Nad pięknym, modrym Dunajem.

Przygoda rozpoczyna się o godzinie 15.27 w piątek, w momencie gdy pociąg z nami na pokładzie rusza ze stacji Zielona Góra. Tym razem dla odmiany nie jedziemy we dwoje. Nasza ekipa składa się z czterech jeźdźców – my oraz Ania i Robert.

Trasa wyprawy

29.04.2011 – Zielona Góra – Brody Żarskie (20km pociągiem, 36km rowerem)

Przygoda rozpoczyna się o godzinie 15.27 w piątek, w momencie gdy pociąg z nami na pokładzie rusza ze stacji Zielona Góra. Tym razem dla odmiany nie jedziemy we dwoje. Nasza ekipa składa się z czterech jeźdźców – my oraz Ania i Robert. Nasi znajomi po raz pierwszy wyruszają na wyprawę rowerową. Przez ponad tydzień naszym środkiem lokomocji będzie – rower. Pełni ciekawości przeżycia przygody w Nowogrodzie Bobrzańskim pokonujemy pierwsze kilometry w kierunku miejscowości Brody Żarskie gdzie zaplanowaliśmy nasz pierwszy nocleg w gospodarstwie agroturystycznym. Do dzisiejszego celu mamy 36km. Miejsce noclegu wybrałam jak najbliżej granicy z Niemcami, aby tuż o świcie móc rowerami dotrzeć na stację niemieckich kolei. Stąd mamy już tylko około 15km do granicy z Niemcami. Na miejsce docieramy około godziny 19. Rowery zostawiamy w garażu. Dopóki jest ciepło i przyjemnie, wieczór spędzamy na ławce w ogrodzie. Czas mija nam na miłej pogawędce z właścicielką sącząc piwko.

30.04.2011 – Brody Żarskie – Passau (pociągiem – 6 przesiadek, ok 40km rowerem)

Budzik w komórce wyrywa nas z łóżek o godzinie 4. Na dworze jeszcze ciemno. Szykujemy szybkie śniadanie. Herbata, kawa i kanapki. Jazdę rozpoczynamy gdy zaczyna świtać. Przejeżdżając obok piekarni zapach świeżego chleba nie pozwala przejechać obojętnie. Kupuję bochenek, który podczas jazdy pociągiem po Niemczech niemalże w całości zostaje przez nas zjedzony ze smakiem. Droga do granicy równiutko niczym nożem przecina las. Jedziemy pośród budzącej się przyrody do życia. Słychać śpiew ptaków. Tuż przy granicy gdy znajdujemy się na moście a las za nami, obserwujemy jak słońce niczym ognista kula wyłania się zza horyzontu. Niemieckie przygraniczne miasteczko Forst jeszcze smacznie śpi. Ulice puste i ciche. Na dworzec docieramy 30 minut przed odjazdem pociągu. Bilety na całą podróż kupujemy u konduktora w pociągu. Pierwsza przesiadka czeka nas już w Cottbus, czyli po około 20 minut jazdy. Ze względu na krótki czas do odjazdu kolejnego pociągu czym prędzej przesiadamy się do kolejnego jadącego do Lipska. Aby dotrzeć do startu naszego prawdziwego „rowerowania” tj. do miejscowości Passau czeka nas razem 6 przesiadek. W Lipsku pociąg, którym mamy dalej zapełniony cały rowerami. Pani konduktor wskazuje palcem napis na wagonie „begrenz” co oznacza, że pociąg umożliwia przewóz rowerów w ograniczonym zakresie. Niestety my znajdujemy się już poza nim. Widząc nasze zakłopotanie, maszynista pociągu przy użyciu podręcznego „komputerka” proponuje nam inne połączenie. Dzięki jego uprzejmości po około 20 minutach zasiadamy wygodnie w następnym pociągu jadącym do Zwickau. Stąd w miarę szybko pokonując kolejne perony w różny sposób, schodami i windami docieramy do następnego pociągu do Hof.

Po kilku przesiadkach jesteśmy tak zakręceni, że nie wiemy właściwie w jakiej miejscowości jesteśmy, czekając na kolejne połączenie. W jednym z pociągów podczas wsiadania do pociągu bagażnik w rowerze u Roberta puszcza na gwincie i z całą sakwą zsuwa się do tyłu roweru. Kilka sprawnych ruchów dzielnych naszych Panów i bagażnik wraz z ładunkiem zostaje solidnie przykręcony. W końcu po trudach tych wszystkich przesiadek dojeżdżamy do Passau. W sklepie Norma zatrzymujemy się na pierwsze zakupy. Kilka jogurtów, piwo, mleko i w drogę. Trafiamy na ścieżkę Donauradweg. Rzeka Dunaj towarzyszyć nam będzie od teraz aż do Wiednia. Tylko momentami ścieżka z uwagi na objazdy będzie nieznacznie odchodzić od jej brzegu. Asfaltowa nawierzchnia ścieżki pozwala na szybką równomierną jazdę. Rzeka wije się w pięknej zielonej dolinie pomiędzy górami. Dodatkowego uroku dodają promienie zachodzącego słońca. Stajemy aby zrobić pierwsze zdjęcia zamku na wzgórzu. Po przejechaniu ok.20km napotykamy na camping w miejscowości Kasten. W tym miejscu postanawiamy zostać na noc. Namioty rozbijamy na świeżo skoszonej trawie. Sen przychodzi szybko.

01.05.2011 – Kasten – Linz (dst.77km)

Pierwszy poranek w Austrii. Śniadanie na trawie niczym jak z obrazu Eduarda Maneta, wprowadza nas w sielankowy, wyprawowy nastrój. Opłata za noc na campingu dla dwóch osób z namiotem zamyka się w kwocie 10euro. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów w niewielkiej miejscowości spotykamy orkiestrę dętą, ubraną w odświętne stroje. Zaczyna lekko kropić mżawka lecz nie na tyle aby nakładać stroje przeciwdeszczowe. Po minięciu Wesenufer pogoda znacznie się poprawia i tuż przed przełomem Dunaju stabilizuje się z tendencją do zachmurzenia. Mijamy polskich rowerzystów. Podobnie jak i my majówkę spędzają aktywnie. Zjeżdżamy ze ścieżki aby po pokonaniu 1,5 km podjazdu o nachyleniu 15% dotrzeć do miejsca z którego z góry możemy zobaczyć jak Dunaj zmienia swój kierunek. Fotografie tego miejsca zwanego przełomem Dunaju jako znak szczególny ścieżki Donauradweg znajduje się w folderach reklamujących tą ścieżkę rowerową. Pstrykamy kilka zdjęć, aby po przejechaniu kilku kilometrów górą już po chwili mknąć w dół ścieżką leśną łamiąc zakaz wjazdu dla rowerów. W ferworze szybkiego zjazdu po wertepach żwirowej i kamienistej ścieżki Ania wpada w jedną z dziur i w tym momencie opuszcza swój środek transportu. Niczym kózka, zgrabnie udaje jej się zeskoczyć z roweru co chroni ją przed bolesnym upadkiem.Po zjeździe na ścieżkę ponownie napotykamy tych samych polskich rowerzystów. Siadamy na ławce przy brzegu Dunaju i szykujemy obiad.

Karmimy się zupkami chińskimi a potem jako deser serwujemy sobie po słodkim kubku kisielu. Od tego miejsca teren po obu stronach rzeki robi się płaski. W miejscowości Ottenscheim zatrzymujemy się na piwo z beczki. W tym miejscu odbywa się jarmark – czyżby z okazji 1 maja? Ścieżka trochę monotonnie prowadzi nas do granic miasta Linz. Jadę tuż za kołem Krzysia. Gdy zjeżdżamy przejazdem pod wiaduktem zaraz za zakrętem w lewo Krzysiu widząc podjazd próbuje zredukować bieg i raptownie zwalnia. Przerzutka przeskakuje, Krzysiu zwalnia a ja wpadam na jego rower. Ląduję twardo na ziemię. Upadek amortyzuje kępa wysokich pokrzyw. Rower, który mnie przygniata uniemożliwia wstanie. Po upadku jak najszybciej informuję wszystkich – nic mi się nie stało! Jedziemy dalej. Mijamy jakiś jarmark ze słodkościami i bardzo duże wesołe miasteczko. Nasz camping na którym zostajemy zlokalizowany jest tuż przy ścieżce, nad niewielkim jeziorkiem. Na polu cztery namioty, wcześniej rozbitych rowerzystów. Jest tu samotny Holender, para rowerzystów, dwóch starszych rowerzystów z ogromnymi flagamina masztach zamontowanych do swoich rowerów. Wygląda to trochę dziwacznie, jak bliżej nieokreślony protest, korowód 1-majowy lub podobnie. Wieczór mija nam spokojnie. Do snu kołysze nas rechot żab z pobliskiego jeziorka.

02.05.2011 – Linz – Melk (dst.100km)

Na dzień dobry piękna niespodzianka. Słońce na niebie i porażający błękit nieba. Chce się żyć:). Około 8.30 opuszczamy camping. Trasa prowadzi nas przy samym brzegu Dunaju. Wieje silny wiatr prosto w twarz. Mijamy „oflagowanych” rowerzystów z naszego pola, którzy siedząc na ławce urządzili sobie śniadanie na trasie. Mijamy Mauthausen. Z uwagi na brak czasu zwiedzanie obozu, który znajduje się właśnie tutaj odkładamy na inny wyjazd. Po kilku kilometrach jazdy ścieżką gładkiej jak stół z uwagi na objazd musimy zmienić trasę. Jedziemy przez miejscowości główną drogą, na dodatek wciąż bardzo mocno pod wiatr. Krzysiu zmienia się z Robertem jako prowadzący biorąc na swoje „klaty” największy opór wiatru. Gdy zjeżdżamy na właściwą ścieżkę w naszym kierunku podąża rowerzysta – Holender z naszego campingu. Informuje nas, że dalej niestety niema przejazdu i należy się wrócić. Wracamy. Holender kieruje się dokładnie tak jak prowadzi  gps. My ufamy naszemu przewodnikowi – Krzysiowi, który prowadzi nas, patrząc na wydrukowany fragment mapy. Stary, sprawdzony sposób wygrywa. Jako pierwsi odnajdujemy właściwą ścieżkę. Po pewnym czasie dogania nas również Holender. Po przejechaniu 100km zostajemy na campingu w Melk, który znajduje się tuż przy samej ścieżce rowerowej. Gdy rozbijamy namiot podchodzi do nas rowerzysta. Chwilę z nim rozmawiamy. Jest Finem. Podobnie jak my jedzie do Wiednia a następnie stamtąd pociągiem uda się do Berlina.

03.05.2011 – Melk – Tulln (dst.80km)

Budzimy się wcześnie rano.Tuż po wyjeździe z campingu natrafiamy na piękny kościół w Melk. Bardzo się ochłodziło. Sms z Polski informuje nas, że w Polsce spadł śnieg. U nas zimny wiatr. Widząc ławki tuż przy brzegu rzeki stajemy aby zjeść śniadanie.Jest tak zimno, że woda na herbatę nie chce się zagotować. Ubieramy się cieplej przed ruszeniem w dalszą drogę. W pierwszej miejscowości na trasie stajemy przy aptece. Robert kupuje jak to określił „najdroższe bandaże elastyczne” w swoim życiu. Ból jego kolan jest na tyle dokuczliwy, że cena 12 euro za dwie sztuki tych bandaży nie jest ceną zaporową. W czasie kiedy Robert z Anią „okupują” aphoteke, my udajemy się do pobliskiej cukierni na rurkę z kremem. Przy okazji, że jesteśmy w miasteczku jedziemy do marketu na zakupy. Zaczyna padać deszcz. Nim skończyliśmy robić zapasy żywności i piwa na dalszą drogę, rozpadało się tak bardzo, że przebieramy się w komplety przeciwdeszczowe. Na buty zakładamy reklamówki. Tak przygotowani wyruszamy dalej. Przez pewien czas jedziemy w jednostajnym, aczkolwiek niedużym deszczu. Gdy głodniejemy, zatrzymujemy się widząc stolik z ławkami, tuż przy samej ścieżce. Gotujemy wodę na zupki, kisielki i inne specyfiki.

Deszcz przestał padać. Jest na tyle chłodno, że nie ściągamy naszych strojów, które skutecznie chronią nas przez zimnym wiatrem. Tak przebrani dojeżdżamy do Tulln. Postanawiamy zostać tu na campingu. Cena za nocleg dla 2 osób z namiotem zamyka się w cenie 18 euro. Im bliżej Wiednia tym drożej. Gdy robi się ciemno i zapalają się lampy, najbliższa naszych namiotów uporczywie burczy. Świadomość buczenia jej przez całą noc powoduje, że czym prędzej opuszczam swój ciepły śpiwór i udaję się na poszukiwanie obsługi. Po interwencji w przeciągu kilkunastu minut lampa zostaje naprawiona.Teraz można już spokojnie spać.

04.05.2011 – Tulln – Wiedeń (dst.63km wraz z jazdą po Wiedniu)

Poranek piękny i słoneczny lecz dość chłodny. Śniadanie urządzamy sobie po królewsku. W blasku porannego słońca, siedząc wygodnie przy stoliku jemy kanapki, jogurty i pijemy kawkę. Do Wiednia mamy około 30km dlatego od razu po śniadaniu wyruszamy na jego zwiedzanie. Przed wjazdem do miasta zajeżdżamy do marketu na uzupełnienie zapasów. Z oddali wita nas „bajkowa” złota kula na wysokim kominie. To komin ekologicznej ciepłowni Wiednia, popularnie nazywanej spalarnią śmieci. Zaprojektowana przez perfomera i artystę Hundertwassera. Te specyficznie wyglądające obiekty przez niego zaprojektowane można obejrzeć w różnych częściach świata. Jedziemy na plac na którym znajduje się katedra św. Szczepana. Dużo turystów, różnych ras i nacji. Katedra z uwagi na prowadzone prace konserwatorskie częściowo przykryta jest zasłonami imitującymi wygląd katedry. Robert z Anią korzystają z okazji i do swojej kolekcji kupują w sklepie z pamiątkami malutką imitację katedry. Zwiedzamy zabytki maszerując ulicami.Jedziemy zobaczyć zabytkowy ratusz z bliska. Świeci cudownie słońce więc korzystając z okazji siadamy na ławkach w parku na drobną kanapkową przekąskę. Postanawiamy pojechać zobaczyć pałac Schonbrunn. Aby tam dojechać musimy pokonać kilka kilometrów jadąc środkiem miasta.Jesteśmy oczarowani łatwością poruszania się rowerem po tak dużej aglomeracji. Wszędzie ścieżki rowerowe, wytyczone pasy dla rowerzystów pod prąd na drogach jednokierunkowych. Wszystko dopracowane i dokładnie zaprojektowane. Każdy rowerzysta może czuć się w tym mieście jak król i tak też jest traktowany. Po pokonaniu 30km jazdy po mieście docieramy w końcu na nasz camping Neue Donau. I tu czeka nas lekkie rozczarowanie. W odróżnieniu od łatwego poruszania się po mieście spanie w tym miejscu graniczy z cudem. Miejsce na rozbicie namiotów zlokalizowana jest na samym końcu campingu w bliskim sąsiedztwie autostrady z jednej strony i torów kolejowych z drugiej. Hałas, który dociera z dwóch stron dodatkowo wzmacniany jest fajerwerkami- nie wiadomo z jakiej okazji. Muszę przyznać, że jest to chyba najgorzej zlokalizowany camping na jakim przyszło nam spać podczas naszych podróży. Noc zimna i głośna od ciągłego szumu przejeżdżających samochodów i pociągów. Cena za nocleg za 2 osoby i namiot – 18 euro. Jedyny plus – bliskość do centrum Wiednia.

05.05.2011 – Wiedeń – Lednice (dst. 102km)

Poranek zimny ale na pocieszenie słoneczny. Przygotowujemy śniadanie i tuż po nim wyruszamy. Bardzo długo wyjeżdżamy z Wiednia. Zza granicą miasta wpadamy na szutrową drogę. Jedziemy przez rzepakowe pola, wzdłuż działek ogrodniczych i pól uprawnych. Powoli stolica Austrii zostaje coraz dalej za nami. Gdy kończy się ścieżka wpadamy na asfaltową drogę.Tempo mamy szybkie. Chcąc spać na campingu w Breclaviu musimy pokonać ok.100km. Czas, który upłynął od rana nie rokował dobrze. Zaczęły się „hopki”. Im bliżej granicy z Czechami tym jest ich więcej. Jazda dość często polega na „dłubaniu” się powoli pod górę aby po osiągnięciu szczytu górki pędzić w dół i tak na przemian. Mijamy kolejne miasteczka. Robimy krótkie przerwy aby nie tracić zbyt wiele czasu. Jazda równa ok 18km/h. Mijając kolejne miasteczko przy pełnej prędkości w pewnym momencie słyszę przed sobą głośny hałas i po chwili widzę jak Krzysiu robi fikołka na pobocze a tuż za nim fikołkuje jego rower.

Na całe szczęście finał upadku ma miejsce na puszysty dywan z trawy. Choć upadek wygląda groźnie na szczęście nic się nie stało. Okazało się, że jadąc Krzysiu spoglądał na mapnik aby nie pomylić drogi a jego nóżka od roweru zaczepiła o krawężnik. Nie był to koniec przeżyć tego dnia. Jedziemy dalej. Gdy pokonujemy przejazd kolejowy czeka nas kolejna przygoda. Widząc w oddali jadący pociąg dla bezpieczeństwa przyspieszamy aby z dużym zapasem czasu przejechać przez tory. Przejeżdża Krzysiu, ja, przejeżdża Ania …a Robert …zostaje na środku przejazdu. Okazuje się, że jego przednie koło zaklinowało się w zagłębieniu szyny i zablokowało. Wszystko dzieje się tak szybko. Mam ochotę rzucić rower i biec co sił w nogach jednak po „walce” Roberta z rowerem udaje mu się odblokować koło i wyciągnąć rower. Ale mieliśmy stracha. Nawet nie chce myśleć co mógł czuć Robert walcząc na torach. Od teraz jazda jest już bardzo spokojna do samego Breclavia. Na wjeździe do miasta widząc napis „ubytovnia” zjeżdżamy z drogi aby zapytać o nocleg. Właścicielka informuje nas, że camping znajduje się 5km dalej w innej miejscowości. Nadkładamy drogi i po przejeździe tych wspomnianych 5km znajdujemy naszą miejscówkę. Camping w Lednice. Za 600 koron wynajmujemy 4 osobową chatkę.

06.05.2011 – Lednice – Jedovnice (dst.33km rowerem, Breclav-Blansko pociąg)

Pogoda nam sprzyja i tym razem budzi nas piękne słońce i śpiew ptaków. Na campingu wielu czeskich rowerzystów. Przyjechali tu samochodami z rowerami. Teraz wyszykowali swoje rumaki i wyruszają z tego miejsca na wycieczki rowerowe. Nasza wycieczka nie będzie długa. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Breclavia i wsiadamy w pociąg do Blanska. Gdy wysiadamy z pociągu jedziemy do marketu po zapasy. W pełni zaopatrzeni kierujemy się na zwiedzanie Punkvickiej jaskini oraz zobaczyć przepaść Macochy. Droga wije się lekko pod górkę. Do kasy biletowej dojeżdżamy na 30 minut przed ostatnim wejściem do jaskini. Jej zwiedzanie rozpoczynamy wraz z dużą grupą turystów o godzinie 16.00. Pani z kasy zezwala na pozostawienie rowerów tuż obok okienka kasy. Jesteśmy spokojni o nasze „rumaki” i to co na nich wieziemy.Jaskinia robi na nas ogromne wrażenie. Podobnie przepaść, którą oglądamy od dołu. Czeski przewodnik opowiada legendę, skąd wzięła się nazwa tej przepaści.

Według opowieści nazwa przepaści pochodzi od macochy, która próbowała zrzucić w tym miejscu ze skały swojego pasierba, tak aby cały majątek przypadł w udziale jej własnemu synowi. Chłopiec jednak zdołał uczepić się gałęzi wystającej ze zbocza i uniknął śmierci. Kiedy we wsi rozeszła się wiadomość o niecnym czynie macochy, ta skoczyła w przepaść. Czeka nas jeszcze przepłynięcie łódką i po 20 minutach jesteśmy po wycieczce. Postanawiamy zobaczyć jak wygląda przepaść z góry. Podjazd ostry ale warty wysiłku. Przepaść z innej perspektywy nabiera nowego wyglądu. Wyraźnie daje się odczuć te 138m głębokości. Po sesji fotograficznej jedziemy na camping w miejscowości Jedovnice. Podobnie jak ubiegłej nocy, wynajmujemy chatkę z dwoma łóżkami piętrowymi. Gdy meldujemy się w recepcji podjeżdża samotny rowerzysta – wyprawowicz. Litwin, który jedzie z Hiszpanii w kierunku Polski. Chwilę rozmawiamy aby zaraz ulokować się naszej chatce. Wieczór jest tak zimny, że pod natryskiem z zimna trzęsiemy się jak galarety. Noc z przymrozkiem. W Polsce mróz, pomarzły kwitnące truskawki i drzewka owocowe.

07.05.2011 – Jedovnice – Hradek n.Nysą (dst.14km rowerem, Blansko-Hradek pociąg, w tym 2 przesiadki)

Poranek bardzo zimny. Trawa biała od mrozu. Pocieszający jest błękit nieba bez chmurki i cudowne słonko. Po śniadaniu wyjeżdżamy. O godzinie 9.10 odjeżdża nasz pociąg. Kilkanaście kilometrów do dworca jedziemy z górki. Po dwóch przesiadkach w tym jedna z problemami kiedy konduktorzy są bardzo „upierdliwi” nakazując przenoszenie rowerów na stacji z wagonu rowerowego do bagażowego. W pociągu poznajemy grupę czeskich rowerzystów. Wymieniamy się adresami naszych stron wwww. Bardzo sympatyczni ludzie. W konsekwencji w Hradku nad Nysą wysiadamy z pociągu około 14.30. Całe popołudnie odpoczywamy, spacerujemy wokół jeziora na którym odbywają się zawody modeli żaglówek. Gdy słońce chyli się ku zachodowi, po kolacji wskakujemy do naszych łóżek. Jutro czeka nas już tylko przejazd 50km ścieżką po stronie niemieckiej wzdłuż Nysy aż do samego Zgorzelca.

08.05.2011 – Hradek n.Nysą – Zielona Góra (dst.50km rowerem, Zgorzelec – Zielona Góra pociągiem)

Wstajemy o 6.00. Aby spokojnie dojechać na pociąg musimy wyjechać o godzinie 7.00. Tak też udaje nam się wyjechać. Droga i pogoda dopisują. Ścieżka jest nam dobrze znana więc bez mapy sprawnie pokonujemy kolejne kilometry w kierunku Zgorzelca. Jest pogodnie i słonecznie. Droga mija nam bardzo przyjemnie. Do Zgorzelca dojeżdżamy na dużo przed czasem. Korzystamy z wolnego i wskakujemy do McDonaldsa na kawę. Po przesiadce w Węglińcu do domu przyjeżdżamy o godzinie 15.00. Wyprawa dobiegła końca. A już niedługo…kolejna…tym razem Italia i piękne Dolomity.

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY