegarski. W pierwszym i jedynym małym sklepiku zatrzymujemy się aby cokolwiek wypić zimnego.

Taka susza i upał, że tylko nam tego właśnie teraz potrzeba. Podchodzi do nas Chorwat i proponuje nocleg na swoim terenie, tuż nad rzeką. Twierdzi, że jest to na jego terenie i że ma swój wodospad. Zgadzamy się i jedziemy we wskazane miejsce. Dojazd nieco utrudniony. Po kamieniach, w górę i w dół. Częściowo prowadzimy rowery. W końcu udaje nam się dojechać. Miejscem jesteśmy – oczarowani. Jest cudownie. Nic więcej nam dzisiaj nie potrzeba. Swój prywatny wodospad, piękna trawa. Jemy wspólną kolację, kąpiemy się i pijemy piwo. Noc cicha i ciemna. Słychać tylko szum spadającej wody.

Dzień 4: nad rzeką Zrmanja – przełęcz Mali Alan – Lovinac, dst.56km

Poranek wita nas słońcem. Poranna toaleta, śniadanie i w drogę. Dziś czeka nas sporo podjazdu a jak wiele to dopiero się niebawem dowiemy. Z początku wąska droga pokryta asfaltem wije się zboczem góry. Z wysokości podziwiamy piękną rzekę Zrmanja. Dojeżdżamy do miejsca w którym jest trochę komercji. Grill, kilku turystów. Teraz droga już znacznie pnie się pod górę. Jest bardzo upalnie. Przed nami wysokie góry Velebit. Czuję duże zmęczenie a na dodatek brak cienia gdzie mogłabym na chwilę odpocząć. Mijamy kilka niezamieszkałych domostw. Jesteśmy już wysoko i widok na zaporowe jezioro powstałe z rozlewiska wód rzeki Zrmanja robi naprawdę duże wrażenie. Gdy dojeżdżamy do głównej drogi pojawia się restauracja. Oczywiście – wstępujemy do niej. W cieniu figowego drzewa na zewnętrzym tarasie sączymy zimne piwo i mocną kawę. Po chwili przysiada się do nas starszy Chorwat. Częściowo mówi po rosyjsku więc poznajemy krótką historię jego rodziny i terenu na którym się znajdujemy. Ciekawe te opowieści, jednak aby zdążyć przed nocą musimy jechać dalej. Z głównej drogi odbijamy w bok. Przed nami jeszcze wyższe góry niż te, które widziałam poprzednio. Nic tu nie jeździ. Po lewej i prawej stronie tabliczki ostrzegające przed minami. Oczywiście brak jest też wspomniałego wcześniej cienia. Kilkunastominutową przerwę robimy pod samotnym drzewem. Przed nami rozpościera się widok na autostradę i niestety część drogi pnącej się wysoko pod górę na przełęcz Mali Alan. Jestem już na tyle wypompowana, że najchętniej zostałabym już tutaj na noc. Dłuższa przerwa rozwiewa na szczęście te głupie pomysły. Jedziemy dalej. Przekraczamy autostradę, kończy się asfalt i zaczyna szutrowa droga pod górę. Za pierwszym zakrętem ukazuje się nam kaplica św.Franciszka. Nie mam już sił więc prowadzę rower. Jaką radość daje nam wodopój przy światyni. Starsza kobieta wypasająca owce wskazuje nam jego miejsce. Woda zimna i orzeźwiająca. Siadamy w cieniu, jemy kabanosy i kanapkę. Na koniec serwuję sobie batonik i jestem – szczęśliwa. Teraz mogę jechać dalej. Ciężko i powoli ale wjeżdżamy na przełęcz. Białe skały i filmowe plenery. To właśnie tutaj kręcono sceny między innymi do serii filmów o Winetou. Wyjątkowe pejzaże. Rozległe panoramy. Jedziemy teraz długim, bardzo długim odcinkiem po płaskim. Wciąż jesteśmy na tej samej wysokości – wysoko. Jest coraz później i mam obawy czy zdążymy przed nadchodzącymi ciężkimi chmurami i wieczorem. W pewnym momencie zaczynamy zjazd. Ku mojemu zdziwieniu roślinność i klimat po drugiej stronie przełęczy jest zupełnie inny niż do tej pory. Po tej stronie jest zielono, dużo chłodniej. Zaczynają się wysokie drzewa. Z każdym pokonywanym kilometrem robi się coraz chłodniej i ciemniej. Nad nami wysokie drzewa. Jakbym znalazła się w innym świecie. Zupełny inny klimat. Zadziwiające. Zjeżdżamy do miejscowości Lovinac. Zatrzymujemy się przy barze. Spragnieni, zamawiamy zimne mleko i…piwo. Ja oczywiście rozsmakowuję się przepysznym mlekiem a Krzysiu pije piwo. W tej miejscowości zapada decyzja o noclegu, który udaje nam się znaleźć przy domu straszej pani. Namiot rozstawiamy w ogrodzie. Kobieta częstuje nas swoją rakiją. Po kolacji udajemy się spać. Noc zimna ale spokojna.

Dzień 5: Lovinac – Udbina – Korenica – Plitvickie Jezera, dst.82km

Poranek zimny. Rozgrzewamy się gorącą kawą. Ubieram na siebie ciepłe rzeczy. Jedziemy w kierunku jezior Plitwickich. Jazda dzisiejszego dnia nie wzbudza większych emocji. Pokonujemy kolejne kilometry główną drogą. W miejscowości Korenica postanawiamy zrobić zakupy. Przy okazji Krzysiu wypłaca pieniądze z bankomatu. Ruch uliczny nie pozwala na spokojną jazdę. Pełno samochodów, co chwilę autokary. Wszyscy kierują się w kierunku jezior. Jest późne popołudnie gdy dojeżdżamy do głównego parkingu w Plitwicach. Na chwilę zatrzymujemy się aby rozeznać się w terenie, gdzie są kasy i jak należy się tutaj poruszać. Zaczyna padać deszcz. Na nocleg kierujemy się do m.Seliste Dreznickie Opłaty za camping są tak wysokie, że postanawiamy wynając w podobnej cenie pokój. Jest wspaniale. Pokój mamy bardzo ładny, z dużym łóżkiem. Jest czytso i ciepło. Na balkonie pijemy wino, które kupujemy przed pensjonatem. Jutro czeka nas zwiedzanie jezior.

Dzień 6: Plitvickie Jezera, dst 0km.

Poranek deszczowy i zimny. Jedziemy małym busem, bezpośrednio na parking przy jeziorach. Zaczynamy zwiedzać. Zaczyna lać deszcz. Trzęsę się jak galareta. Jest zimno i brzydko. Jako jedni z nielicznych pokonujemy kolejne kładki. Z pewnością przy pięknej pogodzie jeziora mienią się barwami turkusu i błękitu. Niestety, podczas deszczu nie mamy okazji aby napawać nasze oczy tymi barwami. Płyniemy statkiem na drugi brzeg i wsiadamy w specjalny „parkowy” autobusik. Jedziemy na drugą część jezior. To właśnie w tym miejscu można podziwiać znajome ze zdjęć kładki, które jak wąż przecinają jeziora w poprzek.Udajemy się pod najwyższy wodospad. Tutaj spotykamy polską wycieczkę. Po tej stronie pomimo deszczu jest tłoczno. Nogi mamy kompletnie przemoczone.Wszystko mokre. Jedyne o czym teraz marzymy to ciepła czysta pościel. Jedziemy do naszego pensjonatu. Po drodze kupujemy chorwackie wino, jakieś smakołyki. Urządzamy sobie cudowną kolację i przy szumie padającego deszczu zasypiamy.

Dzień 7: Plitvickie Jezera – Mala Kapela – Lokva, dst.68km
Poranek tak jak i cała noc – deszczowy. Na dodatek zimno. Ubieramy się w co tylko się da. Jazda staje się walką z deszczem i przenikliwym zimnem. Termometr pokazuje 7-8 stopni. Nigdzie do tej pory, na żadnej wyprawie tak nie zmarzliśmy jak właśnie tutaj. Nie mamy co na siebie włożyć. W kolejnej wsi wypatrujemy bar. Zatrzymujemy się w nim aby trochę się ogrzać. Wszystko mamy przemoczone. Stopy mam skostniałe. Wpadam na pomysł owinięcia ich papierowym ręcznikiem a następnie reklamówką i włożenie sandałów. Te paten sprawdza się w 100%. Od tej pory jest mi już ciepło i sucho w stopy. Pogoda nadal nie chce się zmienić. Po drodze płyną strumienie wody z deszczu. Jest dość późno więc postanawiam w pierwszym napotkanym domu zapytać o nocleg przy nim. Niestety, gospodarz nie wyraża zgody. Jedziemy dalej. Czeka nas jeszcze około 10km jazdy i to pod lekką górkę aby natrafić na kolejne zabudowania. Teraz już wiemy, że nie mamy wyjścia. Tutaj ze względu na późną porę po prostu musimy zostać na noc. Udaje nam się rozbić namiot za warsztatem samochodowym. Właściciele zgadzają się więc- kamień z serca. W nocy słychać wycie wilków. Przec cała noc pada deszcz. Na dodatek jest zimno.

Dzień 8: Lokva – Novi Vinodolski – Selce, dst.69km

Znowu zimno i deszczowo. Dzień nie zapowiada się landrynkowo. Zawijam stopy w papierowy ręcznik, reklamówka i w drogę. Ze względu na zimno, które przyznajemy zaskoczyło nas, podejmujemy decyzję o zmianie trasy. Oby jak najszybciej w kierunku wybrzeża. Pokonać góry, barierę, za kórą czeka na nas lato i słońce. I rzeczywiście jest dokładnie tak jak myśleliśmy. Po pokonaniu gór wita nas słoneczne wybrzeże, błekit nieba i …ciepło (tutaj 25 stopni). Zjeżdżamy czym prędzej z gór do miejscowości Selce. Pierwszy przystanek to Lidl – zakupy. Wsuwamy ciepłe bułeczki i croisanty z czekoladą. Jest cudownie ciepło. Na nocleg zostajemy w Selcach na campingu. Niestety noc należy do najgorszych podczas wyprawy. W nocy na camping przyjeżdżają starymi samochodami Polacy. Uczestniczą w rajdzie. Krzyczą i hałasują. Do godziny piątej nad ranem nikt z sąsiadów nie ma możliwości spania. Niestety nawet zwrócenie im uwagi – nie skutkuje.To przykre, że taką wizytówkę po sobie zostawiają w tym miejscu. Miejmy jedynie nadzieję, że nie będzie to opinia o wszystkich gościach z Polski, którzy pewnie nie raz przyjadą jeszcze w to miejsce.

Dzień 9: Selce – Crikvenica – most na wyspę Krk – Soline – Silo, dst.43km

Po wyjątkowo nieprzespanej nocy jedziemy nieprzytomni. Pocieszeniem jest piękna słoneczna pogoda i nadzieja, że dzisiejszy nocleg odbędzie się po prostu w ciszy. Jazda główną drogą nie należy do przyjemności. Blisko przejeżdżające samochody bywa, że zdmuchują mnie na pobocze. Aż strach jechać. Przyciskamy na pedały aby jak najszybciej znaleźć się już na wyspie. Krk z lądem łączy długi most. Dość wąski, jednak udaje nam się bezkolizyjnie i w szybkim tempie go pokonać.Jeszcze chwila i jesteśmy na wyspie. Zjeżdżamy w boczną drogę. W końcu trochę spokoju. W miejscowości Soline tuż za błotną plażą, gdzie ludzie obkładają się leczniczym ponoć błockiem, zatrzymujemy się na obiad. Siadamy przy samym zejściu na małą plażę. Jest słonecznie ale nie na tyle upalnie aby się kąpać. Dalsza trasa prowadzi szutrową drogą. W pewnym momencie nie wyrabiam na szutrze i upadam. Uderzenie jest tak silne, że sama nie potrafię wstać. Na szczęście kończy się tylko na sporych otarciach i dużym siniaku. Jedziemy dalej. Widoki na ląd po drugiej stronie wody są przepiękne. Przed miejscowością Silo znajdujemy interesującą miejscówkę na nocleg. Szkoda, że jest tak wcześnie, z pewnością byśmy tutaj pozostali. Jedziemy do miasteczka. Na końcu natrafiamy na dziwny camping. Same przyczepy, żadnego namiotu. Wszystko pozamykane. Tylko recepcja i toalety czynne. Decydujemy się na pozostanie.

Dzień 10: Silo – Krk – prom – Lopar (wyspa Raab), dst.42km
Słonecznie i ciepło a nawet gorąco. Na początek dnia spory podjazd. Wyspa zaskakuje nas tak dużymi podjazdami. Ruchu wielkiego nie ma ale te podjazdy i tak dają mi nieźle w kość. Do miasta Krk dojeżdżamy po południu. Zwiedzamy miasto. Spotykamy Polaków turystów. Piękna zabudowa starego miasta. Kolejny podjazd i jesteśmy za miejscowością. Teraz jeszcze jeden spory podjazd i kolejny do m.Vrh.

Gdy docieramy na przystań promową mamy sporo czasu do jego odpłynięcia. Jest czas na posiłek i ochłonięcie w cieniu. Podróż promem przyjemna. Przyglądamy się wyspie Krk już tylko z daleka. Gdy dopływamy do Raab-u jest już około gdziny 19. Nie myśląc za wiele kierujemy się na camping w m.Lopar. Miejsce znajdujemy bez problemu. Namiot rozbijamy na poletku miękkiego piasku, tuż przy plaży. Obserwujemy cudowny zachód słońca.

Dzień 11: Lopar – Raab – Novalia na wyspie Pag, dst.64km
Początek dzisiejszej jazdy standardowo zaczyna się jazdą pod górę. Z góry podziwiamy lazurowe zatoczki z pojedyńczymi żaglówkami. Kierujemy się na sam cypel wyspy. Ku naszemu zaskoczeniu właśnie z tego miejsca gdzie kończy się droga, zaczyna się wąska na metr promenada wzdłuż wybrzeża. Urokliwa ścieżka prowadzi nas tuż przy samej linii brzegowej. Za każdym zakrętem naszym oczom ukazują sie kolejne cudne zatoczki. Nie ma tu turystów, tylko my. Promenadą docieramy do samego miasta Raab. Każdemu polecam przejechanie tego odcinka. Był to najbardziej uroczy kawałek trasy, który pokonaliśmy na wyprawie (biorąc pod uwagę wybrzeże).

Podziwiamy miasto Raab. Pomimo dość dużej liczby turystów miejscowość zachwyca swoim wyglądem. Posiada swój klimat i miejsca, w których warto zatrzymać się na dłużej. Trzymamy się promenady i przez kolejnych kilka kilometrów możemy jechać wzdłuż wybrzeża, bez ruchu ulicznego. Gdy w końcu zjeżdżamy na główną drogę wiemy, że musimy nieźle przyspieszyć aby zdążyć na prom z wyspy. Dojeżdżamy do niego w momencie kiedy wjeżdżają na pokład pierwsze samochody. Przeglądamy mapę z której wynika, że po drugiej stronie tuż przy przystani znajduje się camping. Postanawiamy tam zostać. Gdy dopływamy, okazuje się, że campingu nie ma i niestety czeka nas tu tylko spory podjazd aby dojechać do magistrali. Jest potwornie gorąco. W pewnym momencie podjeżdża do nas dziwny motocyklista. Stary pierdzący motor i stara przyczepa. Samotny jeździec okazuje się miłym, sympatycznym podróżnikiem z Anglii. Po chwili rozmowy nasze drogi się rozstają. Krzysiu sprawdza odpływ promów na wyspę Pag. Pędzimy jak szaleni aby na niego zdążyć. W ostatniej chwili wjeżdżamy na pokład. Przed nami 20 minut rejsu i wyspa Pag staje przed nami otworem. Oczywiście jak i poprzednio, znowu przed nami długi podjazd. Dzień ma się ku końcowi a my wciąż – podjeżdżamy. Na dodatek krajobraz na wyspie niczym z Marsa lub innej planety. Wokoło same kamienie i pojedyńcze owce, których nie sposób odróżnić od białych skał. Mam obawy czy aby nie przyjdzie nam tu nocować. Przyciskamy więc na pedały aby zdążyć przed nocą na drugą stronę wyspy. Prawie po ciemku rozbijamy namiot na ogromnym campingu „Straśko” w m.Novalja. W odróżnieniu od początkowej jazdy po zachodniej stronie wyspy jest sporo zieleni. Camping jest tak ogromny, że obsługa porusza się specjalnymi meleksami. Wysoki standard campingu, bardzo zadbane toalety. W nocy docierają do moich uszu ciągłe rozmowy w języku rosyjskim. Wstaję i idę zwrócić grzecznie uwagę aby zachować ciszę. Na szczęście skutkuje.

Dzień 12: Novalja – Pag – Rażanac, dst.59km
Pogoda nas nie rozpieszcza. Trochę wieje i niebo zachmurzone. Jedziemy najpierw na zakupy. W markecie jak po jakimś przetowarowaniu. Puste półki. Turyści wykupili większość atrakcyjnych cenowo produktów. Coś tam wybieramy i czym prędzej jedziemy dalej. Ścieżką wzdłuż wybrzeża jedziemy szutrówką do m.Pag. Powiem szczerze, że nie zachwyca mnie wyspa. W porównaniu do wyspy Raab czy Krk, ona znajdzie u mnie lokatę na samym końcu. W Pag chwilę odpoczywamy w parku ale jakoś nieszczególnie zachwyca nas to miejsce i postanawiamy jeszcze dzisiaj znaleźć się na stałym lądzie. Główną drogą kierujemy się do mostu łączącego wyspę z lądem. Most robi na nas wielkie wrażenie. Jest ogromny. Tego dnia dojeżdżamy do m.Rażanac. Camping jakby nieczynny, pozbawiony gości. Rozbijamy nasz namiot na górce. W nocy szaleje burza, ulewa i na dodatek zaczyna wiać Bora (bardzo silny i porywisty wiatr , wiejący od lądu z kierunku gór Dynarskich w stronę morza). Pioruny walą, ja w strachu nie moge spać. Wiatr jest tak silny, że przewraca nasze rumaki. Namiot prawie kładzie nam się na twarz. Powiewy są tak silne, że mam obawy o stan naszego namiotu (czy przetrwa tę noc?).

Dzień 13: Rażanac – Novigrad – Zadar – Bibinje, dst.84km

Po wyjściu z namiotu poranek okazuje sie być bardzo słoneczny. NIestety wieje bardzo silny wiatr, uniemożliwiający jazdę. Nad górami kłębią się czarne chmury. Jak pod kreskę kończy się ich granica i zaczyna błękit nieba. Okazuje się to częstym zjawiskiem w tym rejonie we wrześniu. Próbujemy jechać, jednak kolejne podmuchy po prostu zdmuchują nas z drogi. Z dużym trudem dojeżdżamy do m. Novigrad. Piękna lokalizacja tej miejscowości powoduje, że stajemy na sesję zdjęciową. Z uwagi, że miejscowość znacznie niżej znajduje się od drogi którą jedziemy, nie zjeżdżamy. Postanawiamy jeszcze dzisiaj zdążyć zwiedzić Zadar. Gdy zmieniamy kierujek jazdy, wiatr zaczyna wiać nam w plecy. Teraz jazda nabiera innego wymiaru. Jedziemy sprawnie i szybko. Asfalt gładki, ruch niewielki – sama przyjemność z jazdy. Kolejne kilometry szybko nabijają się na liczniku. Wjazd do Zadaru niezwykle długi i tłoczny. Za to starówka – czarująca. Piękna architektura i zabytki. Kusimy się na kolorowe lody i kawałek pizzy. Zwiedzamy stare miasto i ogromną plażę miejską. Na nocleg kierujemy się na przydomowy camping w miejscowości Bibinje. Cicho, czysto i spokojnie.

Dzień 14: Bibinje – Turanj, dst.34km
Dziś wzdłuż wybrzeża jedziemy już w kierunku Biogradu na Moru. Jutro wyjeżdżamy. Powoli nie spiesząc się jedziemy, mijając kolejne nadmorskie miejscowości. Widać tu komercję i ceny znacznie wyższe niż te z głębi kraju. Po drodze mijamy wiele campingów w miejscowościach takich jak..Sveti Petar na Moru czy Turanj. Większość małych campingów już nieczynna. Pomimo takiej ich ilości ciężko nam cokolwiek znaleźć. W końcu udaje nam się w m. Turanj. Chyba był to jeden z 7 campów, który zgodził się nas przyjąć. Z uwagi, że jesteśmy wczesnym popołudniem, możemy poleniuchować na plaży. Noc spokojna i cicha.

Dzień 15: Turanj – Biograd na Moru, dst.36km

Dziś żegnamy się z Chorwacją. Turanj jest jakby dzielnicą Biogradu, gdyż granice miasta bezpośrednio do siebie przylegają. Jedziemy zwiedzić Biograd. Posiedzieć na plaży, coś zjeść. Dzisiejszy dzień jest wyczekiwaniem na wieczorny powrót autokarem do Polski, do domu.

 

 

Koszty Chorwacja:
autokar – 920zł
noclegi płatne – 650zł
ubezpieczenie – 180zł
bilety do NP – 200zł
promy – 150zł
wyżywienie + inne – 1250zł
Razem: 3350zł/2 osoby

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY