Hvala vam za sve

Wyprawa rowerowa po Bałkanach skończyła się sukcesem w dniu 27 sierpnia 2011roku. Przez dwa tygodnie towarzyszył nam wyłącznie upał po około 35-40 stopni temperatury (z wyjątkiem około 3 godzin, gdy spadł deszcz).

Mapa wyprawy

Wyprawa rowerowa po Bałkanach skończyła się sukcesem w dniu 27 sierpnia 2011roku. Przez dwa tygodnie towarzyszył nam wyłącznie upał po około 35-40 stopni temperatury (z wyjątkiem około 3 godzin, gdy spadł deszcz). Czasami było tak upalnie, że zmuszeni byliśmy robić dłuższe przerwy. Jednakże to nie pogoda i cudowne widoki były najbardziej emocjonujące. Przede wszystkim ekscytujące były spotkania z lokalnymi mieszkańcami. Dzięki gościnności tych ludzi mieliśmy możliwość poznać ich bliżej oraz jakimi są na codzień. Przejechaliśmy terenami, które do dnia dzisiejszego są nadal zaminowane. Oglądaliśmy zniszczenia oraz spustoszone osady po działaniach wojennych z lat 90-tych. Wróciliśmy pełni wrażeń i nowych kontaktów, które zawarliśmy w trakcie naszej podróży. Na trasie spotkaliśmy 16 rowerzystów z różnych krajów Europy oraz wielu bardzo sympatycznych turystów z Polski. Przez dwa tygodnie zdążyliśmy odwiedzić i zobaczyć takie ciekawe miejsca jak: kanion Tary, kanion Susiczy, jezioro Szkoderskie, wodospady Kravice, przejazd przez tereny zaminowane – Popovo Polje, miasto Szkodra, park Biogradzka Góra, kanion Bistricy, Mostar, Sarajewo, Budva, góry Durmitor, Svety Stefan, przejazd pociągami bośniackimi, promem oraz czarnogórską komunikacją autobusową.

link do fotorelacji – czyli mało czytania, dużo oglądania

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/BaKany2011

Dzień 1 – 13.08.2011 Budva (dst.10km)

Do Budvy w Czarnogórze dojeżdżamy autokarem z Polski. Podróż trwa około 30 godzin. W autokarze przede wszystkim młodzi sympatyczni ludzie. Poznajemy w nim Agatę, która jedzie na letni wypoczynek. Przed południem podróż kończy się w mieście Budva. Z nieba leje się upał. Po zmontowaniu rowerów (przekręcenie kierownicy, pedałów) ruszamy na główną promenadę, która wije się wzdłuż nabrzeża. Przy jednym z plażowych barów zatrzymujemy się na kawę. Tak jak jest ona smaczna tak też powala nas swoją ceną (5,40 euro za dwie kawy). Kawa stawia nas na nogi. Idziemy popływać w cudownych wodach Adriatyku. Woda ciepła i czysta jak kryształ. Z uwagi na to, że nasza wyprawa zacznie się sporym i długim podjazdem w kierunku Cetinje, postanawiamy dziś zostać na dole i zobaczyć wyspę Świętego Stefana. Miejsce, którego zdjęcia stanowią najczęstszą reklamę Czarnogóry. Jedziemy promenadą obok plaży na której równo poustawiano leżaki i parasole. Muzyka i zapachy mieszają się ze sobą nawzajem. Jedno i drugie dociera z różnych kafejek i restauracyjek. Mijamy las piniowy i dojeżdżamy do miejsca, z którego możemy podziwiać wyspę. Widać gęstą zabudowę. Kiedyś domy zamieszkiwane były przez rybaków, dziś cała wyspa stanowi kompleks hoteli i apartamentów. Wstęp na wyspę jest płatny tak jak i na hotelową plażę, która się tam znajduje. Chwila na zdjęcie i wracamy. Gdy po drodze mijamy jakoś dziwnie wyglądający dziki camping, postanawiamy zapytać o nocleg. Okazuje się, że nie jest to oficjalny camping ale za 5 euro możemy tu pozostać. Nie jest to urokliwe miejsce. Dużo śmieci po bokach i brak wody nie zachęca jednak z uwagi na zmęczenie postanawiamy tu pozostać. Po rozbiciu namiotu idziemy na plażę aby się wykąpać i umyć pod natryskiem. Wieczór spędzamy na plaży obserwując pierwszy nad Adriatykiem zachód słońca. Gorąco i romantycznie.


Dzień 2 – 14.08.2011 Budva – Godinje (dst.47km)

Od samego rana upał. Zwijamy namiot. Sąsiedzi z boku zapraszają nas na herbatę. Małżeństwo Serbów z Belgradu z zainteresowaniem wypytują skąd i dokąd jedziemy. Częstują nas miętową herbatą. Nasz pobyt w tych rejonach, jak widać od początku dobrze się zapowiada. Dziś dzień sporego podjazdu. Od poziomu 0 m n.p.m wjedziemy na wysokość ok 850 m n.p.m. Ruszamy czym prędzej. Jadąc plażą nie potrafimy nie skusić się i nie wykąpać. Wybieramy malutką plażę tuż przy promenadzie. Jest wcześnie rano więc i tłoku brak. Pływamy w ciepłych wodach Adriatyku. Rewelacja. Potem dokładny natrysk na plaży i dalej w drogę. Droga na Cetinje odbija od Budvy wysoko w góry. Co kilkaset metrów robię krótką przerwę. Upał doskwiera tak bardzo, że ciągła jazda pod górę w słońcu jest po prostu niemożliwa. W połowie podjazdu jest mi tak gorąco, że widząc jedyny dom i kran z wodą postanawiam przystanąć i spytać o możliwość schłodzenia się zimną wodą. Krzysiu jest na tyle daleko, że nic nie wie o moim zamiarze. Gdy się zatrzymuję przed dom wychodzi młody mężczyzna. Widząc „zmarnowaną” upałem i zmęczeniem moją twarz, bez słów zaprasza mnie w cień i przynosi zimną wodę do picia. Po kilku minutach naszej rozmowy podjeżdża Krzysiu. Podobnie jak ja, siada w cieniu i otrzymuje szklankę i kolejną zimną wodę. Po chwili odpoczynku, oblaniu się wodą, zmoczeniu koszulek, ruszamy dalej. W połowie podjazdu ponownie zatrzymujemy się w przydrożnym  i jak się okazuje jedynym na tej drodze malutkim barem a właściwie kioskiem z piwem i tarasem ze stolikami. Zimne piwo smakuje wyśmienicie. Z tarasu rozpościera się cudowny widok na morze i Budvę,która daleko w dole pod nami.

Chwila odpoczynku. I jedziemy dalej. Gdy ruszamy otrzymujemy brava od pary niemieckich motocyklistów. Miły gest. Droga pnie się coraz wyżej. Upał doskwiera coraz mocniej. Gdy docieramy na górę z nieukrywaną radością zjeżdżamy w boczną drogę, która poprowadzi nas przez dzikie tereny górskie. Słowo „dzikie” w pełni oddaje sytuację w jakiej po chwili się znajdujemy. Ścieżki rozjeżdżają się w różne kierunki, ani żywej duszy a próba odnalezienia się na mapie nie zdaje rezultatu. Mapa sobie a życie swoje. Gdzie okiem nie patrzyć, co kolejne skrzyżowanie to następna zagadka – gdzie jechać? Droga prowadzi wyraźnie w dół, więc postanawiamy jechać przed siebie. W końcu kiedyś, gdzieś dojedziemy. Po kilkunastu kilometrach wyjeżdżamy wprost na jakąś główniejszą drogę. Do wyboru mamy dwie opcje: jazda w dól lub do góry. Wybieramy to pierwsze. Po kolejnych kilku kilometrach wjeżdżamy do miejscowości Vinpazar. Ku naszemu zdziwieniu, dziwnym zbiegiem okoliczności i nie wiedząc jak, udaje nam się dojechać do miejsca, które było na naszej trasie. Tym sposobem skróciliśmy trasę o około 20km. Śmiejemy się z tej „zagadki topograficznej”, która wychodzi nam z jednej strony na dobre, ale z drugiej strony ominęliśmy Rijekę Crnojevicę, miejscowość, która była w planie podróży. Tuż za miejscowością Vinpazar w oddali, widzimy zarys jeziora Szkoderskiego. W miejscowości Godinje przy jednym z domów zatrzymujemy się obok pani sprzedającej wino z domowej winnicy. Przy okazji okazuje się, że możemy rozbić namiot na winnicy. Właściciele pomiędzy innymi przyjmują turystów pod namiotem. W cenie 6 euro mamy spokojną noc wśród winnych szczepów. Zostajemy.


Dzień 3 – 15.08.2011 Godinje – Lijara (dst.zaledwie 20km)

Od samego rano słońce „smali” niemiłosiernie. Czym prędzej nim zacznie palić na nasz namiot, zaraz po śniadaniu opuszczamy biwak. Przy okazji pobytu na winnicy kupujemy najlepsze wino w cenie 10 euro za butelkę. Nasza droga biegnie tuż obok jeziora Szkoderskiego. Zlokalizowana jest na zboczu góry i niestety niemiłosiernie wciąż pnie się pod górę. Jest potwornie gorąco. Co chwile mijamy gniazda szerszeni, które nie wzbudzają mojej sympatii. Pomimo, że jezioro nie stanowi zachęty do kąpieli (brzegi bagniste, zarośnięte trzcinami i inną roślinnością) budzi podziw. Jego rozmiary są bardzo imponujące. W oddali widać zarys wysokich szczytów gór a na jego tafli co chwilę pojawiają się nowe wysepki. Droga, którą jedziemy jest zupełnie pusta. Gdy tylko znajdujemy kawałeczek cienia stajemy. Im jesteśmy wyżej tym goręcej. Roślinność staje się coraz uboższa. W zasadzie po lewej i prawej naszej stronie bezpośrednio obok nas są tylko wypalone skały i skarłowaciałe krzaczki. Widok domu bardzo mnie cieszy. Gdy podjeżdżamy bliżej okazuje się, że jest on opuszczony. Podbiegam do ręcznej pompy w nadziei, że ochłodzę się świeżą zimną wodą. Kilka moich „pompnięć” i po chwili jak szybko tam się znalazłam tak czym prędzej z piskiem zaczynam uciekać. Z otworu pompy wylatuje stado os. No ładnie – pomyślałam – nieźle się zapowiada. Aby nie zezłościć tych latających potworów, szybko odjeżdżamy. Jedziemy coraz wyżej. Upał nas wykańcza. Momentami, po prostu prowadzimy nasze „rumaki”. Gdy tak sobie idziemy, w pewnym momencie słyszę silnik motoru. Ku naszej radości, motocyklistą okazuje się Polak. Czy coś wam potrzeba? – słyszę pytanie. Poznajemy sympatycznego motocyklistę Karola z Gdańska. Chwila rozmowy. Wymiana wrażeń z podróży, wspólna fotka i rozstają się nasze drogi. Karol na swojej maszynie szybko się od nas oddala. Jedziemy dalej. W pewnym momencie Krzysiu zauważa wiaderko przy dziwnej betonowej „klockowatej” budowli. Gdy orientujemy się, że jest to studnia z puszką zastępująca wiaderko, nasza radość nie ma końca. Cieszymy się jak dzieci. Oblewamy się wodą „po całości”. Jak stoimy tak się polewamy, od głów do stóp. Woda idealne chłodna i orzeźwiająca. Bosko. Po dłuższym chłodzeniu w końcu postanawiamy jechać dalej. Aby jeszcze przez chwilę czuć się komfortowo, ubieramy się w koszulki i ostatnie wiadro wody każdy z nas leje sobie na głowę, mocząc przy tym całe ciało. Taki zabieg umożliwia przetrwanie kolejnych kilkunastu minut. Robi się znów potwornie gorąco i powoli kończy nam się woda do picia ( woda ze studni nie wzbudziła naszego zaufania aby zdobyć się na odwagę i zrobić zapasy na drogę). Jak do tej pory wieźliśmy ze sobą około 4 litry wody i chyba z 2 piwa, ale przy tym upale wszystko wypiliśmy. Perspektywa braku wody zaczyna mnie martwić. Na dodatek ani tu samochodów, ani domów. No to klops – myślę sobie. Byle do najbliższego domu. Za kolejnym zakrętem widząc samochód i parę turystów postanawiam poprosić o trochę wody. Ku mojemu szczęściu, para młodych ludzi to turyści z Polski. Poznajemy Marcina i Kingę z Lublina. Ratują nas butelką wody (dzięki Wam za życiodajny płyn). Na pożegnanie informują nas, że już niedługo droga się wyprostuje a trochę dalej nawet będzie trochę cienia. Mają rację.

Zrobiło się bardziej płasko i przyjaźniej. Mijamy kilka opuszczonych małych kamiennych domów. Widać, że od dawna nikt tu nie mieszka. Gdy mijamy następny, słysząc głos bawiącego się dziecka, chwytam za klamki hamulców. Jest nadzieja na to, że napełnimy nasze puste butelki. Widzi nas kobieta i podchodzi do ogrodzenia. Gdy prosimy o trochę wody, zaprasza nas do siebie. Pokazuje, że ma tylko trochę wody i proponuje kawę. Postanawiamy chwilę odpocząć i skorzystać z propozycji. Vesna (tak ma na imię) przynosi Rakiję i kieliszki, częstuje też kawą. Jesteśmy zaskoczeni jej gościnnością. Mieszka w bardzo skromnym domu. Oprócz niej, w tym domu mieszka  jeszcze córka Żana i jej 8 letni syn Lando. Vesna  chce nam przynieść wody na drogę i postanawia iść do studni. Przyłączamy się do niej. Bierzemy bańki i razem z nią i wnukiem idziemy po wodę. Droga prowadzi w góry. Wąska, kamienista, bez końca. Po około 2km docieramy do studni. Vesna tłumaczy nam, że jest to jedyna studnia z wodą zdatną do picia w tej okolicy. Po takiej wyprawie, doceniam każdy kolejny łyk tego płynu. Gdy wracamy do domu, Żana częstuje nas obiadem. Usmażyła placuszki, do tego kurczak z grilla i sałatka. Wszystko bardzo smakowicie przyrządzone. Dobrze, że mamy butelkę dobrego wina. Znajduję też w sakwie czekoladę z Polski i proszę Lando aby przed zjedzeniem schłodził ją w lodówce. Na pamiątkę wręczam mu również smycz na klucze i zawieszkę odblaskową, która wyraźnie mu wpadła w oko. Po chwili na stół „wjeżdża” ciasto. Jesteśmy najedzeni i rozleniwieni. Vesna informuje nas, że w dniu dzisiejszym w cieniu jest ponad 40 stopni temperatury. Opowiada o swoim życiu i pracy,którą się zajmuje. Codziennie chodzi w góry i zbiera „pelin”. Jest to roślina o aromatycznym zapachu, którą stosuje się w farmacji oraz jako dodatek do alkoholu. Po zebraniu tych liści, suszy je aby następnie sprzedać susz w cenie 0,70 euro za 1 kg.W czasie rozmowy Lando usilnie prosi, żebyśmy zostali tu na noc. Vesna również składa nam taką propozycję – więc…zostajemy. Kolejnym zaskoczeniem jest moment, gdy dwóch przejeżdżających rowerzystów „sakwiarzy” widząc nasze rowery oparte o dom  też się tu zatrzymują. Poznajemy Stefana z Francji i Antonia z Włoch. Vesna i ich zaprasza i częstuje tym co ma. Co za kobiety. Rozmawiamy do późna. Wieczór mija nam bardzo miło. Vesna zaprasza nas do pokoju w którym spędzamy noc. Antonio śpi w kuchni a Stefanio pod daszkiem przy wejściu do domu.

Dzień 4 – 16.08.2011  Lijara – Szkodra – Bozaj (dst.86km)

Z samego rana Vesna wita nas wszystkich gorącą kawą. Po chwili Żana przynosi dla każdego talerzyk z porcją śmietanowego ciasta. Obmyślam plan w jaki sposób odwdzięczyć się za gościnę. Wiem jak ciężko te kobiety pracują aby mieć z czego żyć. Nie chcę być źle zrozumiana, jednak nie wyobrażam sobie nic nie zrobić ze swojej strony. Vesna nie chce przyjąć pieniędzy. Udaje mi się wcisnąć zrolowany banknot w rączkę wnukowi. Vesna i Żana żegnają się z nami jak z najbliższą rodziną. Cała ich trójka odprowadza nas do drogi. Przez kilka kilometrów droga łagodnie prowadzi nas w dół. W pewnym momencie Krzysiu „łapie” dwie gumy. Wymiana dętek zajmuje nam trochę czasu. Trwa to na tyle długo, że mija nas Stefanio i Antonio, którzy jako drudzy wyruszyli po nas. W mijanej miejscowości  Ostros robimy zakupy. Droga wyraźnie zmienia nachylenie. Jedziemy pod górę na przełęcz. Stajemy przy studni na poranną toaletę. Chłodna woda jest bardzo orzeźwiająca. Jemy śniadanie. Świeży chleb i kawałek żółtego sera przegryzane pomidorem, smakują wyśmienicie. Jedziemy jakiś czas pod górkę na przełęcz. Nie jest aż tak bardzo wysoko, jednak upał robi swoje. Na przełęczy spotykamy Polaków. Małżeństwo z dziećmi. Wiktor i Kasia przyjechali z Katowic. Chwila rozmowy i jedziemy dalej. Za zakrętem rozpościera się przepiękny widok na ogromną dolinę. Teraz czeka nas już tylko długi zjazd. Podczas jazdy obręcze tak bardzo się rozgrzewają, że dwie szprychy w tylnym kole u Krzysia nie wytrzymują naprężenia. Po ich zabezpieczeniu, jedziemy dalej. Po długim zjeździe dojeżdżamy do krzyżówki, przy której zatrzymujemy się na stacji paliw. Poznajemy dwóch rowerzystów z Polski, którzy podobnie jak i my znajdują wytchnienie w klimatyzowanym lokalu. Dodatkowo chłodzimy się sokiem truskawkowym. Wymieniamy się wrażeniami z podróży i jedziemy w stronę granicy.

Po obu stronach drogi pełno śmieci. Nikt tu tego nie sprząta. Jest bardzo gorąco. Arbuzy, które widzimy na polu, od gorączki wszystkie popękane. Na granicy kolejka. Jako rowerzyści możemy przejechać pierwsi. Rozpoczyna się jazda przez Albanię. Szkodra nie zachwyca swoim urokiem. Panuje tu nieład i brak organizacji ruchu. Z boku wygląda to tak, jakby każdy jechał sobie po swojemu. Stojący policjant nie zwraca na to uwagi. Jedziemy drogą jednokierunkową. Jako ciekawostka mogę dodać, że jazda odbywa się „pod prąd”. Nie jest to nasz pomysł. Kierujemy się do centrum miasta za innymi użytkownikami drogi. W centrum znajduje się meczet, który chcemy zobaczyć z bliska. Robimy kilka zdjęć a następnie  stajemy przy jednym z barów. Postanawiamy poznać smak albańskiego piwa. Zamawiamy po butelce piwa „Tirana”. Sącząc „złocisty” napój obserwujemy tzw. „życie ulicy”. Wyciągamy następujące wnioski: 1. dla większości Albańczyków najlepszą marką samochodu jest Mercedes (bez względu na rok produkcji) 2.Albanki to piękne dziewczyny 3. Rowery którymi jeżdżą, mają bardzo nisko ustawione siodełka. Albańscy rowerzyści przybierają pozycję jazdy z podkurczonymi kolanami i wygląda to dość śmiesznie.

Ponadto wszędzie jest pełno śmieci. Przepełnione śmietniki i kurz. Z uwagi na to, że jeszcze dziś chcemy dojechać do Czarnogóry nie zostajemy w Szkodrze na dłużej. Droga w kierunku granicy na długo pozostanie w mojej pamięci. Przez 30km jazda w pyle, upale i pomiędzy samochodami – tak można  to określić. Jedyną przerwę robimy przy sklepie spożywczym. Sprzedawcą jest młody Albańczyk. Jesteśmy tak zmęczeni, że siadamy bezpośrednio przed sklepem i pijemy zimny napój. Po chwili sprzedawca zaprasza nas do stolika za sklepem. W ten sposób poznajemy Albina. Sympatyczny młody chłopak. Jego babcia przynosi nam kiście winogron urwane prosto z krzaka. Wzbudzamy zainteresowanie również u jego rodziców, którzy z ciekawością słuchają naszą rozmowę z ich synem. Do granicy pozostało nam około 20km. Gdy pod wieczór dojeżdżamy do budek granicznych jestem wykończona. Jest już mrok gdy rozpoczynamy jazdę w Czarnogórze. Szukamy miejsca na nocleg. Na spanie na dziko będzie trudno. Zarówno po lewej jak i prawej stronie krzaki są tak gęste, że nie ma jak pomiędzy nie wejść. W ciemnościach wpadam w poślizg i z całym ciężarem upadam na asfalt. Bliski kontakt z drogą pozostawia ślad w postaci granatowego siniaka na udzie. Siniak będzie mi towarzyszył do końca naszej wyprawy. Gdy tylko widzimy pierwszy dom, pytamy o możliwość noclegu. Gospodarze wskazują nam miejsce w swoim ogrodzie. Mamy piękne miejsce pod drzewkami na świeżo ściętym trawniku. Namiot rozbijamy jak jest już zupełnie ciemno. Gdy Krzysiu walczy z postawieniem naszego domku ja urzekam się kąpielą. Do dyspozycji mamy wodę bezpośrednio z węża ogrodowego. Cudownie chłodna woda zmywa cały albański kurz. Noc bardzo spokojna.

Dzień 5 – 17.08.2011 Bozaj – Podgorica, Podgorica-Kolasin (autobus) Kolasin-Biogradzko Gora  (dst.38km)

Droga do Podgoricy nie oszałamia.Im bliżej miasta tym większy ruch samochodów.Upał i kurz. Mijamy kolejne winnice. Przed Podgoricą stajemy na moście aby zrobić zdjęcie pustego koryta rzeki Cijevna. Smutny to widok. Planujemy dojechać do miasta jak najszybciej aby czym prędzej znaleźć połączenie do Kolasina.Upał jednak jest tak uciążliwy, że na chwilę stajemy przy stacji paliw. Chłodzimy się zimnym napojem i polaniem wodą z węża. Obserwujemy dwóch chłopców, którzy wiozą wózek pełny drewnianych skrzynek po bananach. Ciężkie tu mają życie.Podgorica nie „powala” na kolana swoim wyglądem. Budynki szare i często z brudną elewacją.Dworzec kolejowy podobnie. Niestety pociąg mamy dopiero wieczorem. Kierujemy się na dworzec autobusowy. Mamy szczęście. Autobus odchodzi za pół godziny i …zabierze nas z rowerami.Droga do Kolasina prowadzi wąwozem rzeki Moraca. Bajkowe widoki. Gdyby na tej drodze nie było takiego ruchu samochodów z pewnością pokonalibyśmy ten odcinek rowerami. Z Kolasina już mamy blisko doBiogradzko Jezero.

Przez kilkanaście kilometrów jedziemy główną drogą aby potem skręcić w stronę rezerwatu. Wystarczy, że wjeżdżamy za jego bramę, zaczynają wokół nas latać przepiękne motyle. Robię sesję fotograficzną. Przez 3,5km jedziemy ostro pod górkę. Gdy dojeżdżamy na samą górę jesteśmy „wypompowani” i bardzo głodni.Rezerwat robi na nas wrażenie.Wielkie drzewa dają przyjemny cień. Od jeziora nadciąga przyjemny chłód. Siadamy na ławce i gotujemy obiad.W miejscu w którym jesteśmy znajduje się camping.Namioty postawione pomiędzy drzewami nie ujmują piękna temu miejscu.Nasz namiot stawiamy w niedalekiej odległości od „pałatki” innych rowerzystów. Gdy już się zagospodarowujemy, przychodzą. Poznajemy wesołego Szkota – Johna i Włocha.Opowiadają nam o swoich wyprawach. Wspólnie pijemy herbatę. Gdy nadchodzi wieczór oni idą do baru a my spać.

Dzień 6 – 18.08.2011 Biogradzko Gora – Mojkovac – Żabljak (dst.79km)

Po śniadaniu i pożegnaniu z Johnem i Claudio wyjeżdżamy.Dzień rozpoczynamy od zjazdu do głównej drogi. W miejscowości Mojkovac zatrzymujemy się przy sklepie spożywczym uzupełnić „spożywkę”. Jest już na tyle ciepło, że ściągamy bluzy z długimi rękawami.W przydrożnym wodopoju uzupełniamy zapasy wody.Im bliżej jesteśmy parku gór Durmitor tym robi się piękniej.Coraz wyższe góry wokoło.Za kolejnym zakrętem widzę trzech rowerzystów. Gdy przejeżdżam obok nich pytam: „Hello,where are you from?” w odpowiedzi słyszę:”from Poland”. „Ja też”-odpowiadam. I w taki oto sposób poznajemy Krzysztofa, Grażynę i Roberta. Opowiadamy o wrażeniach z podróży. O wspólnych, internetowych znajomych rowerzystach. Bardzo sympatyczni młodzi ludzie.Od miejsca w którym się rozstajemy, nasza droga wiedzie nas kanionem wzdłuż rzeki Tara.Zachwycające widoki wokoło.Rzeka koloru turkusowego.Co chwilę staję aby zrobić kolejne zdjęcie. Gdy znajdujemy miejsce w którym można zejść na brzeg rzeki – schodzimy. Jest potworny upał. Siadamy w cieniu na pobliskich dużych kamieniach.Przygotowujemy sobie obiad.Potem chłodna kąiel i dalej w drogę.Kolejną przerwę robimy przy moście. Ogromna budowla, która robi wrażenie. Dużo turystów spaceruje tam i z powrotem.Siadamy przy jednym ze stolikóww kawiarni i zamawiamy piwo.

Po chwili odpoczynku jedziemy w stronę Żabljaka. Droga prowadzi cały czas pod górę. Mamy do pokonania około 700-800m wysokości. Po piwie czuję się wyraźnie osłabiona. Pomimo, że minęło trochę czasu, nadal brakuje mi siły. Przy kolejnym zakręcie wyprzedza nas rowerzysta.Samotny rowerzysta z…Polski. Poznajemy Piotra. Chwilę rozmawiamy. Piotrek jedzie szybszym tempem więc rozstajemy się, życząc miłej jazdy.Dzisiejszy podjazd stanowi dla mnie wyzwanie. W duchu mam obawy, że nie dam rady. Zaciskam zęby i pomalutku metr za metrem jadę w górę.Gdy widzę pierwsze zabudowania, wiara w moje siły powraca.Z rozpędu wjeżdżamy do miasteczka. Jestem z siebie zadowolona. Żabljak to miejscowość typowo turystyczna. Wszędzie tłumy turystów i piechurów.Kierujemy się na camping. Wybieramy ten, o którym czytaliśmy w internecie przed wyjazdem same pozytywne opinie. Trafiamy bez problemów. Opinie internautów okazują się jak najbardziej słuszne. Pierwsze spotkanie z gospodarzem i powitanie kieliszkiem śliwowicy. Kilka kroków dalej – nasi rodacy. Poznajemy dwie pary Polaków: Krzysztofa i Maję z Warszawy oraz Dagmarę i Marcina z Wrocławia. Wieczór mija nam na przyjemnej rozmowie, sącząc smaczne winko. Po kolei dzielimy się wrażeniami z podróży. Gdyby nie tak późna pora, rozmowa z pewnością trwałaby o wiele dłużej.Noc okazuje się dość chłodna. Po raz pierwszy śpię w ubraniu.

Dzień 7 – 19.08.2011 Źabljak – Crna Gora – Kanion Susicy – Trsa (dst.40km)

Dzisiejszej nocy odwiedził nas gość.Duża, dorodna ropucha próbowała wejść nam do sakwy. Rano pomogliśmy jej znaleźć lepsze miejsce, wśród starych desek tuż obok. Nowy dom chyba przypadł jej do gustu.Rozsiadła się dostojnie i zamarła w bezruchu. W tym czasie my możemy się spokojnie spakować.Przed wyjazdem z miasta udajemy się na zakupy do piekarni. Stojąc w kolejce słyszę osobę mówiącą po polsku. Poznajemy dziewczynę z Zielonej Góry. Kolejnym zaskoczeniem jest poznanie następnych osób, a właściwie to całej grupy Polaków, którzy przyjechali na trekking po górach. Czujemy się jak w jednej z górskich miejscowości wypoczynkowych typu Karpacz. Wyjazd z Zabljaka prowadzi nas drogą pod górę. Jedziemy nią coraz wyżej. Wokoło nas przepiękne, rozległe widoki. Podjazd jest długi i męczący. Po dojechaniu na przełęcz, siadamy w cieniu aby odpocząć.Przed nami rozpościera się panorama na szczyty gór. W oddali widać kanion Susicy, który jeszcze dzisiaj chcemy przekroczyć. Wspaniały zjazd jest niczym nagroda za te wszystkie wylane poty podczas wspinaczki. Mijamy osadę Crna Gora.Kilka małych domków pozamykanych na głucho.

Nie widać żadnych mieszkańców. Pusto wokoło. Zjeżdżamy na szutrową drogę. Teraz już tylko zjazd do kanionu. Początkowo droga łagodnie prowadzi w dół. Im niżej tym droga robi się kamienista. Coraz trudniej jest jechać.Miejscami prowadzimy rowery. Na dnie kanionu troszkę chłodniej. Moja nadzieja na to, że ochłodzę się w rzece, niestety nie spełnia się. Rzeki brak, jeziora brak, sucho. Budynek hotelu – zamknięty. Teraz pozostaje nam tylko wyjazd. Z początku można nawet jechać. Potem niestety droga jest już tak kamienista i pod takim nachyleniem, że prowadzimy rowery. Nie jest lekko. Wyznaję zasadę, że krok po kroku i w końcu każda droga, każdy podjazd się kończy. Nie ukrywam, że bardzo się cieszę gdy dojeżdżamy do punktu widokowego, który znajduje się na samej górze kanionu. Cudowny widok. Robimy kilka zdjęć i jedziemy dalej. Teren zdecydowanie łagodnieje. Pagórki wyglądają jakby były przykryte naciągniętym materiałem. Dojezdżamy do miejscowości Trsa.

Na skrzyżowaniu widzę kilku motocyklistów. Wśród nich jeden chłopak na rowerze. Rowerzystą okazuje się właściciel malutkiego campingu, który widząc potencjalnych klientów, korzystając z okazji, przyjechał ich zwerbować do siebie. W przeciwieństwie do motocyklistów my korzystamy z jego zaproszenia. Camping składa się z 3 drewnianych domków, baru i kilku stolików. Niska cena (10euro za dwie osoby) za spanie w drewnianym domku, skutecznie zniechęca nas do rozbijania namiotu. Dziś śpimy jak króle – w wygodnym łózku, w świeżej pościeli. Dodatkowo zamawiamy sobie dobrą kolację. Próbujemy bałkańskiego dania – ćevapcići. Smakiem przypomina mi to kotlety mielone, tyle, że w kształcie paluszków i bez dodania bułki.Smaczne. Gdy tak sobie siedzimy, wlaściciel campingu przyprowadza na camping kolejną osobę. Dołącza do nas rowerzysta z Anglii. Poznajemy w ten sposób Michaela z Londynu. Podobnie jak i my, wybiera spanie w domku.Nie czekając długo, operatywny menager znowu przyprowadza kolejnych chętnych na camping.Tym razem są to rowerzyści z Rosji.Przy naszym stole robi się coraz weselej. Siergiej, Żenia i Marija z Sant Petersburga to trójka młodych ludzi z dużym poczuciem humoru. Nasza grupa tak szybko się zintegrowała, że nie wiadomo kiedy minęła północ.

Dzień 8 – 20.08.2011  Trsa – Pivsko Jezero – Hum – Brod – Poljice (dst.67km)

Fundujemy sobie dzisiaj „królewskie śniadanie”.Wspólnie z nami do stołu zasiada Michael.Zamawiamy jajecznicę na bekonie i …danie o nazwie „popara”. I tu w tym miejscu przestrzegam innych przed tym specjałem. Potrawą okazuje się mieszanka chleba z mlekiem i serem. Z wyglądu przypomina mi karmę dla świnek. Dodatkowo, podanie tej mieszanki w drewnianej misce z drewnianą łyżką, do złudzenia przypomina – korytko.Podobnie chyba jest ze smakiem (choć z chlewika jeszcze nie jadłam). Po „zaskakującym w swej formie” śniadanku, wyjeżdżamy. Do jeziora Pivsko droga prowadzi w dół. Jezioro Pivsko oczarowuje nas od pierwszego wejrzenia. Otoczone górami, szczelnie wypełnia dolinę wodą koloru turkusowego. Do jeziora prowadzi droga, która prowadzi w dół do samego jeziora, pokonując po drodze wiele tuneli wykutych w skale. Z każdym zakrętem jesteśmy coraz niżej. Przyznaję, że ten widok jest jednym z najpiękniejszych podczas tej wyprawy. Na samym dole w jednym z tuneli napotykamy na rozjazd. Kierujemy się wprawo, do granicy z Bośnią i Hercegowiną.

Jadąc drogą wzdłuż jeziora napotykamy na niezliczoną ilość tuneli. Przepiękna trasa. Nie można jej ominąć będąc w tych rejonach. Na granicy kolejka samochodów. Jako rowerzyści wjeżdżamy bez kolejki. Nasza droga prowadzi nas teraz wzdłuż rzeki Drina. Co kilka kilometrów mijamy ośrodki, które proponują spływ rzeką. Jest bardzo upalnie. Stajemy na odpoczynek przy małym potoku. Przygotowujemy obiad i korzystamy z okazji aby się ochłodzić. Miejsce, które wybraliśmy jest tak niewidoczne, że umożliwia skorzystać z kąpieli bez strojów. Kolejne kilometry pokonujemy  w coraz większym zaduchu. Niebo wyraźnie wskazuje na zmianę pogody, a już na pewno na zbliżającą się burzę. Gdy dojeżdżamy do miejscowości Brod zaczyna kapać deszcz. Schronienie znajdujemy w przydrożnym małym sklepie. Dobrze, że zdążyliśmy przed deszczem. Po krótkiej chwili szaleje burza.. Gdy się tylko uspokaja jedziemy dalej.

Jest bardzo przyjemnie, w końcu powietrze jest rześkie i przyjemne. Przed miejscowością Miljevina droga prowadzi przez kilka tuneli. Jest późne popołudnie więc powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg. Gdy wyjeżdżamy z kolejnej wioski widzę mężczyznę pracującego przy rąbaniu drzewa oraz obok siedzącą kobietę. Postanawiamy zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Na szczęście obydwoje mówią w języku angielskim. Zapraszają nas na posesję. Wskazują miejsca abyśmy mogli odpocząć. Poznajemy całą rodzinę. Babcia przygotowuje dla nas kawę, córka przynosi kieliszki a zięć zaraz napełnia je Rakiją. Babcia wciąż podkreśla, że wszystko czym częstują jest wyrobem domowym. Przynosi chleb i kajmak (a’la  nasze masło, tyle, że wykonane z mleka owczego), wędliny, sery i pomidory,  mówiąc ? domaci, domaci. Wszystko jest bardzo smaczne. Rodzina przygotowuje się na przyjazd gości. Jutro przyjeżdża z Australii ich wnuk z przyszłą małżonką i teściową. Na początku września odbędzie się ich ślub. Po kolacji rodzina zaprasza nas do domu, częstuje piwem. Wymieniamy się adresami i umawiamy się na spotkanie za tydzień w Budvie, gdzie młodzi przyjadą na wypoczynek. Tej nocy śpimy w świeżej pościeli w wygodnych łóżkach.

Dzień 9 – 21.08.2011 Poljice – Sarajewo (dst.79km)

Noc mija bardzo wygodnie. Dragomir wita nas poranną kawą. Pozostali członkowie rodziny smacznie śpią gdy my żegnamy się z nim i wyruszamy w drogę. Po kilku kilometrach wjeżdżamy w kanion rzeki Bistrica. Aż dziwne, że jest tak mało popularny. Natrafiamy na źródło smacznej, zimnej wody więc korzystamy z okazji i napełniamy butelki. Od maleńkiej osady Dobro Polje droga wyraźnie prowadzi pod górę. Rozpoczynamy podjazd. Mijamy po drodze pierwsze znaki ostrzegające o zaminowanym terenie. Na przełęczy stajemy na chwilę przy pomniku upamiętniającym miejsce wojennego mordu. Na tablicy pamiątkowej wyryte nazwiska poległych osób. Z informacji i powtarzających się nazwisk wynika, że zamordowano tu całe rodziny. Tuż obok zniszczony działaniami wojennymi budynek. Smutny obraz. Gdy tak stoimy w zadumie z lasu wyjeżdża oznakowany samochód terenowy wraz z żołnierzami, którzy rozminowują te tereny. W drodze do Sarajewa mijamy wiele domów z licznymi śladami po wojnie. Niektóre elewacje z dziurami po pociskach inne ze zniszczonymi oknami i dachami. Dziwnie się czuję. Po raz pierwszy mam możliwość być tak blisko, widzieć i stanąć w cieniu tego co wydarzyło się w czasie wojny. Przy wjeździe do stolicy Bośni, wypłacamy pieniądze z bankomatu. Kierujemy się na stare miasto. Jadąc wąskimi uliczkami targu tureckiego Baśćarsiji, docieramy do studni. Centralnego miejsca starego miasta. Wokół niej tłumy turystów. Można usiąść w cieniu i odpocząć. Można też kupić woreczek nasion i nakarmić wszechobecne tu gołębie. Siadamy przy studni. Krzysiu idzie kupić winogrona. W międzyczasie przysiada się do mnie dziewczyna, którą okazuje się Polka podróżująca autostopem. Zuzanna studiuje w Poznaniu i jak twierdzi jest to jej podróż życia. Opowiada o swojej drodze, gdzie śpi, co je itp. Po chwili dołącza do nas polska para młodych ludzi. Chwilę rozmawiamy. Chłopak zdradza nam szczegóły zatrzymania i zamknięcia go w areszcie na granicy za przewóz zbyt długiego noża. Ale przygoda, nie do pozazdroszczenia. Jedziemy dalej. Wąskimi uliczkami wyjeżdżamy z centrum starego miasta i udajemy się w kierunku dworca kolejowego.Sprawdzamy rozkład pociągów do Mostaru. Pociąg mamy bardzo wcześnie bo o godzinie 7. Pole namiotowe oddalone jest od stacji około 10km więc musimy jutro wcześnie wstać. Jedziemy przez całe miasto na poszukiwanie campingu. Po drodze mijamy dużo bezdomnych psów. Śpią na wypalonych słońcem trawnikach, pod krzakami, wszędzie gdzie trochę jest cienia. Sarajewo poza ścisłym centrum jakoś nie oszałamia swoją urodą.Miejskie ścieki bezpośrednio odprowadzane są do kanału rzeki przepływającej przez miasto.W powietrzu unosi się gnilny odór. Na niektórych budynkach widać pozostałości i ślady po wojnie. Niedaleko campingu przy głównej drodze napotykamy na grupę turystów z Polski. Po chwili staje samochód i jeden z pasażerów pyta nas, czy wiemy jak dojechać do campingu. Jak widać polska turystyka rozwija się w tych rejonach doskonale.Wskazujemy na mapie w jakim kierunku powinni jechać, jednocześnie informując, że też tam jedziemy.Gdy dojeżdżamy na miejsce nasi znajomi już tam są. Poznajemy Adę,Marcina,Ewę i Kamila. Opowiadają nam o swojej przykrej dzisiejszej przygodzie. Idąc na zwiedzanie Sarajewa ktoś wybił im szybę w samochodzie i ukradł telefony komórkowe, które pozostawili w schowku. Jutro planują udać się na policję i do mechanika. Życzymy im powodzenia i trzymamy kciuki za pozytywny finał tej sprawy.Rozbijamy namiot na taką odległość, aby rano ich nie obudzić gdy będziemy się pakować.

Dzień 10 – 22.08.2011 Sarajewo – Mostar(pociąg) Mostar – Ćapljina – Studeny (dst.63km)

Wstajemy jak jest jeszcze zupełnie ciemno. W ciszy pakujemy nasz sprzęt i szybko opuszczamy camping. Do dworca mamy około 10km. Pędzimy przez miasto witając po drodze wschodzące słońce. Nasz pociąg stoi już na peronie. Jesteśmy przed czasem i jako pierwsi lokujemy się z rowerami w pociągu w ostatnim wagonie. Pociąg na samym starcie ma pół godziny opóźnienia. Gdy rusza wszystkie miejsce siedzące są zajęte. Duża rodzina (z wyglądu są to cyganie) nerwowo biega po wagonie. Dzieci brudne, na boso, ojciec jakiś obszarpany. Z niepokojem obserwujemy nasz dobytek. Po chwili następna stara cyganka chodzi po wagonie żebrząc pieniądze. Zjawia się konduktor i przepędza ją wymachując rękami. Kupujemy u niego bilety na rowery. Teraz już spokojnie jedziemy w kierunku Mostaru. Widoki z okna pociągu nas po prostu rozpieszczają. Przejeżdżamy przez kanion rzeki Neretwa. Po dwóch stronach wysokie skały a oprócz tego co chwilę wjeżdżamy w kolejny tunel. Robię kilka zdjęć. Gdy wysiadamy z pociągu jest już bardzo upalnie. W mijanej po drodze piekarni kupujemy chleb i jedziemy w kierunku starego miasta. Główna atrakcja, czyli most ? oblegany przez turystów.Bardzo ciężko jest nam przejść na drugą stronę rzeki Neretwa. Kamienie po których idziemy są tak wyślizgane, że każdy stara się iść jak najbliżej murku.

Chcemy się wykąpać jednak tłum ludzi przy brzegu skutecznie nas do tego zniechęca. Jedziemy główną drogą. Pełno kurzu i pyłu. Brak cienia i zmęczenie skłania nas do zatrzymania się na stacji paliw. Sprzedawca widząc jacy jesteśmy przegrzani i zmęczeni wskazuje na wąż z wodą i zaprasza nas do ochłodzenia się. A i owszem korzystamy z tego z wielką rozkoszą. Po kilku kilometrach zjeżdżamy z głównej drogi. Po przejechaniu kilku kilometrów orientujemy się, że drogą którą jedziemy jest nieprzejezdna i musimy zawrócić. Nie pozostaje nic innego więc ? zawracamy. Chłodzimy się po drodze w każdym napotkanym miejscu gdzie tylko widzimy wąż, kurek z wodą etc. Pomaga to tylko na chwilę. Stajemy na następnej stacji paliw. Dalej nie da rady jechać. Siadamy w cieniu. Idę się cała opłukać zimną wodą. Zamawiamy kawę i czekamy aż żar będzie mniejszy. Każdy podmuch wiatru parzy. Sjestujemy chyba ze dwie godziny po czym ruszamy dalej. Szybkim tempem pokonujemy i jednocześnie nadrabiamy stracony czas.

Kilka kilometrów przed wodospadami Kravice jest na tyle późno, że rozglądamy się za noclegiem. W pierwszym domu na wiosce pytamy przypadkowych gospodarzy o możliwość rozbicia namiotu. Miejsce wskazane do noclegu jest tak fatalne (przy samej drodze przelotowej), że rezygnujemy. W kolejnym domu młody chłopak informuje nas, że musimy się wrócić około 2 km skierować w prawo i mamy super miejscówkę nad rzeczką. I rzeczywiście miejsce jest ? rewelacyjne. Znajduje się tutaj mała pseudo restauracyjka na wolnym powietrzu. Właściciel pozwala nam rozbić namiot. Mamy dostęp do czystej wody, piwo na miejscu czegóż chcieć więcej? Poznajemy tu dziewczynę Iwanę, która jest Chorwatką, uczy języka polskiego i nigdy nie była w Polsce. Widzimy z jaką tremą z nami rozmawia. Chyba jest zbyt wystraszona tą konwersacją i po chwili nas żegna. Noc trochę niespokojna, kilku chłopaków do późna gra w bule i hałasuje.

Dzień 11 – 23.08.2011 Studeny – wodospady Kravice – Ćapljina – NP Hutovo Blato – Lisina (dst.55km)

Wcześnie rano serwujemy sobie mega kąpiel. Rewelacja. Potem królewskie śniadanko, reperacja rozerwanych sandałów i kawa. Gdy wyjeżdżamy podjeżdża samochód. Mężczyzna pyta nas czy to tu znajdują się wodospady Kravice. Widząc rejestrację na polskich blachach odpowiadamy po polsku wprawiając go tym w zdziwienie. Informujemy ich, że też jedziemy w tamtym kierunku i niestety za szybko skręcili w lewo. Dziękują nam i się rozstajemy. Po kilku kilometrach zjeżdżamy z głównej drogi. Raptem naszym oczom ukazuje się piękny widok. Spadająca woda tworząca wodospady tworzy ogromną ?dziurę? w ziemi. Na dnie widzimy duże rozlewisko. Przepiękny widok. Każdemu polecam to miejsce. Woda jak bicze wodne, a w zagłębieniach między kamieniami spadająca woda tworzy wanny z ?kotłującą? się wodą ? takie naturalne jakkuzi. Mijają dwie godziny a my nie potrafimy rozstać się z tym miejscem. Na pamiątkę kupujemy dwie buteleczki Rakiji wiśniowej w oryginalnych buteleczkach. Opuszczamy to wspaniałe miejsce. W m.Ćapljina przysiadamy się do stolika młodych chłopaków, którzy okazali się Wiedeńczykami podróżującymi tak jak my na rowerach. Alexander jedzie do Stambułu, gdzie studiuje. Gerold samotnie pojedzie w drogę powrotną do Wiednia. Wymiana wrażeń i jedziemy dalej w kierunku Parku Narodowego Hutovo Blato – siedliska ptaków i rezerwatu przyrody. Dzisiaj również upał. Gorące powietrze nie oszczędza nas. Pijemy ogromne ilości wody. Od jeziora Deransko dłubiemy się pod górkę. Musimy podjechać około 400m pod górę i przyznam że, idzie nam to bardzo topornie. Jest ciężko, sucho w gardle i wokoło pustka. Wszędzie skałki, kamienie i uboga roślinność. Myślę sobie -„cudownie byłoby napić się zimnego piwa”. Mija chwila i ku naszemu zdziwieniu na rozdrożu, wśród tej pustki stoi mała buda z 3 stolikami i gościu sprzedąjący piwo. Tylko piwo, prosto z lodówki. Oczywiście w takiej sytuacji nie odmawiamy sobie przerwy. Po piwku zajeżdżamy do małej wioski Lisina, gdzie pytamy w pierwszym gospodarstwie o miejsce na rozbicie namiotu. Bez problemu możemy rozbić się na polu w miejscu ogrodzonym płotem. Od gospodarza otrzymujemy pomidory i paprykę prosto z krzaka. Jemy kolację i idziemy spać.

Dzień 12 – 24.08.2011  Lisina – Ravno – Hum – Ivanica – Kupari (Riwiera Dubrovacka)
 – dst.84km

Od samego rana zapowiada się na upał. Dziękujemy gospodarzom, napełniamy butelki wodą i ruszamy w drogę. Za około 5km jest jezioro Vrutak, gdzie mamy zamiar się wykąpać. Zjeżdżamy w dół i naszym oczom ukazuje się… pusty sztuczny zbiornik, w którym nie ma wody. W tej sytuacji jedziemy dalej. Droga biegnie szlakiem starej linii kolejowej, doliną „Popovo Polje”, wzdłuż rzeki Trebiśnjica. Po drodze mijamy opuszczone osady (zniszczone podczas wojny). Na drodze pusto nie mijają nas żadne samochody, nie ma ludzi. Coraz częściej napotykamy znaki ostrzegające o zaminowanym terenie. Dobrze, że nie musimy szukać noclegu, ponieważ po prawej i lewej stronie drogi znaki sygnalizują – „miny”. Chociaż na upartego nocleg byłby możliwy w bunkrach, których jest wiele przy drodze. Jest dość wcześnie więc mamy jeszcze czas. Dzisiaj chcemy dojechać na wybrzeże chorwackie. Kończy nam się woda. Jest potworny upał, woda wbutelkach nagrzewa się do tego stopnia, że nie sposób jej pić.

Postanawiamy zaparzyć herbatę owocową. Wrzucamy torebkę bezpośrednio do butelki. Teraz można to jakoś pić. Dziwnie smakuje i po chwili coś w brzuchach zaczyna nam burczeć. Całe szczęście na burczeniu się kończy. W m.Ivanica zatrzymujemy się w restauracji, w której nie mają nic do jedzenia, ale można kupić w tym miejscu coś do picia. Na granicy bośniacko-chorwackiej wydajemy ostatnie marki konwertybilne (ale nazwa waluty!) i pozostał nam tylko zjazd do Kupari, miejscowości nad Riwierą Dubrovacką. W pierwszej kolejności kierujemy się na plażę. Obowiązkowa kąpiel kilka razy i porządna obiado-kolacja. Wieczorem jedziemy na kemping. Za 12 euro możemy spokojnie spędzić noc i wykąpać się w ciepłej wodzie.

Dzień 13 – 25.08.2011   Kupari – Ćilipi – Molunat – Herceg Novi – Zelenika  (dst.58km)

Ledwo wstajemy a już musimy uciekać do cienia. Robimy śniadanko, zwijamy namiot oraz moczymy koszulki przed wyjazdem, aby chociaż przez chwilę odetchnąć od upału. Zaplanowana dzisiaj trasa teoretycznie miała być lajcikiem wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Niestety od m.Ćilipi do Molunat same górki i jeszcze ten upał. Wybraliśmy sobie najgorszą porę na wyprawę. W sierpniu są największe upały na Bałkanach. Mijamy piękne lasy cyprysowe. W m.Molunat robimy przerwę na kąpiel morską. Ja pakuję się do wody tak jak stoję, prosto z roweru. Po kąpieli fundujemy sobie obiadek z piwkiem. Spotykamy wielu naszych rodaków. Zastanawiamy się czy nie zostać tutaj na noc, jednak decydujemy, że dojedziemy dzisiaj do Herceg Novi w Czarnogórze. Pierwsze kilometry ostro pod górę, później już luzik. Przed granicą z Czarnogórą podczas ostrego hamowania u Krzysztofa pękają szprychy. Jedna z przodu i dwie z tyłu. Na granicy celnicy udają, że sprawdzają paszporty i zaraz jesteśmy w Herceg Novi, 700 letnim mieście. Obok Budvy i Kotoru najczęściej odwiedzanym mieście Czarnogóry. Ale my nie mamy czasu, mkniemy dalej ponieważ słóńce zaczyna zachodzić, a trzeba jeszcze znaleźć nocleg.Za Herceg Novi jest m. Zelenika i tam znajdujemy kemping, gdzie za 12 euro rozbijamy nasz domek.

Dzień 14 – 26.08.2011  Zelenika – Budva  (dst.46km)

Dzisiejsza trasa wiedzie wzdłuż ruchliwej nadmorskiej drogi do momentu, gdzie wsiadamy na prom i przepływamy na drugą stronę Boki Kotorskiej w m.Kamenari. Następnie jedziemy już tylko ruchliwą drogą. Po drodze spotykamy Adę,Marcina,Ewę i Kamila, naszych znajomych z kempingu w Sarajewie.Dojeżdżamy do Budvy i jedziemy na plażę koło starego miasta.Tutaj jesteśmy umówieni z małżeństwem, które tak miło nas ugościło w 8 dniu wyprawy. Czas szybko mija i trzeba żegnać się ze znajomymi, z ciepłym Adriatykiem ale i również z Bałkanami. Jutro wracamy do Polski autobusem. Podróż potrwa ok.30 godzin, będzie czas na przejrzenie zdjęć i przypomnienie sobie całej wyprawy.

Koszty wyprawy:

dojazd autobus w 2 strony – 1.000zł
kampingi x9 – 320zł
autobus+pociąg w trakcie wyprawy – 120zł
dodatkowe ubezpieczenie (oprócz kart NFZ) – 150zł
jedzenie, picie i jeszcze raz picie – 1500zł
Koszt całej wyprawy wyniósł 3090zł/2 osoby w 15 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY