Kraina z krową Milka w tle

Wczesnym rankiem o godz 5 wyjeżdżamy samochodem z rowerami na dworzec do Cottbus. Po raz pierwszy będziemy podróżować do miejsca startu niemieckimi pociągami. Przed 7 jesteśmy pod dworcem na parkingu. Kupujemy bilety w automacie.

Mapa wyprawy

Mało czytania, dużo oglądania – czyli fotorelacja z wyprawy (177 zdjęć):

https://picasaweb.google.com/111095219344076457744/AlpyAustria2007

Dzień 1: Zielona Góra – Fussen 18 km

Wczesnym rankiem o godz 5 wyjeżdżamy samochodem z rowerami na dworzec do Cottbus. Po raz pierwszy będziemy podróżować do miejsca startu niemieckimi pociągami. Przed 7 jesteśmy pod dworcem na parkingu. Kupujemy bilety w automacie. Okazuje się, że  to prosta czynność. Trochę wstępnych prób i już po chwili mamy w dłoni Wochenende Ticket wraz z biletami na przewóz rowerów. W tym miejscu żegnamy się z naszym synem, który wraca samochodem do Zielonej Góry. Kierujemy się  na peron. W pociągu stoją już dwa rowery. Nasze również znajdują miejsce w przedziale rowerowym. Rozmawiamy z Niemcami. Starsze małżeństwo, które nam towarzyszy do Lipska właśnie wybiera się w podróż rowerową wzdłuż Dunaju. Sympatyczni Niemcy przez całą drogę informują nas gdzie jesteśmy i co widzimy z okien pociągu. W Lipsku nasz niemiecki znajomy oprowadza nas po pięknym dworcu kolejowym. Poczuwa się do roli przewodnika i opiekuna. Wskazuje peron z którego później również wspólnie dalej jedziemy aż do Hof. Sympatyczni ci Niemcy. Z Hof do Regensburga jazda pociągiem jest zachwycająca. Pociąg nie dość, że sunie szybko i bezszelestnie to jeszcze wspaniale „kładzie się” na zakrętach. Rewelacja. W ogóle to pełna wygoda. Klimatyzacja, cisza i ta prędkość!!! Zachwycające. W Regensburgu kolejka do windy i mało czasu na przesiadkę. Przenosimy rowery po schodach. Mój rower zostaje przeniesiony przez przypadkowego Niemca, który widząc że próbuję go podnieść, sam podbiega i wnosi go po schodach. W pociągu zamawiam kawę za jedyne 1,60 euro. Ostatnią przesiadkę (czyli 4) mamy w Monachium. Pociąg do Fussen czeka na nas obok na peronie na który wjechaliśmy. Rewelacja. Dzięki tak sprawnym połączeniom  nie odczuwamy w ogóle zmęczenia. Pogoda piękna. Do Fussen dojeżdżamy o 18.30. Widać Alpy. Cudnie. Do Schwangau prowadzi ścieżka rowerowa. Zatrzymujemy się na moście. Rzeka  zachwyca nas swoim turkusowym kolorem i przejrzystością. Pierwszy raz w życiu widzę tak intensywny kolor wody. Jadąc do Schwangau najpierw wjeżdżamy na poleconą przez innego rowerzystę polankę w lesie gdzie szukamy miejsca na nocleg. Po wypatrzeniu  miejsca na spanie, jedziemy do miasteczka na kolację i po wodę. Tuż przy wjeździe przed nami wyłania się widok na zamek Neuschweinstein a tuż za rogiem widzimy zamek Hochenschwandau. Ten pierwszy obiekt znany z układanek  puzzle. Piękny biały zamek ze strzelistymi wieżami posadowiony wysoko na skałach. Robi ogromne wrażenie. Udajemy się nad jezioro Alpensee na ławeczkę zjeść kolację. Woda w jeziorze kryształowo czysta. Gdy tylko zaczyna się lekko ściemniać jedziemy na naszą polankę z widokiem na Neuschweinstein .Noc mija spokojnie i cicho.

Dzień 2: Fussen – Nassereith – 78km

Budzik w telefonie budzi nas o 5 rano. Troszkę niewyspani ale bardzo pozytywnie nastawieni sprawnie i cicho po 20-stu  minutach odjeżdżamy z miejsca noclegu. Postanawiamy podjechać na zamek i most Marienbrucke. Ciężko ale do przodu pniemy się pod górę. Zostawiamy rowery pod zamkiem i idziemy na most. Po wejściu widok zapiera dech w piersiach. Zamek jak na dłoni jakby z bajki. Most wiszący nad wodospadem niemiłosiernie wysoko. Rozmawiamy a raczej próbujemy porozumieć się z dziewczynami z japońskiej wycieczki. Robimy fotki. Już po chwili mkniemy w dół na zamek. Zwiedzamy dziedziniec a potem już od razu jedziemy do sennego o tej porze miasteczka Fussen. Wszędzie pełno kwiatów, malowane obrazy na elewacjach domów, czysto. Pogoda nam sprzyja, niema ani upału ani deszczu ot tak akurat – lekko zachmurzone niebo. Najważniejsze, że jest ciepło i dobrze się jedzie w taką pogodę. Zatrzymujemy się przy pięknym wąwozie rzeki Lech tuż przy granicy niemiecko-austriackiej. Obiad jemy w cudownym miejscu nad zimnym górskim potokiem. W pewnej wiosce po drodze mijamy  festyn. Stoliki równo poustawiane. Gra orkiestra i muzycy ubrani w ludowe tyrolskie stroje. Pachnie pieczoną kiełbasą i piwem. My  kierujemy się w stronę Innsbruku. Jedziemy doliną po płaskiej ścieżce. Po prawej i lewej stronie cudownie wypiętrzone góry. Błękit nieba i zieleń dopiero co wykoszonej trawy na polach kojarzą mi się z widokami Austrii z folderów reklamowych. Mijają nas dziewczyny na koniach. Niestety to nie Polska i konno można jechać tylko stępem, wzdłuż wyznaczonych szlaków. Przed nami podjazd na Fernpass 1216 m npm. Spotykamy niemieckiego rowerzystę. On również podobnie jak i my śpi na dziko. Cel jego wyprawy to Wenecja. Na przełęczy czeka na nas cudowny widok na najwyższy szczyt niemiecki tj Zugspitze 2962m npm oraz na Blindsee (piękne jeziorko turkusowe). Proponujemy niemieckiemu rowerzyście wspólną noc na dziko w lesie ale….chyba się wystraszył bo jakoś nie widać na jego twarzy zachwytu.  Jedziemy więc dalej sami. Przed Nassereith udaje nam się w końcu znaleźć kawałek dosłownie kawałek płaskiego miejsca za krzakami tuż przy ścieżce rowerowej, na którym  ustawiamy nasz mały namiot.

Dzień 3: Nassereith – okolice Stans – 104 km

O 5 budą nas krople deszczu. Pada i pada. Nastawiamy budzenie na 7. Wciąż nieciekawie ale już tylko leciutko siąpi. Niebo zachmurzone. Podjeżdżamy do pobliskiego strumyka na poranną toaletę i śniadanko. Trochę się rozpogadza gdy wjeżdżamy do Nassareith. Po drodze napotykamy informację turystyczną. Przeglądamy mapy i po chwili jedziemy już dalej na przełęcz. Kierujemy się na podjazd do Telfs, robiąc w mijanym sklepie Spar nasze pierwsze zakupy za euro. Zachwycamy się nie tylko pięknymi widokami ale i super smacznymi wyrobami austriackimi typu jogurt i mleko. Ceny w markecie najtańszych wyrobów podobne do naszych. Pogoda wciąż piękna i słoneczna. W Telfs troszkę błądzimy ale po odnalezieniu informacji turystycznej, przy której na zewnątrz powystawiane są na półce różne mapy trafiamy na właściwą drogę wyjazdową. Wskakujemy na ścieżkę Innradweg. Prowadzi ona wciąż wzdłuż rzeki Inn aż do Innsbrucka. Jedziemy z prądem rzeki więc jazda jest lekka i przyjemna. Mijamy całe wycieczki Austriaków. Każdy nas pozdrawia.  Po jakimś czasie mam już dość tego ?morgenowania?. Przed Innsbruckiem jemy obiad w korycie rzeki Inn, tuż na jej brzegu. Dziś w menu pierożki ravioli z puszki w sosie pomidorowym i na deser nektarynki. Wjeżdżamy do miasta. Stara część Innsbrucka zachwyca nas swoją architekturą. Piękne kamienice, masę turystów. Za miastem jedziemy doliną wśród kukurydzianych pól. Dobrze, że mamy jeszcze dużo czasu do wieczora gdyż w tym miejscu nie ma szans na rozbicie namiotu. Po prostu nie ma miejsca. W najgorszym wypadku  będziemy spać na ławce przy dworcu kolejowym lub chyba po prostu przy ścieżce rowerowej. W Vomp podjeżdżamy do Hofera kupić coś zimnego do picia. Upał.  Za Stans zjeżdżamy kilkaset metrów w bok od ścieżki i udaje nam się znaleźć lepsze miejsce, za krzakami tuż pomiędzy ścieżką a torami. Postanawiamy zostać tu na noc jednak mamy jeszcze z 1,5 h  czasu aby zacząć rozbijać biwak. Czekamy aż poszarzeje.  Zwiedzamy okolicę. Wypatrzyliśmy miejsce nad strumieniem, które rano będzie pełnić rolę naszej łazienki i miejsca na śniadanie. Jedziemy zwiedzić blisko położony zamek w Watenns. Gdy się ściemnia wracamy i chowamy się szybko w krzakach. Rozbijamy obozowisko. Noc hałaśliwa od wciąż przejeżdżających pociągów kilkanaście metrów od naszych głów.

Dzień 4 : Stans – Wald in Pinzgau – 100 km

Standardowo budzik dzwoni o 5. Jeszcze  troszkę szarawo ale miejsce nie pozwala na dłuższe wylegiwanie. Szybko i sprawnie pakujemy się i już po kilkunastu minutach jedziemy nad potok. Poranek chłodny. Niebo zadziwia nas swoją barwą. Od czerwieni przez pomarańcz i fiolet mieni się kolorami. Przygotowując śniadanie obserwujemy wschód słońca. Jest cudownie. Brak jedynie śpiewu ptaków, których po prostu niema w czasie naszej wyprawie na terenie całej Austrii. Krystalicznie czysta woda zachęca do porannej toalety jednak jej niska temperatura skutecznie zniechęca. Podgrzewam trochę wody na mycie głowy. Kierujemy się ścieżką na Wiesing. W miasteczku odwiedzamy informację turystyczną. Mnóstwo bezpłatnych map jest tu rozłożonych na specjalnych stojakach aby turyści mogli z nich korzystać. Łazienka z ciepła wodą zachęca do porannej toalety. Do tego małe pranko i jest super. Od Wiesing w kierunku Mayrnhofen prowadzi piękna ścieżka rowerowa z cudownym widokami. Chce się żyć patrząc na tak piękny świat. Z przyjemnością pijemy kawkę na ławeczce przy ścieżce. Obserwujemy jak duża liczba Austriaków jeździ tu na rowerze. Starsi ludzie po 60- tce ubrani w kolorowe stroje rowerowe w kaskach i załadowanych sakwach podobnie jak my spędzają swój wolny czas. Miło popatrzeć na takich uśmiechniętych i uprzejmych ludzi. W Austrii wystarczy stanąć i spojrzeć w mapę a już po chwili pierwszy napotkany człowiek próbuje pomagać i wskazuje jak dalej jechać. Zwiedzamy Zell am Ziller i Mayrhofen a następnie kierujemy się na przełęcz Gerlospass. Podjazd długi na wysokość 1587 m npm a potem jeszcze na 1621 m npm. Lekko nie jest. Kolejne „agrafki” zostawiamy za sobą. Widoki coraz piękniejsze. Na szczycie panorama na pierwsze trzytysięczniki, lodowiec i jezioro. Jak widokówka – zachwycające. Jest po 19 gdy opatuleni przejeżdżamy przez bramkę opłat z wjazdem na alpejską drogę. My rowerzyści nie płacimy. Przed nami po chwili pojawia się widok na cudowny wodospad a raczej wodospady, gdyż składa się on z kilku progów. Wodospad Krimml Waserwalle. Coś niesamowitego. Najwyższy wodospad w Europie. Wysokość 380m. Zjazd w dół z 20% nachyleniem stanowi dla nas nie lada frajdę. Jest późno więc postanawiamy rozglądać się za noclegiem aby rankiem zobaczyć  wodospad z bliska. Wycieńczeni i brakiem miejsca na nocleg na dziko zostajemy na noc na najbliższym campingu w Wald in Pinzgau. Cena nie jest zachwycająca 16 euro + po 1 ero za ciepły natrysk. Tyle dobrego, że możemy umyć się w godziwych warunkach i spać do oporu…Sen….

Dzień 5: Wald in Pinzgau – Fusch – 82 km

Kolejny poranek cudnie słoneczny. Spaliśmy aż do 8.30. Pakujemy się i zostawiamy sakwy na campingu aby wrócić pod wodospad Krimml. Leśna ścieżka prowadzi nas pod sam wodospad, gdzie jesteśmy tylko my, żadnych turystów. Po drugiej stronie pełno ludzi kłębi się aby zobaczyć to cudo z bliska. I znów nam się poszczęściło, gdyż dotarliśmy do niego od strony gdzie nikt nie dociera  a wejście z kasami znajduje się po drugiej stronie. Do kas kolejka chyba ze 100 osób. Dziś przed nami przejazd trasą Taurenradweg aż do Bruck  gdzie skręcimy na Fusch nasze miejsce jutrzejszego wypadu na przełęcz Hochtor. Droga rowerowa prowadzi bardzo malowniczo wśród gór. Z daleka widać ośnieżone i błyszczące w słońcu szczyty gór. Zatrzymujemy się nad małym kąpieliskiem. Pięknie urządzone miejsce. Małe jeziorko z czyściutką wodą, przebieralniami, ławeczkami i krótko przyciętą trawą. Obserwujemy jak wiele osób przemierza  na rowerze ścieżkę rowerową. Poczynając od malutkich dzieci wożonych w przyczepkach, ludzi w podeszłym wieku aż po niepełnosprawnych na specjalnie przygotowanych dla ich potrzeb rowerach. Osoba niepełnosprawna  na wózku inwalidzkim żyjąc w Austrii z powodzeniem może udać się na wyprawę rowerową. Tego można Austriakom pozazdrościć. Gdy słońce powoli zaczyna chować się za najwyższe wierzchołki gór my wjeżdżamy do Kaprun. Przejeżdżamy przez miasteczko. W Kaprun na ulicach dużo Arabskiej ludności. Czyżby to jakaś Arabska Mekka? Jedziemy do Fusch  wzdłuż rzeki Salzach. Dopiero na wysokości Bruck skręcamy na Grosskloknerstrasse. Droga na początku płaska. Mijają nas kolejne samochody i motory jadące na przełęcz. Nas czeka wjazd dopiero jutro. Przez zupełny przypadek pytam w jednym domu o możliwość przenocowania u gospodarza i ku naszej uciesze nam się to udaje. Śpimy przy Grosskloknerstrasse. To już dobrze wróży.

Dzień 6: Fusch – Hochtor – Fusch – 58,6 km

Nastawiamy budzenie na 6 rano. Szybkie śniadanko i przed 8 rano nasze sakwy i namiot zostawiamy na campingu w Fusch. Pogoda piękna. Rozpoczynamy podjazd na przełęcz. Z początku jest prawie płaski. Później troszkę bardziej odczuwalny. Prawdziwe dłubanie się pod górę zaczyna się od Ferleiten- punktu poboru opłat za przejazd drogą alpejską. Rowery wjeżdżają za darmo. Samochód osobowy musi zapłacić aż 28 euro! Od tego miejsca przez kolejne 33 km nachylenie drogi wahać się będzie w granicach 12%. Zaczyna się mozolne kręcenie. W powietrzu czuć zapach palonych hamulców. Po pierwszym ostrym zakręcie robimy odpoczynek i przerwę na mleko. Przed nami jeszcze 15 takich „agrafek”. Każdy kolejny przybliża nas do upragnionego celu naszej wyprawy. W mojej głowie wciąż  telepie się myśl czy aby dam radę dojechać? Kolejna tabliczka na zakręcie informuje o wysokości na której się znajdujemy. Mijają nas rowerzyści jadący z góry. Zastanawiam się o której musieli wjeżdżać skoro już zjeżdżają? A to charpagany!!! Słońce i my powoli coraz wyżej. Widoki cudowne. Widać lodowce i spływające z nich potoki. Słychać w oddali szum wodospadu. Roślinność zmienia się w coraz niższą aby przed szczytem odkryć tylko skały i nisko rosnące malutkie błękitne kwiatki. Powoli tracę siły. Rozrabiam isostar. Widzimy już parking przed Eddelweissspitze. Jeszcze tylko kilka agrafek i już jesteśmy na górze.

Chwila do złapania oddechu i zjazd w dół aby znów wjechać na przełęcz. Przejazd przez pierwszy tunel. Znowu pod górę. Przed drugim tunelem widzę jak ludzie bawią się na śniegu. W tunelu przyjemnie chłodno i ciemno. Tuż za nim tabliczka z napisem Hochtor 2504 m npm. Cel osiągnięty. Widok super. Widać zjazd na drugą stronę przełączy, w kierunku Heligenblut. Pełna satysfakcja. Na przejazd na Franz Josef Hohe brakuje mi już sił a przede wszystkim czasu. Lodowiec Pasterze pozostanie przez nas nie zdobyty. Chwila na podziwianie i zawracamy. Czeka nas już tylko około 300 metrów przewyższenia a potem……..długiiii zjazd do Fusch. Po drugiej stronie góry ciężkie ciemne chmury. Zjeżdżamy w chłodnej mgle. Szybko, bardzo szybko. Dłonie wciąż na hamulcach. Zapach palonych hamulców. Co chwile jakiś samochód stoi na poboczu. Czytam tabliczki przy drodze z pytaniem czy masz dobre hamulce?, wszystko ok.? Obręcze od koła są tak gorące, że czuję ich ciepło na łydkach. Krzysiu zmuszony jest wymienić klocki hamulcowe. Niebo zachmurza się coraz bardziej. Gdy dojeżdżamy do Fusch zaczyna padać. Gdy już jesteśmy w namiocie rozpoczyna się totalna ulewa. Mamy dużo szczęścia, udało nam się wjechać na przełęcz przy pięknej pogodzie.

Dzień 7: Fusch – Bischowshofen – 68km

Budzimy się o 5. Poranek zachmurzony. Ciężkie chmury zasłaniają wierzchołki gór. Na szczęście już nie pada. Wyruszamy do Zell am See. Zaczyna padać. Wracamy.  Jedziemy do Sankt Johann. Leje deszcz. Czekamy  pod zadaszeniem przed sklepem w nadziei na lepszą pogodę. Jest trochę czasu na porządek w sakwach. Gdy tylko trochę przestaje padać jedziemy dalej opatuleni w kurtki i peleryny. Nie jest przyjemnie. Przed Taxenbach stajemy w wiacie autobusowej na przystanku. Czekamy aż trochę przestanie padać. Z nerwów piszę do syna smsa z prośbą o sprawdzenie pogody w Alpach na najbliższe dni. Już po chwili otrzymuję dobre informacje z Polski. Od jutra ma być słonecznie, dziś ma padać. Humory od razu nam się poprawiają i gdy tylko przestaje lać jedziemy w kierunku Liechtensteinklamm aby zwiedzić najgłębszy w Alpach wąwóz. Przed nami wycieczka z Portugalii. Gęsiego podążamy przez cały wąwóz. Robi na nas duże wrażenie. Poruszamy się na drewnianych mostkach podwieszonych do pionowych skalnych ścian. Docieramy do końca wąwozu na końcu którego jest bardzo wysoki wodospad. Wciąż pada deszcz. Z uwagi na pogodę dzień nie należy do szczególnie udanych. Za Sankt Johann znajdujemy o dziwo!!! Trochę dzikich zarośli, naszą miejscówkę na nocleg.

Dzień 8: Bishofschofen – Irdning – 107,2 km

Pobudka o 5.30. Czym prędzej zwijamy obozowisko. Siadamy na ławeczce na brzegu rzeki i robimy śniadanie i kawę. Po wczorajszym deszczowym dniu okazuje się, że nas aparat foto zaparował i niestety nie działa. Mamy obawy czy uda nam się go przywrócić do życia. Mijają nas poranni Nordici-Walkinki czy coś tam. Moda na marsze z kijami szczególnie jest w Austrii jest bardzo rozpowszechniona. Doszło do tego, że nawet jak niektórzy nie posiadają tych kijków to tak maszerują jakby je mieli. Bischofshofen wczesnym rankiem puste. Bardzo ładne miasteczko. Jedziemy pod skocznię narciarską. Dopiero z bliska widać jaki to kolos. W tym miejscu szacuneczek dla Małysza!!! W mieście od 8 rano trwają ostre przygotowania do otwarcia sklepów. Ruch na ulicach coraz większy. Robimy zakupy w Zielpunkt tzw nasz Plus ( nawet to samo logo na sklepie co w Polsce ). Ten sklep okazuje się najtańszym marketem w Austrii w którym robiliśmy zakupy. Na stacji cpn nabieram z kranu  wodę do picia na zapas i jedziemy dalej. Kierujemy się na Radstadt. Po drodze mijamy nad naszymi głowami na wysokim moście pięknie wybudowaną autostradę. Robi na nas duże wrażenie. Coś niesamowitego aby na tak dużej wysokości poprowadzić drogę. Wciąż jedziemy z nurtem rzeki Enns, pośród gór. Przepiękna droga. Lekko jedzie  się tym wąwozem. Wykorzystujemy słonko i przy najbliższym postoju dosuszamy nasze wilgotne rzeczy po wczorajszej ulewie. Trasa rowerowa Ennsradweg okazuje się cudowną ścieżką rowerową. Cały czas jedzie się z nurtem rzeki mijając kolejne wioski i miasteczka. Co chwilę droga prowadzi przez zacieniony las. Rzeka o kolorze turkusowym wciąż nam towarzyszy. W jednym miejscu gdzie dostęp do wody jest możliwy ( niestety na całej długości rzek w Austrii jest on niedostępny z uwagi na ułożone niemalże pionowo kamienie) zatrzymujemy się na obiad ( jakaś meksykańska zupa z puszki ) i kąpanko w nurtach zimnej rzeki Enns. Cudownie. Od razu jedzie się lepiej. Wiatr we włosach i prędkość to jest to co lubię. Przed Irdning podchodzę do jednego z domów i pytam o nocleg. Widzę wyraźną niechęć gospodarza, który próbuje mi wytłumaczyć, że kilka km dalej jest camping, więc dziękuję i  rezygnuję z dalszej rozmowy. Na nasze szczęście po ujechaniu dosłownie ok. 1 km widzimy nad stawem dwa namioty. Podjeżdżamy bliżej i pytamy czy jest możliwość przenocowania w tym miejscu. Okazuje się, że  oni mają pozwolenie od właściciela terenu na biwakowanie i nam również pozwalają z tego skorzystać. Mamy super nocleg w bardzo fajnym miejscu nad stawem u podnóża ogromnej góry o nazwie Grimming. Jedyne co zakłóca spokój to dochodzący odgłos z autostrady. Pocieszeniem jednak jest to, że praktycznie cała Austria na południe od Dunaju poprzecinana jest dolinami wśród wysokich gór i wszędzie słychać odgłosy z autostrad. Tu nad stawem po raz pierwszy spotykam jakiegoś małego niedorozwiniętego komara. Jadąc przez Austrię nie mieliśmy okazji spotkać na swojej drodze ani owadów ani ptaków. Jedynymi, które spotykaliśmy to wrony. No cóż! Nie ma się czego dziwić, skoro wszystkie pola wciąż poprzycinane to i ptaków nie ma. Trawa nie zdąży nawet zakwitnąć aby ptaszki miały jakieś ziarenka do poskubania. W tym miejscu nad stawem mogliśmy spać do oporu i ta noc należała do jednych z najlepszych na tej wyprawie.

Dzień 9: Irdning – Bad Ischl – 84km

Budzimy się bez pomocy budzika o 7.50. Cudowne słońce. Spokojnie, powoli jemy śniadanie.  Od Irdning wjeżdżamy na trasę rowerową o nazwie Salzkamergutradweg. Zaczyna się mozolny wjazd w kierunku Bad Mitterndorf. Ścieżka prowadzi bardzo malowniczym terenem. Widoki były jak z bajki lub z reklamy milki.  Wszędzie zielona trawa, szczyty gór, błękit nieba i krowy tyle, że nie fioletowe.  Zatrzymujemy się za Obersdorf w lesie nad rozlewiskiem wód. Spływają do niego potoczki z rożnych stron tworząc lodowaty płytki stawik. Woda krystalicznie czysta i lodowato zimna. W Bad Auusee gubimy ścieżkę. Po zapytaniu rowerzysty jak jechać wskazuje nam drogę leśną mówiąc, że tędy dojedziemy do Obertraum. Nic gorszego nie mógł wtedy powiedzieć i gorszej trasy już nie mógł nam wskazać. Ta leśna droga okazuje się szlakiem turystycznym ale – pieszym. Jest  to kilkunastokilometrowy odcinek bardzo trudny do pokonania. Wciąż albo jakieś schody, albo progi, mostki i pochylnie ni jak do przejścia. Szczerze mówiąc mamy dość tej drogi. Fakt, że widoki były cudowne ale wysiłek jeszcze większy. Pod maleńką kapliczką w lesie robimy obiad nie mając już dalej sił aby dalej pchać rower. Na szczęście po kilku kolejnych kilometrach w końcu udaje nam się wyjechać na główną drogę, tuż przy granicy miasteczka Obertraun. Jedziemy na plażę nad jezioro. Czysta woda i upał zachęcają do kąpieli. Krzyś bez namysłu przebiera się w kąpielówki i hop do jeziorka. Z brzegu widoczne jest po drugiej stronie jeziora miasteczko.  Hallstadt  jest miastem wpisanym na listę zabytków Unesco. Droga do niego prowadzi wzdłuż jeziora przez dwa tunele. Miasto robi na nas duże wrażenie. Wszędzie pełno Japończyków z aparatami, którzy wciąż robią zdjęcia. Maleńkie kamieniczki postawione na stromych zboczach góry, domki na wodzie oraz piękny rynek i uliczki ? wszystko jest jak w pudełeczku, malutkie, czyściutkie i kolorowe. Siadamy na ryneczku w centrum miasteczka. Jemy pyszne lody i podziwiamy architekturę budynków i kościoła. Gdy robi się późno wyjeżdżamy z tej bajki.  Przy wyjeździe z kolejnej miejscowości, prawdopodobnie Au pytam pewnego mieszkańca o możliwość rozbicia namiotu. Niestety tak szybko mówi do mnie po niemiecku coś tam pokazując, że w ogóle go nie rozumiem.  Jedziemy dalej wypatrując noclegu. Dopiero przed Bad Ischl znajdujemy niewielki lasek, w którym to na środku ścieżki rozbijamy namiot. Jest to najbardziej niespokojna noc na wyprawie.

Dzień 10: Bad Ischl – las pod Waldzell  91 km

O 5 standard, pobudka. W lesie jeszcze szarawo i potwornie cicho. Ani jednego ptaka nie słychać. Śniadanie jemy na ławkach na skraju lasu, pod pomnikiem myśliwego. Przejeżdżający na skuterkach ludzie patrzą ze zdziwieniem na naszą „jadalnię” o 5.30 rano. Zapowiada się ładny dzień. Kierujemy się nad jezioro Wolfgangsee. Dojazd bardzo przyjemny. Woda dosłownie turkusowa. Cudowna. Brzegi pokryte dużymi kamieniami. Widać jak głębokie jest to jezioro,  gdyż jego spadek zaczyna się od razu od brzegu ostro w dół. Zajeżdżamy do miasteczka St.Gilgen. Bardzo ładna miejscowość. Miasteczko powoli budzi się do życia. Korzystając z okazji, w miejskiej toalecie ładujemy akumulatorki od aparatu foto. Jest czas na objechanie miasteczka. Na wyjeździe  spotykamy czeskiego rowerzystę z którym wymieniamy kilka słów. Jedziemy  do jeziora Mondsee. Najpierw czeka nas malutki podjazd a następnie rewelacyjny zjazd. Przejeżdżamy tunelem otwartym w 2005r nad brzegiem jeziora. Ta droga długo była nieczynna z uwagi na kamienną lawinę. Przejazd robi duże wrażenie. Część dla pieszych i rowerzystów oddzielona ścianą od części dla samochodów. Co jakiś czas zrobiono taras widokowy na jezioro. W tunelu chłód i półmrok. Mijamy kolejnych rowerzystów. Potem wzdłuż pięknego brzegu jeziora Mondsee jedziemy do Unterach nad kolejne jezioro. Niestety trudno nad jego brzegiem znaleźć miejsce do kąpieli. Wszystko privat i zagrodzone. W miasteczku robimy duże zakupy w Spar. Jesteśmy tak głodni, że na poczekaniu dosłownie wchłaniamy bułeczki maślane, banany (ja), puddingi, mleko i jogurty. Jest upalnie. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów  wzdłuż brzegu, w końcu natrafiamy na dostępną niewielką trawiastą plażę. Oczywiście korzystamy z okazji. Wejście do jeziora nie jest najwygodniejsze bo po ostrych kamieniach. Woda turkusowa i krystalicznie czysta. Przy okazji dostępu do wody Krzyś lepi materac. Ja z kolei korzystam z ciepłej wody w łazienkach i myję głowę. Od tego miejsca kończy się przygoda z tzw.typowymi Alpami. Jest to miejsce gdzie góry już przestają być skałami a zamieniają się w pagórki tzw hopki. Od tego miejsca zaczyna się trudna część wyprawy. Jest potwornie gorąco, brak orzeźwienia typu jezioro lub potok. Ścieżka bardzo pokrętnie kluczy a my odnosimy wrażenie ,że kręcimy się w kółko. Jazda  albo z górki albo pod górkę z przewagą tego drugiego. A ja myślałam, że teraz będzie już łatwo. O jakże się myliłam. Dosłownie ostatkiem sił dojeżdżamy do rezerwatu lasu Kobernausser. Jejku jak było ciężko. Ścieżka zahaczała o każdą wioseczkę a każda wioseczka na góreczce. Gdy tylko w lesie nad potokiem zobaczyłam leśny mały dom nie namyślając się poszłam zapytać o nocleg. Trzech Austriaków siedziało na zewnątrz i piło piwo. Gospodarz wskazał miejsce gdzie możemy się rozbić. Była to bardzo ładna polanka w lesie. Ten odpoczynek był nam bardzo potrzebny. W tym miejscu pomimo upału jest chłodno i przyjemnie. Taki las był pierwszym jaki napotkaliśmy od początku naszej wyprawy. Noc jest tak ciepła, że śpimy przy otwartym namiocie.

Dzień 11: las pod Waldzell – Wesenufer – 91 km

Spaliśmy jak smoki.  Rano bez pośpiechu jemy śniadanie, pakujemy się leniwie i powoli wyruszamy w drogę. Jest upalnie.  Mijamy kolejne wioski. Gdzieś po drodze kupujemy wodę i coś na obiad. Kiedy Alpy zostają za nami kończą się również zdroje uliczne z wodą. Upał doskwiera a wokoło żadnego potoku. Dojeżdżamy do ścieżki rowerowej Innradweg prowadzącej do Passau i wpadamy na pomysł zmiany trasy. Popełniamy wielki błąd. Zamiast trzymać się ścieżki rowerowej postanawiamy skrócić sobie drogę. Patrząc na mapę rzeczywiście była to dużo krótsza droga. W rzeczywistości okazuje się fatalna. Same podjazdy w centralnym słońcu, jak na patelni. Wciąż gubimy się i nadrabiamy drogi. Na dodatek  trafiamy na coraz to większe podjazdy. A niech to!!! pomyślałam. Kręcimy się w kółko. Niewiele dalej czaka nas solidny podjazd do miejscowości Kopfing. Ale się zmordowaliśmy. Marzymy teraz tylko o tym aby dojechać do Dunaju i po prostu gdzieś odpocząć. Przed samym Dunajem czeka  nas w nagrodę długi zjazd do samej rzeki. Gdy jest koło godziny 19 widząc camping w Wesenufer zostajemy na noc. To miejsce okazuje się bardzo tanim campingiem  bo tylko 9.58 euro.

Dzień 12: Wesenufer- Cesky Krumlov 112 km

Gdyby nie wieczorne głośne śmiechy wycieczki rowerowej z Włoch i odgłosy dwóch Czeszek, które po nocy rozbijały obok nas swój namiot, nocleg uważałabym za udany. Na szczęście Włosi po moim okrzyku SZA!!!!! Od razu ucichli. Czeszki nim rozbiły ten swój szmaciany domek dały nam popalić ciągłymi szelestami i zamykaniem zamków błyskawicznych.  Ranek jest pogodny i na szczęście nie upalny. Na ścieżce Donauradweg jak w ulu. Całe wycieczki rowerowe, pełno sakwiarzy. Po drodze mijamy  włoskich rowerzystów z campingu.  Za przełomem Dunajca wsiadamy na prom i przekraczamy rzekę ( przepłynięcie małym promem kosztuje dla dwóch osób 3,70 euro ). Teraz już tylko byleby prędzej aby przekroczyć granicę z Czechami.  Czeka nas jeszcze spory podjazd. Granicę przekraczamy w Gugwald. Po czeskiej stronie czujemy się jak w domu. Pełno dzikich miejsc. Zarośnięte tereny, ciemne lasy. Wszędzie pełno miejsca do rozbicia namiotu. To szok jak wiele nas różni od Austrii. W Vyssim Brodzie jedziemy do knajpy na porządny obiad. To właśnie tu postanawiamy jeszcze dzisiaj dojechać do Ceskiego Krumlova zobaczyć czy mamy jakiś Vlak ( pociąg ) w kierunku Polski. Zjazd do Krumlova ( bo tak można to nazwać ) jest super szybki. Jedziemy wzdłuż rzeki z jej prądem. Na rzece Wełtawie od Vyssiego Brodu do Ceskiego Krumlowa spływy kajakowe. Po drodze mijamy bardzo dużo kajaków, tratw i innych dziwolągów.  Kajakarze machali do nas i pozdrawiali. Na dworzec w Krumlowie docieramy o 19.40. Okazuje się, że mamy połączenie do Liberca z 4 przesiadkami, odjazd o 19.58. Kupujemy bilety ze zniżką grupową (tzw. Spleva pro skupiny ). Dzięki temu oszczędzamy sporo kasy. Pociągi podobnie jak u nas. To nie Niemcy i jakość podróżowania niestety jest o wiele niższa. O godz. 1.10 w nocy czekamy  na kolejny pociąg na godz 4.40.  w jakiejś dziurze Vsetaty. Jakiś koszmar. Sami siedzimy na zewnątrz budynku dworcowego na wsi gdzie diabeł mówi dobranoc. Parzymy kawę, jemy, chodzimy w kółko aż do godz 4.15 kiedy to podstawiają pociąg. W Czeskich pociągach rower zabierany jest do przedziału bagażowego i od tej pory nie mamy kontaktu z rowerem. W Libercu jesteśmy po 7 rano. Niewyspani i zmordowani  wsiadamy na siodełka. Upał. Dobrze, że widzimy mapę tuż przy wyjściu z budynku dworca. Mijając kolejne wioski słyszymy głośną muzykę z głośników, które znajdują się w każdej wiosce. To jakiś totalny koszmar!!!. Po raz pierwszy mamy okazję znaleźć się na granicy trzech państw: Polski, Czech i Niemiec. Jadąc wzdłuż Nysy Łużyckiej ścieżką rowerową łapię polski zasięg na komórkę. Umawiamy się z synem, że wyjedzie po nas samochodem. Na ścieżce wielu Niemców. Granicę przekraczamy w Zgorzelcu. Niemiecki celnik, który pyta się skąd jedziemy,  po usłyszeniu odpowiedzi robi wielkie oczy ze zdziwienia. Z synem spotykamy się za Pieńskiem. I tak oto kończy się nasza kolejna wyprawa. Jadąc samochodem do domu już krąży mi pomysł na kolejną trasę na przyszły rok.

AUSTRIA 2007
dojazd niemieckim pociągiem do Fussen – ok.200zł
kampingi x2 – ok.100zł
jedzenie kupowane w marketach – około 500zł
pociągi w Czechach – ok. 100zł
Koszt całej wyprawy wyniósł ok.900zł/2 osoby w 12 dni

Najciekawsze zdjęcia z wypraw w dziale TOP FOTO – ZAPRASZAMY